www.schwiebus.pl

:: Spod przymkniêtych powiek
Artyku dodany przez: schwiebu (2007-08-18 12:18:54)

Spod przymkniêtych powiek

Dzieñ za Dniem
Wydanie 13 [226] z dnia 29 marca 2006 r.
Wydanie 21 [234] z dnia 31 maja 2006 r.
Wydanie 13 [276] z dnia 28 marca 2007 r.
Wydanie 26 [289] z dnia 04 lipca 2007 r.
Obrazki z przesz³o¶ci

Namówiony przez wydawców "Dnia za Dniem" spróbowa³em przelaæ na papier kilka obrazków z przesz³o¶ci mojego miasta. Jest w nich wiele subiektywnych odczuæ, sporo przerysowañ, ale taki w³a¶nie pejza¿ mam pod powiekami. Rzeczy drobne, ma³o wa¿ne szybko ulegaj± zapomnieniu. Kto pamiêta, ¿e u Sobkowiaka mo¿na by³o zamówiæ lejce? Bez zapisków, choæby drobnych, znikn± bezpowrotnie nazwiska i postaci, które ponad kopê lat wêdrowa³y ¶wiebodziñskimi chodnikami.

W ³awach trzech parafialnych ko¶cio³ów coraz mniej starych rodów. ¦wiate³ka na cmentarzu przesuwaj± siê w kierunku obwodnicy. Stare kwarta³y popadaj± w zapomnienie...

Szanujmy wspomnienia, bo warto co¶ mieæ, gdy zbli¿y siê nasz fin de siecle, jak ¶piewaj± Skaldowie.

 

Kazimierz Gancewski

Obrazki gastronomiczne

Temat rzeka (alkoholu). Najstarsz± w mej pamiêci by³a restauracja Soczewki za dzisiejszym rondem Wileñskim. Ciasna sala, wej¶cie po kilku schodkach, niski pu³ap i ma³y bufet z butelkami oran¿ady zamykanymi drutem przewleczonym przez porcelanowe korki - wszystko, co jako dzieciak zapamiêta³em.

Dwupoziomowa "Lubuska" (dzi¶ "Arenda") by³a wiecznie wype³niona tytoniowym dymem i gwarem. G³ównie pi³o siê tam piwo, dla popularyzacji kulturalnej konsumpcji którego, w latach osiemdziesi±tych wykonano malowid³a sfinansowane przez zielonogórski browar. Znany satyryk Tadeusz Drozda na wieczorze autorskim w ¦DK cytowa³, dziwn± opiniê laboratoryjn± o piwie z tego browaru: "Ten koñ jest chory na cukrzycê!"

"Lubuska" wegetowa³a czas jaki¶ oczekuj±c na arendarza. W okresie gasn±cego PSS "Spo³em" i dramatycznego braku kawy na rynku chodzili¶my tam na 10.00 z Wie¶kiem Zdanowiczem pó¼niejszym autorem i wydawc± kalendarium miasta. O tej godzinie otwierano 1. - s³ownie jedn± - 10 dkg paczuszkê kawy (8 porcji x 125 mg). Partycypowali¶my w 2 szklankach!

"My¶liwska" - najlepsza restauracja w mie¶cie zajmowa³a wysoki parter hotelu "Adler". Jak ka¿dy szanuj±cy siê lokal mia³a "ciemn± salê". Pamiêtam piêkn± snycerkê w tym wnêtrzu, piaskowane szyby, bia³e obrusy i detal: p³askorze¼bê w korytarzu. Przedstawia³a pij±ce towarzystwo. W rozwarte usta jednego z birbantów (mo¿e ¶piewa³?) kto¶ zawsze wk³ada³ niedopa³ek papierosa. Opowiada³ mi Stanis³aw Kielich, jak w "My¶liwskiej" musia³ przepiæ wraz z darczyñcami ca³± nagrodê zawodow±, którzy w ten sposób "organizowali" sobie fundatorów. Z "My¶liwsk±" PSS rozprawi³ siê okrutnie. "Zmodernizowano" wszystko na rzecz baru szybkiej obs³ugi. Dzi¶, po kolejnej adaptacji, mie¶ci siê tam sklep papierniczy (pl. Jana Paw³a II).

Modne by³y wyjazdy na piwo. Jecha³o siê grup±, wieczorem np. do pani Wandzi Jackiewicz na PKP w Zb±szynku lub do Rzepina, by tam w stacyjnym bufecie wypiæ kufel. Taka wyprawa zajmowa³a ca³y wieczór! Potem wycofano piwo kuflowe z obiektów PKP. Na otarcie ³ez pozosta³o piwo grodziskie, z dro¿d¿owym osadem i potê¿n± si³± eksplozji, która uszkodzi³a niejeden domowy zamra¿alnik.

Bufet stacyjny by³ siermiê¿ny w wyposa¿eniu i jad³ospisie. Wiecznie zaci±ga³o w nim zapachem ryby w sosie greckim. Spo¶ród pod³ogowych desek smarowanych czernid³em (chyba z przepracowanego oleju) l¶ni³y wy¶lizgane gwo¼dzie. Za szyb± lodówki królowa³ podeschniêty z lekka, ¿ó³ty ser w plastrach, mas³o w porcjach i boskie danie: kotlety mielone (tylko Bóg i kucharka wiedzieli, co w nich by³o). Wieczorem w pó³mroku koczowali tam niedopici go¶cie, których nie zabra³ do autobusu konduktor z pobliskiego PKS-u. Tam to Hanka Zdanowicz otrzyma³a noc± s³odk± kawê bez cukru (skutek powtórnego zaparzania fusów - ohyda!).

Na peronie zobaczyæ by³o mo¿na ubit± zwierzynê le¶n± przewo¿on± do przetwórni (Spó³dzielnia "Las" mie¶ci³a siê za rondem Wileñskim). Jelenie i sarny ko³ysa³y siê na akumulatorowym wózku. Po¶miewiskiem wszystkich by³a tzw. ciuchcia sulechowska utrzymywana dla celów wojskowych. Przewozi³a zaledwie kilkunastu pasa¿erów ciê¿ko wspinaj±c siê na górkê przy stadionie. Bywa³o, ¿e parowóz stawa³ na wiadukcie, a palacz gwizdkiem pozdrawia³ pi³karzy.

Naprzeciw stacji stoi do dzi¶ "Samosia". Pomnik zwyciêskiego kapitalizmu w ¦wiebodzinie. Doskona³y organizator, pracowity restaurator, cz³owiek z g³ow± na karku - Pan Czeka³a wyciska³ z tej garkuchni nieprawdopodobne wyniki (czytaj: dochody). Po wp³aceniu literalnie wszystkich podatków i op³at nadal by³ krezusem i sol± w oku skarbówki. Sprzedawa³ tysi±ce bu³ek dziennie, realizowa³ bony obiadowe i co wtedy by³o niewyobra¿alne dla PSS-owskich knajp: gotowa³ kot³y ziemniaków kilka razy w ci±gu zmiany! W "Samosi" jada³o wtedy pó³ miasta i wszyscy byli zadowoleni!

Warto wspomnieæ o pocz±tkach grillowania w mie¶cie. Pierwszy ro¿en mechaniczny otwarto (dla bezpieczeñstwa?) obok siedziby stra¿y po¿arnej na pl. Wolno¶ci. Dymi³ niemi³osiernie. Od razu mia³ wziêcie, choæ nie by³o tam najtaniej. Wdziêcznie wspominany przez bywalców ro¿en pracowa³ ca³± par± i dymem (dos³ownie) na ³uku ul. Konarskiego (dzi¶ dzia³a w tym miejscu sklep "Lewiatan"). Zbierali siê tam piwosze z zachodniej czê¶ci miasta. Oba "punkty gastronomiczne" mia³yby dzi¶ potê¿ne k³opoty z Sanepidem.

¦wiebodziñskim lodziarzem by³ p. Niekrasz z ul. Sikorskiego - dziadek Leszka Jankowskiego, popularnego "Komara". Bia³a, wykrochmalona, lekka marynarka, a raczej kitelek, bia³a - p³ócienna fura¿erka i charakterystyczne - najczê¶ciej dwie - kany z lodami. Przy tym zapas wafelków pociêtych w kwadraciki (ro¿ki by³y pó¼niej), charakterystyczna ³y¿ka - nabierak ze sprê¿yn± oraz naczynie, w którym siê je op³ukiwa³o. Wszystkie imponderabilia wo¿one by³y na pomalowanym bia³± olejnic± wózku z pompowanymi ko³ami.

Wózki z wod± gazowan± (z sokiem i bez soku), którym wiecznie towarzyszy³o stado os d³ugo nie zagrza³y miejsca w mie¶cie. Gazowan± wodê kupowa³o siê id±c z w³asnym szklanym syfonem (okienko w ¶cianie przy biurach PSS-u). Operator w d³ugim gumowym fartuchu za grosze "nabija³" butlê zakoñczon± plastikowym syfonem. Swego czasu wesz³y do sprzeda¿y metalowe syfony na naboje. Kupowa³o siê je paczkami niczym amunicjê w sklepie "1001 drobiazgów" na Ko¶cielnej (dzi¶ perfumeria).

Najnowocze¶niejszym - dzi¶ nieistniej±cym lokalem gastronomicznym by³a "Jubileuszowa". Budowana razem z hotelem "Lubuskim" pasa¿em ³±czy³a siê z jego drink barem i hotelow± salk± bankietow±. Reprezentacyjna sala kominkowa z du¿± mozaik± z motywem szlacheckim, by³a najmodniejsz± w mie¶cie. Dancingi z zespo³em Tomka Szubczyñskiego i wokalem stylizuj±cego wówczas na Niemena - m³odego Felka Andrzejczaka przyci±ga³y wszystkich. Dzi¶ nie ma ju¿ takiej formy spêdzania wieczorów. Dwie ciekawostki. W szatni mo¿na by³o kupiæ HB i Rothmansy w komercyjnej cenie, a kierowniczka lokalu mia³a du¿e zaciêcie piosenkarskie. Specjalno¶ci± kuchni by³ kotlet górski. Najlepszymi kelnerami (w ocenie znanych mi bywalców) byli panowie Zbigniew i Zenon. W tym miejscu najmilej wspominam wesele brata w 1989 i frytki z sosem my¶liwskim.

Niektórzy woleli okupowaæ drink bar w hotelu. Tam królowa³ pan Jurek wys³uchuj±c z zawodowego obowi±zku wszystkich klientów.

Lokal dla znawców, jeden z niewielu tej klasy w województwie, tak mówiono o "Medyku" - klubie Pracowników S³u¿by Zdrowia w piwnicach zamku Knobelsdorfów (LORO). Pani Ela serwowa³a wynalazek S³awka Siepsiaka z okresu kartkowego: herbatkê z rumem - na wodzie nikomu nie zale¿a³o... ¦redniowieczna ceg³a, piêkna metaloplastyka P. Rzepeckiego, cztery poziomy sal, w tym jedna z parkietem do tañca - urzeka³y ka¿dego przybysza. Nad wszystkim rozci±ga³a siê legenda dra Lecha Wierusza. Mam tê satysfakcjê, ¿e w trakcie spotkañ prezydium Towarzystwa Przyjació³ Ziemi ¦wiebodziñskiej powierza³ mi klucze do swego barku w gabinecie z jednym zastrze¿eniem: tylko Chateau le Fleur proszê nie przynosiæ!

Absolutnym hitem wczesnych lat siedemdziesi±tym by³a "Gotycka". To by³ strza³ w dziesi±tkê! Snobizuj±ca m³odzie¿, rodziny z dzieæmi, wycieczki, zagraniczne grupy i oficjalne wizyty "na szczeblu" go¶ci³y w murach zarz±dzanych przez pani± Aleksandrê Naks. ¦wiece, modne wtedy we³niane bie¿niki, a nadto gulasz z podgrzewanych kocio³ków, p³on±ce lody wnoszone przy zgaszonym ¶wietle, niby ludowe stroje kelnerek - to by³ sznyt na ca³e województwo!

Dwóch m³odych restauratorów powo³a³o w miejsce sklepu obuwniczego restauracjê. Tak powsta³a "NOVA" (dzi¶ lokal O/BG¯ na pl. Jana Paw³a II). Nie wytrzyma³a tempa przemian, nie przewidzia³a pauperyzacji spo³eczeñstwa, zaniku bonów, wzrostu kosztów zatrudnienia. Ciekawe, zielonobia³e wnêtrze projektowa³ autor klubu "U Janka". By³em tam na chrzcinach, przyjêciu komunijnym, weselu i stypie. Wszystkie przyjêcia wypad³y okazale.

Okazuje siê, ¿e sklepy z butami seryjnie przekszta³ca³y siê w lokale, gdzie mo¿na by³o wypiæ kawê. Klub "U Janka" przy ¦DK (potem "Focus", dzi¶ galeria "Inspiracje") powsta³ w miejscu GS-owskiego sklepu obuwniczego. Zaprojektowany przez Sylwestra Koz³owskiego ze Sztuki Polskiej, wykonany w karko³omnych wówczas technologiach (okna z klejonego aluminium, pierwsze szyby zespolone w mie¶cie, podwieszane stropy) doczeka³ siê miana "¶wietlicy klasy lux", jak pisa³ o nim w "GL" pó¼niejszy pose³ i minister Andrzej Brachmañski.

Ogl±da³y go m.in. partyjno-pañstwowe delegacje z NRD i wiceminister kultury ZSRR. Po hucznym otwarciu (z TVP2) szefowi klubu wlepiono grzywnê za naruszenie dyscypliny bud¿etowej (zakup drugiej w Lubuskiem - po "Zastalu"- anteny tvsat).

Ciekawe losy mia³y "placówki handlowe" i sklepiki w ¶cianach. Kto pamiêta, gdzie by³y kioski Bociana, Kozuba i Olejnika.

Handel

Gdy paniusie reklamowa³y drzazgi w miêsie, to sprzedawca odpiera³, i¿ IV-ty gatunek r±bie razem z bud±..

U wej¶cia na targowisko z ul. 22. Lipca (dzi¶ J. Pi³sudskiego), po lewej stronie, oparty o ¶cianê domu sta³ (na owe czasy bardzo nowoczesny) drewniany pawilon Spó³dzielni Mleczarskiej z ul. Jeziorowej. Pracowa³a w nim rumiana, u¶miechniêta, okr±glutka pani Józefa Zdanowicz. Po mleko chodzi³o siê z kank± - bañk±. Nalewanie to by³a ca³a ceremonia! Najpierw nale¿a³o przetoczyæ konew do lady, potem otworzyæ olbrzymi dekiel, by wreszcie ostro¿nie zanurzyæ litrow± miarkê. Nowo¶ci± by³o mleko w tubie. S³odkie, z plastikow± zakrêtk±, któr± wylizywa³o siê czubkiem jêzyka...

Z racji utrzymywanych tu i ówdzie krów - mo¿na te¿ by³o kupiæ mleko prywatnie. Moi koledzy chodzili po nie pod przejazd kolejowy - do pani Kowerko.

Okienko Olejnika

Po drugiej stronie ulicy (jest do dzi¶) by³o wiecznie czynne okienko kiosku p. Olejnika. Smag³olicy, przystojny pan, z zakolami na opalonym czole, z w±sem, w bia³ym kitlu sprzedawa³ z tego okienka wszystko prócz r±banki. Pamiêtam do dzi¶ smak kawek (twardych ziarenek wype³nionych s³odk± ciecz± gryz±c± jak alkohol) pakowanych w celofanowe woreczki.

Na wprost ul. £u¿yckiej (dzi¶ kwiaciarnia) by³ sklep Pañstwa Gajowych. Pasmanteria i co¶ tam jeszcze, czego nie pamiêtam. Ciemne meble, przys³oniête okna, prawie pó³mrok, starszy siwy pan i du¿y, bia³obr±zowy bernardyn le¿±cy "na sklepie".

U Kozuba

U wylotu 30. Stycznia, obok bramy któr± przechodzi³o siê do kamieniarza, gnie¼dzi³ siê sklepik p. Kozuba (dzi¶ "126p") Przedwojenny handlowiec i kelner z praktyk± za oceanem mia³ u siebie wszystko. Tylko on wiedzia³, jak zmie¶ciæ ca³y handel w pokoiczku podnajmowanym u rodziców Heñka Kasperowicza. Piwosze mieli wygodê, bo przed sklepikiem, na dzisiejszym skwerze sta³ miejski szalet, pod dachem którego by³a tak¿e "budka elektryczna" zast±piona pó¼niej betonowym klockiem transformatora na zachodnim skraju pl. Wolno¶ci.

Okr±glak z piwem

Przy skrzy¿owaniu Pi³sudskiego i Kolejowej kiedy¶ nazywanym "pod komitetem" sta³ drewniany, ciemnozielony kiosk z piwem. W budynku za kioskiem mieszka³ mój kolega z klasy i dru¿yny zuchowej - Leszek Kujawski (potem by³ tam sztab wojskowy, biura GS-u, urz±d skarbowy i obecnie Biuro Promocji Starostwa).

Kiosk by³ charakterystycznie zaokr±glony, z pó³k± na ³okcie i stosem drewnianych skrzynek po piwie. W maju 1945 r., gdy komendant wojskowy miasta jeszcze stacjonowa³ w "komitecie", przy kiosku rozegra³a siê tragedia. Przechodz±cemu przez skrzy¿owanie pijanemu ¿o³nierzowi Armii Czerwonej wypad³ pistolet. Stoj±cy pod kioskiem w gronie kolegów - m³ody cz³owiek - Diament z W±growca - cz³onek grupy organizuj±cej polsk± administracjê w ¦wiebodzinie - podbieg³ i poda³ broñ krasnoarmiejcowi. Ten za¶, nie wiedzieæ dlaczego, zastrzeli³ Polaka. Natychmiast zareagowa³ komendant miasta. Rosjanina skazano na ¶mieræ i rozstrzelano pod ¶cian± ob. kina "Przyja¼ñ"(na podwórzu dzisiejszego Starostwa).

Miejskie cukiernie

Na rogu G³ogowskiej i 22 Lipca, gdzie dzi¶ jeszcze funkcjonuje "¦nie¿ka" - cukiernia by³a od zawsze. P. Rudzka i kruczow³osa Pani Kazia podawa³y ciastka tortowe, które prócz zawsze tego samego - margarynowego smaku mia³y jeszcze tê sam± cenê. Dwa z³ote. Tyle te¿ kosztowa³o ciastko w kawiarni "Pó³ czarnej". W cukierni by³y stoliki, przy których mo¿na by³o wypiæ oran¿adê. Wybór ciast ogranicza³ siê do kilku najpopularniejszych. Pamiêtam, ¿e wiecznymi ciastkami by³y twarde klawisze i miêkkie, ciê¿kie, przes±czone t³uszczem muszelki.

Prywatna cukiernia pañstwa Compel pracowa³a w oficynie obok ratusza. Nale¿a³o wej¶æ w bramê, min±æ zak³ad szklarski P. Wejmana, by dotrzeæ do lady z ptysiami, eklerami i Bóg wie z czym tam jeszcze. W koñcu lat sze¶ædziesi±tych wpadali¶my tam na d³ugiej przerwie na dro¿d¿ówki.

Modne pasmanterie

Za "¦nie¿k±" - wetkniêty w ¶cianê - pracowa³ sklep pasmanteryjny, w którym pracowa³a moja Matka - Janina Gancewska. Szklana lada, regaliki z lustrami, stolik i krzese³ko. Towaru po sufit (p³acono m.in. od obrotu) i metrowej szeroko¶ci zaplecze. Sklepy dzia³a³y wówczas od 8 do 18 z dwugodzinn± przerw± obiadow± miêdzy 13 a 15. Po pracy, prócz porz±dków i uzupe³niania towaru "robi³o siê kasê". Pieni±dze wraz z kwitem wrzucane by³y do bankowego trezora w O/NBP na G³ogowskiej. Kierownicy sklepów je¼dzili PKS-em do zielonogórskiej hurtowni "po towar", który otrzymywa³ po kilku dniach.

Pamiêtam parê charakterystycznych klientów. Doktorostwo Baczañscy. On - legenda miasta, z ma³¿onk±, która lubi³a przebieraæ w kolorowych ciuszkach. Wizyty p. Baczañskich koñczy³y siê tak samo. Potê¿nej postury Doktor zniecierpliwiony wychodzi³ razem z portfelem...

Za pasmenteri± by³ sklep z pieczywem, którego szefow± by³a Pani Maciszewska , u której to pobiera³a nauki panna Walerka. Dzi¶ jest tam zak³ad fryzjerski.

Piekarnie w mie¶cie by³y zak³adami otwartymi. "Nasza", bo najbli¿sza, by³a na rogu 30. Stycznia i placu Wolno¶ci. Przed ¶wiêtami do piekarni nosi³o siê blachy z ciastami do wypieku. Piekarz dawa³ malutki skrawek papierowej etykiety i wyznacza³ godzinê odbioru. Hala z piecami i sklep po³±czone by³y korytarzykiem. Po likwidacji z piekarni zrobiono dwa lokale. W jednym z nich by³ warzywniak pani Balulowej, pó¼niej prowadzi³ w nim handel Zbyszek Kielmañski.

Bar mleczny

Na rogu G³ogowskiej i 22 Lipca by³ jeszcze jeden lokal. Bar mleczny. Kremowa lamperia, wysokie sto³y (do jedzenia na stoj±co), ciê¿ka porcelitowa zastawa, aluminiowe sztuæce i okienko w ¶cianie. Du¿a tablica jad³ospisu z wsuwanymi plastikowymi literkami, nie by³a urozmaicona. Na gor±co: nale¶niki, jajecznica na ma¶le, mleko z ry¿em lub makaronem, kopytka. Bu³ki z mas³em, d¿emem lub ¿ó³tym serem, twaro¿ek ze szczypiorkiem, jajko na twardo. Wykwintnym i stosunkowo drogim napojem by³o kakao.

Pierwszy "SAM" nobilitowa³ miasto. Otwarto go na rogu £u¿yckiej i 22 Lipca (dzi¶ apteka ¶w. Antoniego). By tam zaj¶æ i nie wygl±daæ na gapowicza pyta³em o gumê do ¿ucia - towar wówczas nieosi±galny. Kolejny SAM - "Sezam" powsta³ przy ul. G³ogowskiej (dzi¶ odzie¿owy) i istnia³ do upadku PSS "Spo³em", który w ¦wiebodzinie zatrudnia³ niegdy¶ ponad 500 osób!

Sklepy z tkaninami by³y dwa. Pierwszy z nich "Ewa" mie¶ci³ siê obok stacji benzynowej, jako ch³opak, który nic nie szy³, prawie tam nie zachodzi³em. Natomiast doskonale pamiêtam stoisko z tkaninami w Domu Towarowym MHD. Na piêtrze, przy klatce schodowej, za d³ug± lad± panowa³ spokój, ³ad i porz±dek. To by³o królestwo pana Feliksa Suchorowskiego i jego ma³¿onki. Cichutko, bardzo kulturalnie, uprzedzaj±co grzecznie odmierza³ Pan Feliks kilometry tkanin. Zawsze pod krawatem, starannie zaczesany do góry, z o³ówkiem w kieszonce fartucha.

Buty kupowa³o siê u Dukiewicza. Niewysoki, w granatowym b³yszcz±cym kitlu, szczup³y pan o mocnym g³osie w towarzystwie damskiej obs³ugi przez lata ca³e sprzedawa³ pantofle na ul. 22 Lipca (dzi¶ Pi³sudskiego). Mój ojciec, który mia³ wiecznie k³opoty z butami (z braku du¿ych numerów) by³ ka¿dorazowo wzywany przez stoj±cego w drzwiach sklepu pana Dukiewicza w ten sposób: powiedz ojcu, ¿e s± pantofle na niego! Ojciec szed³ i kupowa³ przeceniane (z racji braku chêtnych) buty.

Pan Szyd³owski

Na Wa³owej (wtedy Obroñców Stalingradu) handlowa³ niewysoki, w okr±g³ych, grubych okularach, z w±sem, w ciemnym, b³yszcz±cym fartuchu Pan Szyd³owski. Mo¿na by³o u niego kupiæ dewocjonalia, a dla ch³opaka same atrakcyjne rzeczy: znaczki pocztowe pakowane na kartonikach z celofanem, kapiszony i naboje do korkowca. Z nich wyd³ubywa³o siê czerwon± siarkê do rzucania dziewczynom pod nogi. Pierwszy klaser zrobi³em z "tygrysa" - ma³ej ksi±¿eczki za 5 z³ zatytu³owanej "Altmark - okrêt widmo" a mo¿e "Bismarck - pirat Atlantyku"?

Kilka domów dalej by³a "tania jatka" sprzedaj±ca miêso gorszego gatunku. Kr±¿y³ o niej dowcip, ¿e gdy paniusie reklamowa³y tam drzazgi w miêsie, to sprzedawca odpiera³, i¿ IV-ty gatunek r±bie razem z bud±.

Sklep rybny - pokaz nowoczesno¶ci, by³ w rynku. Kafelki, baseny na p³ywaj±cy towar, piêkny, porz±dnie zaprojektowany jak na owe czasy wystrój. Wszystko to z biegiem lat jako¶ tak spowszednia³o, zmarnia³o i sklep przeniesiono na ul. Kiliñskiego. Na jego miejscu powsta³ pierwszy w mie¶cie sklep "nocny" pana Ziutka, który to epatowa³ klientów wielkim, z³otym sygnetem na ma³ym palcu.

Wtedy to taksówkarzom sypnê³y siê zlecenia z pobliskich wsi, sk±d rolnicy z fantazj± wynajmowali taxi do zaopatrzenia w trunki.

Z kronikarskiego obowi±zku dodaæ nale¿y, ¿e ryby wróci³y na swoje miejsce po kilku latach sk±d zosta³y bezpowrotnie wyparte przez sklep z taniutk± odzie¿± i butami.

Sklep ¿elazny

Vis a vis apteki pracowa³ mroczny, d³ugi GS-owski "sklep ¿elazny". Pachnia³o w nim smarem, skór± koñskich uprzê¿y i wazelin± konserwuj±c± narzêdzia. Gospodarzyli w nim pañstwo Kotwiccy. Jako dziecko bywa³em tam z ojcem, który przyja¼ni³ siê z p. Józefem i pani± Jadwig± secundo voto Simon. Dzi¶ zaadaptowano go na salon telefonii komórkowej. W miejscu, gdzie sprzedawano baty panosz± siê elektroniczne cudeñka.

Apteka by³a jedna (dzi¶ "Staromiejska" na ul. 1 Maja) i obs³ugiwa³a ca³e miasto wraz z okolic±. Drug± otwarto w pawilonie ¦SM na Os. £u¿yckim. Pan magister by³ jak z obrazka. Uwa¿nie s³uchaj±cy, uprzejmy, z bia³ymi, zaczesanymi do ty³u w³osami. Wydzielona kasa zajmowa³a naro¿nik po drugiej stronie. Sta³o siê zatem w dwóch kolejkach. Piêkne meble, charakterystyczny zapach, cisza i powaga miejsca tworzy³y niepowtarzaln± atmosferê. Warto dodaæ, ¿e wiele leków (proszków i ma¶ci) by³o wtedy przyrz±dzanych na miejscu i przychodzi³o siê po nie o wyznaczonej godzinie. Jako dziecku podoba³y mi siê wafelkowe kapsu³ki z lekarstwami, które mo¿na by³o ostro¿nie otworzyæ, wysypaæ proszek i zje¶æ wafelek!

Targowisko za PDT-em wiecznie straszy³o b³otem i ka³u¿ami. Sprzedawano prosiaki, cielêta, ¿ywy drób, wory zbo¿a. Wtedy w mie¶cie wydawano ponad 200 zezwoleñ na ubój gospodarczy rocznie. Mieszczuchy kupowa³y wiêc karmê dla swoich ¶winek. Na rynek (we wtorki i pi±tki) przyje¿d¿ano konnymi wozami. Szykiem by³y ko³a z oponami. Kobiety sprzedawa³y nabia³ z wiaderek i koszyków. Sta³y te¿ budy rze¼nickie, gdzie za op³at± mo¿na by³o dokonaæ rozbioru wieprzka na r±bankê. Budy by³y ze sfatygowanych desek i wiatr hula³ w nich niemi³osiernie.

Dzi¶ miêso i jego przetwory sprzedawane jest w ponad 60-ciu miejscach. Pod koniec lat siedemdziesi±tych by³o ich kilka. Przed ka¿dym od ciemnego ¶witu (dos³ownie) sta³a kolejka. Ka¿de ¶wiêta poprzedza³ kolejkowy horror. Znana mi korpulentna pani Irenka z kolejek sprawi³a sobie sposób na ¿ycie rezyduj±c w kilku jednocze¶nie. Starsi ludzie kr±¿yli wówczas po mie¶cie z p³óciennymi torbami w rêkach licz±c na to, ¿e gdzie¶, "co¶ rzuc±"

Wieczorem, gdy ¶ciemnia³o, niektórzy z wybranych naciskali dzwonek przy bramie masarni p. Zydora na ul. Dzier¿yñskiego (dzi¶ M. ¯ymierskiego).

Handel ze Wschodem

Przy d³ugich sto³ach targowiska, obok wej¶cia mo¿na by³o kupiæ radzieckie z³ote obr±czki, precjoza i mechaniczne zabawki. Tym handlem zajmowa³o siê kilka kobiet regularnie je¿d¿±cych z tekstyliami na handel do ZSRR. Utrzymywa³a z niego piêcioro dzieci moja s±siadka, ¿ona emerytowanego kolejarza. Po okresie gwa³townych przemian do³±czy³y do nich kobiety handluj±ce praktycznie wszystkim - nawet drewnianymi jajkami, które utargi zamienia³y na dolary.

Dwa s³owa o dziwnym handlu ksi±¿kami. Rosjanie (ci stacjonuj±cy w pobliskiej Kêszycy) realizowali w praktyce radziecko-polsk± wymianê kulturaln± i kupowali swoj± (wydan± w oryginale) klasykê rosyjsk± wg atrakcyjnego przelicznika rubla na z³otówki. Natomiast Polacy przywozili zza wschodniej granicy prawdziwy hit: encyklopedie PWN!

¦miesznie tanie by³y rosyjskie ksi±¿ki dla dzieci. Kolorowe elementarze w twardych ok³adkach s³u¿y³y do wycinanek, obgryzania rogów, malowanek etc. etc.

Znajomo¶ci w ksiêgarni nale¿a³y do najcenniejszych. Czasy by³y takie, ¿e kupowano wszystko "jak leci". Ka¿de wydanie PWN-owskie rozchwytywane by³o w mig, a kolejka pod ksiêgarni± zwiastowa³a kolejny wydawniczy rarytas. Najcenniejszymi by³y subskrypcje na wielotomowe wydawnictwa encyklopedyczne. Sam zbiera³em wówczas klasykê polsk± i obc± w fa³szywych pó³skórkach, biografie z Ossolineum i seriê zapocz±tkowan± przez Cerama.

Dzi¶ nawet znana marka nie gwarantuje jako¶ci, zbiednieli inteligenci i zdro¿a³y ksi±¿ki. Szalony wybór, mnóstwo t³umaczeñ, piêkne wydania, rewelacyjna robota introligatora, jeszcze ciep³e ¶wiatowe bestsellery - wszystko na nic, gdy musisz wybieraæ miêdzy dobr± ksi±¿k±, a np. horrendalnym rachunkiem za gaz.

W tym miejscu muszê napisaæ kilka s³ów o bibliotece. By³em tam kilka tygodni temu. W dziale dla doros³ych, na skromniutkich rega³ach ujrza³em widok zatrwa¿aj±cy. Jak by powiedzia³ min. Ziobro - zosta³em zszokowany i powalony tym stanem rzeczy. Rzêdy zniszczonych, sfatygowanych, wymiêtych, obskurnych, odpychaj±cych, zaczytanych na ¶mieræ ksi±¿ek. To nie wina przechowywania, czy braku czytelniczej troski - to bieda i brak ¶rodków na wymianê i uzupe³nianie ksiêgozbioru. Przykro, ¿e miasto mieni±ce siê przyjacielem inwestorów nie inwestuje w mieszkañców.

Czy wiesz, gdzie w ¦wiebodzinie stawiano beczkê ¶mierci? Co to by³o KALASO? Gdzie goli³ syn carskiego balwierza i który ze ¶wiebodziñskich rzemie¶lników na piechotê dotar³ do Adriatyku?

Dzieci - zabawy - s³odycze

Niedawna wojna - obecna w pamiêci rodziców, odbita w dzieciêcej wyobra¼ni - odcisnê³a ¶lad na zabawach najm³odszych. Grali¶my w dru¿ynow± strzelaninê nazywan± "pach-pach", pos³uguj±c siê wyciêtymi z drewna pistoletami, pepeszami i szmajserami. W ogrodach kopano ziemianki nazywane bunkrami. Najefektowniejsz±, starannie zamaskowan± w zieleni miêdzy ul. Ogrodow± a placem Wolno¶ci, mieli bracia Karpowiczowie. Zim± "bunkry" jak igloo budowano z ociosywanych bry³ ¶niegu.

Nie wiem, sk±d pochodzi³ "pikier" - gra zasadza³a siê na str±caniu litrowej puszki (po olejnicy) ustawionej na cegle. Gracze rzucali kijami z trzech linii. Do zajêcia kolejnych, bli¿szych puszce miejsc rzutu upowa¿nia³y "gwiazdki", które dostawa³o siê za str±cenie puszki. Pikier broni³ puszki, atakuj±c zawodników, którzy chybili.

Przytrzymywana stop± puszka wchodzi³a w grê, gdy spawano opodal. Po wsypaniu doñ porcji karbidu zalewa³o siê go odrobin± wody i zatyka³o mocno wieko. Gaz z hukiem wysadza³ pokrywkê i zabawê zaczyna³o siê od nowa.

Ponadto ha³asowali¶my z pukawek nabijanych siark± zapa³ek i zatykanych papiakiem, grali¶my w "no¿a", przykrawaj±c "pañstwa" po udanym rzucie i w "kiczki-paliczki", podbijaj±c dwustronnie zastrugany patyk.

Gra "w patyczki", których 10 uk³adano po jednej stronie deski po³o¿onej na cegle, polega³a na ich wybiciu stop± w powietrze przed "zaklepaniem przez kryj±cego". Wymaga³o to szybkich nóg, refleksu i mocnego gard³a, bo dar³o siê wniebog³osy: "pa³ka, zapa³ka, dwa kije - kto siê nie schowa, ten kryje!"

Obowi±zywa³y dwie wyliczanki: "ene, due, rike, fake..." oraz "kaci³a siê torba..." Starsi ch³opcy u¿ywali wyliczanki: "mucha, pszczo³a czy kaczan?" w stosunku do maluchów. Ka¿da odpowied¼ wi±za³a siê z k±¶liwymi prztyczkami w ucho lub potylicê, bo gdy odpowiedzia³e¶ np. "kaczan!", by³e¶ bity "cztery razy w baraban!"

Po wej¶ciu na ekrany "Krzy¿aków" A. Forda modne sta³y siê miecze z drewna. Natomiast po ekranizacji "Hrabiego Monte Christo" i serii filmów z muszkieterami robili¶my szpady ze szkieletów ¶wierkowych choinek - wyschniêtych i wyrzuconych po ¶wiêtach. By³y lekkie i mia³y naturaln± gardê z najni¿szych ga³±zek. Szermierka zakoñczy³a siê z chwil±, gdy pod obojgiem oczu mia³em dwa czarne siñce po udanych pchniêciach Stefana ("Pepy") i Józka Szymañskich.

Palant

Obok poczty (dzi¶ dom z aptek± "Nowa") - grali¶my w palanta na wyrównanym gruzowisku. Najlepsi byli bracia Heniek i Zdzichu R¿ewscy. Stoj±ca w naszym podwórzu ruina, zwana "starym domem", doskonale nadawa³a siê do gry "pach-pach". S±siad znalaz³ w nim (wci¶niêty pod krokwiê) du¿y plik reichsmarek.

Co najmniej raz w sezonie do miasta przyje¿d¿a³ cyrk. Rozbija³ namioty obok starej stodo³y-magazynu fabryki mebli przy ul. Zielonej. Tylko kilka spektakli i straszna duchota, je¶li by³o s³onecznie. Ówczesne air condition dzia³a³o w formie podwijanych brezentowych ¶cian namiotu. Ulice wokó³ zastawione samochodami, rzeka ludzi z ca³ej okolicy. Spektakle by³y kupowane w ca³o¶ci przez dzia³y socjalne zak³adów pracy. W latach 80-tych bezkonkurencyjna by³a w tym pani Bronia Kosowska ze ¦wiebodziñskiego Kombinatu Rolnego. W trakcie przedstawieñ i podczas antraktu mo¿na by³o kupiæ mro¿one lody w papierku oraz nowo¶æ: oran¿adê w foliowych woreczkach. Jako mali ch³opcy wchodzili¶my w ³aski ekipy technicznej, by potem bez biletu staæ w przej¶ciach, czekaj±c na wolne miejsce. Zazdro¶ci³em dzieciom w lo¿y, których rodzice przep³acali kilkakrotnie, ale za to widzia³o ich ca³e miasto!

Niejako odpryskiem cyrku by³a dzieciêca arena na ul. Krótkiej, improwizowana przez Wie¶ka i Hirka Nowaków. W ma³ej stodó³ce - dla kilkunastoosobowej gromadki dzieci prezentowano: psie podskoki, ¿onglerkê trzema palantówkami, grê na brodzie, stanie na rêkach oraz skecze. Bilet kosztowa³ z³otówkê. Za dobr± monetê uznawano te¿ butelki przeznaczone do skupu (tych po oliwie nie przyjmowano). W przerwie, a jak¿e!, mo¿na by³o kupiæ jab³ko lub gruszkê serwowan± na talerzyku.

Po wystêpach wy¶wietlano film z ebonitowego projektora. Kolorowe obrazki z podpisami poprzedzane plansz± "ostro¶æ" (pakowane w ma³e kartoniki, pó¼niej w okr±g³e plastykowe pude³ka) mo¿na by³o kupiæ w sklepie foto-optyka. Tam równie¿ by³ cenny gad¿et: magnezja, podpalenie której dawa³o piêkny efekt pirotechniczny.

Beczka ¶mierci

Kto pamiêta braci Daleckich (?). Na placu targowym, przed ³a¼ni± miejsk± stawa³o od czasu do czasu co¶, czego pró¿no dzi¶ szukaæ w ofertach rozrywki. Beczka ¶mierci sk³ada³a siê z pionowych blatów u³o¿onych na planie okrêgu. Wysoka na dwa piêtra, z nakryt± brezentem galeryjk± dla widzów i schodami przyklejonymi do ¶ciany. Wzmocniona i usztywniona podporami ca³a dr¿a³a i trzês³a siê od ryku motocyklowych silników. Wewn±trz bohaterowie widowiska uje¿d¿ali na zmianê, a w koñcu razem, rycz±ce motocykle, zataczaj±c coraz wy¿sze krêgi na ¶cianach beczki. Si³a od¶rodkowa wciska³a ich w deski telepi±cych siê ¶cian. Pod widzami wymalowana by³a czerwona "linia ¶mierci", której nie wolno by³o przekraczaæ. W kasie biletowej u podnó¿a beczki mo¿na by³o kupiæ prymitywnie wykonane, jednokolorowe pocztówki z motocyklistami - kaskaderami.

Sport motorowy mia³ w powojennym ¦wiebodzinie wielu czynnych amatorów. ¦cigano siê ulicami miasta poniemieckimi maszynami i radzieckimi nowo¶ciami. Kopalni± wiedzy jest tu "Kosa" Przew³ocki, który potrafi wymieniæ najlepszych zawodników (Wi¶niewski) z podaniem marki motocykla. Temu ruchowi sportowemu przewodniczy³ bieg³y s±dowy - Falkowski (zgin±³ w wypadku na trasie A2), mieszkaj±cy w miejscu dzisiejszego pawilonu "Mars" naprzeciw Domu Kupca.

Wiatrak

Ówczesna "nartostrada" by³a na wzgórzu, na które prowadzi ul. Kamienna. Niegdy¶ me³³ tam wiatrak, którego okr±g³a pozosta³o¶æ stercza³a w ziemi. Zbocze by³o bardzo strome i koñczy³o siê skarp±, z której spada³o siê wprost na bruk ul. Sobieskiego (vis-a-vis bramy dzisiejszej hurtowni budowlanej "Mozaika"). Najodwa¿niejsi jechali na wprost, przecinaj±c skarpê i efektownie skacz±c na ulicê. D³uga¶ne, chyba poniemieckie sanki naszego podwórka prowadzi³, jako sternik Leszek Gwardziñski. Za nim siada³o 4-6 osób, a dziewczyny piszcza³y wniebog³osy. Uderzenie o bruk bywa³o bolesne - ale jaki by³ efekt! S³absi duchem nie skakali - skrêcali w bok, pod ¶cian± stoj±cej opodal stodo³y.

Nie wiem dlaczego inne miejsce - ca³kiem karko³omne - nazywane by³o górk± Starosty. Przy torach, na koñcu ogrodnictwa Wo¼niaków by³a (jest) skarpa spadaj±ca na ma³y stawek. Zim± zje¿d¿a³o siê, unosz±c do góry przód sanek, by potem z wielk± szybko¶ci± wjechaæ na stawek skuty lodem.

Po drugiej stronie torów, po drodze na "K±pia³kê", czyli jez. Trzcinowe, by³a dolina Wójcika. Dawna piaskarnia, zasypana pó¼niej po brzegi miejskimi odpadkami. Urwiste, jakby klifowe brzegi doliny koñczy³y siê u do³u piaskiem, na który mo¿na by³o efektownie i daleko skakaæ. Ponadto z kup ¶mieci wystawa³y atrakcyjne dla smarkaczy rzeczy, np. wielkie gipsowe buty przywo¿one na ¶mietnik z miejscowego szpitala.

D³uga, do¶æ ³agodna ¶lizgawka funkcjonowa³a pod ko¶cio³em "szkolnym" (dzi¶ pw. NMP KP) Tam popisywali siê ch³opcy w butach z "p³a¶cinkami", do których mocowano ³y¿wy. Szewc za pi±tkê osadza³ w obcasach trzewików p³ytki stali, do których przytwierdza³o siê ³y¿wy mocowane w±skimi, skórzanymi paskami. Innym sposobem by³y ³apki ¶ciskaj±ce ³y¿wê z butem, które przykrêcano specjalnym - czworogrannym kluczykiem. Z czasem wesz³y (import z ZSRR) "hokejówki". Najbogatsi mieli ³y¿wy do jazdy figurowej z oryginalnymi trzewikami. Pod choinkê dosta³em "¶niegówki" z zaokr±glonymi nosami. W komplecie by³y rzemyki do wi±zania. Nale¿y przyznaæ, ¿e wówczas ambicj± ka¿dej podstawówki by³o mieæ w³asne (naturalne, oczywi¶cie) lodowisko.

Kiedy¶ z wakacji przywioz³em rêkawice bokserskie. Zawsze losowali¶my, kto bêdzie mia³ praw± i w naszej kuchni toczyli¶my rozgrywki "do pierwszej krwi" z nosa. Zwyciê¿a³ W³odek Pawliszyn, który powêdrowa³ na ¦l±sk do szko³y górniczej, by po kilkudziesiêciu latach wróciæ na ostatnie dni do ¦wiebodzina.

Pi³karzy na podwórku mieli¶my zawsze. W bramie by³a siedziba KS "Olimpia" i "Nadodrze", gdzie urzêdowa³ p. Sergiusz Sugak. Prócz biura by³a i szatnia. W piwnicy pi³karze korzystali z "odnowy biologicznej" w postaci bie¿±cej wody. Gdy po meczu kolejka do kranu by³a zbyt du¿a, przychodzili do naszego ogródka, gdzie sta³a wielka balia z wod±.

Przed zawodami ca³a dru¿yna, z fasonem ha³asuj±c pi³karskimi korkami, maszerowa³a z naszej bramy na stadion. My - mali ch³opcy - pokazywali¶my palcami: patrz Kulak, Puzyna, Lachowicz (bramkarze) Ka³mucki, Bracia Watralowie ("Dzinek i Ropniak"), Cukier ("Ciuciu"), Przew³ocki ("Kosa"), Aszakiewicz ("Basiak"), ¯mijewski, pó¼niej Jamroz, bracia Oborscy, Jankowski, Rondomañski, Korzeniewski, Karolak - to by³y postaci!

Kalaso

Na pieni±dze, prócz kart, mo¿na by³o graæ w "banczek" uderzaj±c monetami o ¶cianê tak, by upad³y w zakre¶lony kwadrat. Prawdziwym szaleñstwem by³a gra w "kalaso". Ca³y Plac Wolno¶ci by³ widowni± hazardu. Gracze mieli "kalasa" (kr±¿ki, plastry) wykonane z o³owiu wielko¶ci dna puszki po konserwach, w której topiono o³owiany z³om na kuchence gazowej. Jak mi przypomnia³ Staszek Kierzkowski - najporêczniejsza by³a najmniejsza z fajerek (ta z dziurk± na haczyk). Dachówki obt³uczone na kszta³t ko³a nazywano plaskaczami. "Nakrywka" dawa³a 30 groszy, rzut na szeroko¶æ kciuka - 20. a na odleg³o¶æ rozwartych palców - 10. groszy. Mistrzami tej gry byli bracia "Heñka" i "Dziuba" Karpowiczowie oraz Mietek i W³adek Sikorscy, którzy jako pierwsi mieli plastikow± (nie sznurowan±) pi³kê przywiezion± z eltermowskiej delegacji. Oni te¿ jako pierwsi je¼dzili czerwonym, b³yszcz±cym junakiem (motorem) dudni±cym w bramie.

¦mieszny dzisiaj, a wtedy bardzo normalny, by³ zwyczaj chodzenia "na telewizjê". Puka³o siê do bogatszego s±siada (chodzi³em do Ry¶ka Wisznarewskiego) z pytaniem, czy mo¿na przyj¶æ na telewizjê... Po dzienniku spiker informowa³, od ilu lat jest film. Wtedy siê zostawa³o lub nie.

Rowery tamtych czasów to by³ przegl±d ca³ego przemys³u niemieckiego, nasz by³ marki "Pafaro". Na ramie wozili¶my jedni drugich na "K±pia³kê", gdzie by³ jeszcze pomost. Jako ch³opak kupi³em "Duet" - rower dwuosobowy, którym ze Staszkiem Kierzkowskim i Ry¶kiem Ró¿anowskim bili¶my rekordy na budowanej obwodnicy do Wilkowa. Do dobrego tonu nale¿a³o mieæ "Eskê" - drogi, czeski rower turystyczny na cienkich oponach. Niebieskie "Eski" mieli bracia Fr±ckowiakowie i Zbyszek Mlonek.

S³odycze nie by³y wyszukane. Jednak do dzi¶ ich zapach, smak i wygl±d kojarz± siê z najpiêkniejszymi chwilami. Kupowa³em je w kiosku "u Kozuba" lub w okienku "u Olejnika". Oran¿ada zamykana porcelitowym korkiem z przewleczonym drutem kosztowa³a 80 groszy i bi³a w nos gazem tak, ¿e do dzi¶ czujê b±belki w nosie. Dro¿sza (2,30 z³) by³a mandarynka. Butelki otwiera³o siê z fasonem - uderzaj±c "karatem" w korek. Za 55 groszy mo¿na by³o zanurzyæ palec (brzydko, ale... smacznie!) w torebkê oran¿ady w proszku. Po 3 z³ (drogo!) by³a torebka kamyczków - orzeszków oblewanych lukrem. Tañsze by³y "kawki" zgrzytaj±ce w zêbach. Do eleganckich s³odkich prezentów (bombonierki by³y pó¼niej) nale¿a³y rodzynki w czekoladzie. Ca³± pi±tkê kosztowa³a ma³a butelka Pepsi. Coca-Cola, z racji podzia³u kraju na strefy wp³ywów tych napojów, w ¦wiebodzinie nie by³a dostêpna.

W¶ród s³odyczy na rozwagê królowa³a, znikaj±ca b³yskawicznie cha³wa, w miejsce której sprzedawano blok "lubuski" - tward± masê z po³amanymi resztkami ciastek i wafli. Ojciec przywozi³ z delegacji do stolicy z³ocist±, kilogramow± puszkê wedlowskiej cha³wy. Choæ od³upywana ledwie po drobince - dziwnie szybko kurczy³a siê w nat³uszczonym papierku... Nie by³o mowy o gumie do ¿ucia (co prawda pojawia³y siê tu i ówdzie czeskie i NRD-owskie ersatze). Cytrusy, jak ka¿dy pamiêta, "rzucano" przed ¶wiêtami. O donios³o¶ci wydarzenia ¶wiadczy³ wieczorny "Dziennik TV", podaj±c, ¿e na redzie szczeciñskiego portu stoi statek z pomarañczami.

Murzynki - ciep³e lody w wafelku, preparowany ry¿ w prze¼roczystych workach foliowych (nowo¶æ), pudrowe pastylki, mocno miêtowe p³askie czekoladki, krówki, sugusy, lizaki "kogutki", czekoladki "Danusia" oraz czekolada po 19 z³, ustêpowa³y najwiêkszemu smako³ykowi: mieszance wedlowskiej!

Pod choink± ubran± m.in. w ma³e "rajskie" jab³uszka, orzechy i cukierki czekoladowe z "Wedla" ¶piewali¶my: "Choæ jednego bajecznego!", który to cukierek wspierany Pierrotem, teatralnym czy kawowym stanowi do dzi¶ niebo w gêbie.

To jednak by³o od ¶wiêta. Na co dzieñ pitrasili¶my na patelni cukier, zamieniaj±c go w szklist± karmelow± masê. Nasze mamy przek³ada³y wafle s³odk± margarynowo-cukrow± papk± z dodatkiem kakao i d¿emu, by pó¼niej pokroiæ je w kostki, a kupowanie w cukierni ciasta czy p±czków kojarzy³o siê z rozrzutno¶ci±, b±d¼ nag³ym przyjazdem go¶ci.

Rzemios³o i gospodarka komunalna

Powojenny model rzemios³a, które traktowane by³o jako zbêdny relikt kapitalizmu, wymaga³, by ka¿dy rzemie¶lnik nale¿a³ do sobie w³a¶ciwego, bran¿owego cechu (biuro Cechu Rzemios³ Ró¿nych od lat mie¶ci siê na ul. Matejki). Wi±za³o siê to ze szkoleniem m³odzie¿y, czeladnikowaniem czy wreszcie z mistrzowskimi egzaminami zawodowymi.

Raz w roku restauracja "Jubileuszowa" (dzi¶ bank przy ul. Pi³sudskiego) go¶ci³a rzemie¶lników na balu korporacyjnym. Kelnerzy Zenek i Zbyszek uwijali siê w¶ród pañ majstrowych, na których nie by³o bi¿uterii z czeskiego "Jabloneksu"...

Z³ote, grube sygnety panów i odleg³o¶æ stolika od orkiestry ¶wiadczy³y, kto mo¿e kandydowaæ na starszego cechu.

Najbardziej znanymi (spokrewnionymi) rodzinami ¶wiebodziñskich patrycjuszy byli Wagnerowie (dzia³aj±cy do dzi¶ zak³ad zegarmistrzowski i optyczny) i Zydorowie (b. masarnia i sklep wêdliniarski). Kiedy dzieci tych pierwszych zajmowa³y siê zawodem ojca, to drudzy brylowali w sporcie (gry zespo³owe). Ojcowie w czasie II wojny byli wywiezieni na przymusowe roboty do Schwiebusa i pozostali tu po 30-tym stycznia 1945 r., zajmuj±c domy swych pracodawców. Robotnicy polscy (do 1945 r.) byli skoszarowani na koñcu ul. M³yñskiej (budynek sp³on±³) za b. hotelikiem "Parysa". Podobnie jak wymienieni, w ¦wiebodzinie pozostali m.in. P. Sobkowiak (który prowadzi³ zak³ad rymarski), czy znany ca³emu miastu Marian Mlonek z Grzegorzewa. Na pobliskich wsiach by³o podobnie (w Gliñsku - Andrzej Jarmu³ z ¿on±).

Pamiêtam powiedzonko Wagnera protoplasty, powtarzane do dzi¶ przez Zbyszka - jego syna: "z r±czki do r±czki i nie ma gor±czki!", oraz wizytê ¿o³nierza wyzwolicielskiej armii, który ¿±da³ przeróbki jednego, du¿ego budzika na dwa zegarki na rêkê.

Stanis³aw Kielich - niezrównany gawêdziarz (niegdy¶ krajowy dziekan - senior inspektorów o¶wiaty) opowiada³ o go¶ciu, któremu w latach powojennych zagrabiono zegarek pod ratuszem. Zg³aszaj±c rzecz na komendzie MO poda³, ¿e sprawc± by³ Amerykanin. Co mówi³? "Dawaj czasy!" Na to milicjanci, ¿e to Rosjanin! "Ja tego nie powiedzia³em", rzek³ zainteresowany.

Dostawy towaru odbywa³y siê m.in. przy pomocy koñskich zaprzêgów. Podobnie wo¿ono m±kê do piekarni, wêgiel, materia³y budowlane etc. Konie by³y ciê¿kie, belgijskie, z d³ugimi, jasnymi grzywami i frêdzlami k³aków nad szerokimi kopytami. Z wy³adowanych po brzegi wozów najbardziej utkwi³y mi w pamiêci te z rozbiórkow± ceg³±. W tym miejscu nale¿y dodaæ, ¿e nikt prócz wróbli nie przejmowa³ siê "koñskimi p±czkami" na ulicach...

Rozbiórk± budynków gro¿±cych zawaleniem zajmowa³a siê firma pana Burnosa z ul. ¦wierczewskiego. Ten mê¿czyzna - potê¿nej postury, o mocnych, sêkatych d³oniach, szerokich ramionach i ogorza³ej twarzy, w p³óciennej maciejówce - tward± rêk± dzier¿y³ lejce swych ardenów. Podobne firmy prowadzili panowie Szyszy³o i Stanis³aw Korbut z ul. Poznañskiej. Jedynym z budynków, którego nie potrafili ugry¼æ, by³ zachowany do dzi¶ naro¿nik ulic Poznañskiej i Jeziorowej (sklep z lampami i meblami kolonialnymi)

Gdzie¶ na wysoko¶ci masarni Zydora, po drugiej stronie ul. Dzier¿yñskiego (dzi¶ ¯ymierskiego) szewskie ¿ycie wiód³ warsztat pana Wawrzyniaka (dzi¶ sklepik z firanami). Lubi³em tam zachodziæ, bo ojciec za ka¿dym razem naci±ga³ szewca, wiarusa z I wojny - gawêdziarza i obie¿y¶wiata, na opowie¶ci frontowe. Pan Wawrzyniak przeszed³ na piechotê szlak bojowy z Wielkopolski do Francji, po szczê¶liwym powrocie z frontu pomaszerowa³ nad Adriatyk, sk±d wróci³, by ju¿ z polskim orze³kiem na czapce pój¶æ na Kijów. Podczas II wojny by³ kierownikiem gospodarstwa ogrodniczego (ca 80 ha!) w Kutschlau (Chociule) produkuj±cego wyj±tkowo dorodne warzywa (dynie mia³y do 30 kg) na rzecz wielkiego Berlina. Po przej¶ciu frontu osiad³ w ¦wiebodzinie.

Ze sto³ecznego Petersburga pochodzi³ fryzjer z ul. G³ogowskiej - mistrz Micha³ Siedlecki. Jego ojciec cieszy³ siê najwy¿szym zaufaniem rosyjskiego samodzier¿awcy - bo co dzieñ trzyma³ brzytwê nad imperatorskim gard³em z racji funkcji nadwornego cyrulika czy te¿ osobistego balwierza cara Aleksandra II.

Czekaj±c w kolejce, zawsze czyta³em oprawne w ramy dyplomy mistrzowskie. Kiedy¶ fryzjer odmówi³ ojcu us³ugi, bo kas³a³em (koklusz), twierdz±c, ¿e to zara¼liwe. Od tego czasu ojciec strzyg³ siê u którego¶ z fryzjerów wilnian - braci Zakrzewskich (Pl. Wolno¶ci i G³ogowska).

W zak³adzie spó³dzielni us³ugowo-wytwórczej strzyg³ Marian, który by³ wzorcowym przyk³adem polskiego turysty. Z w³asn± grza³k± zwalczan± przez wszystkie hotele, herbatk± w saszetkach, konserwami i kabanosami zwiedza³ Europê z "Gromad±", "Juventurem" i "Turyst±", bo na "Orbis" mu nie starcza³o. Jak bajkê o ¿elaznym wilku opowiada³ o sklepach wolnoc³owych czy supermarketach... Niedawno s³ysza³em wywiad z Marianem w Radiu Zachód. Nie zmieni³ siê: strzy¿e i snuje opowie¶ci do ucha klientom w Miêdzyrzeczu.

Z szacunku dla historii miasta nale¿y dodaæ, ¿e w lokalu Mariana - pod siedzib± notariusza (dzi¶ sklep obuwniczy) - stawa³ na popas elektor saski.

Dzi¶ strzygê siê u Zenka Hoffmanna na G³ogowskiej, nastêpcy Siedleckiego. Dziwi mnie, ¿e do czesania mniej i mniej, a us³uga coraz dro¿sza... Prócz w³osów ¿al mi tak¿e niegdysiejszego, secesyjnego wystroju fryzjerni zast±pionego przez plastykow± boazeriê.

¦wiebodziñscy rzemie¶lnicy zarabiali du¿o i du¿o wydawali. Karciany hazard by³ ogólnie znan± s³abo¶ci± tych, którzy strasznie ciê¿ko pracowali, by lekk± rêk± k³a¶æ piêæ kart na zielonym stoliku.

Kochali siê w samochodach, które zmieniali co sezon, powoduj±c zazdro¶æ kolegów. Wyprawiali takie przyjêcia w Poznaniu, ¿e "smutni panowie" dzwonili noc± do ¦wiebodzina, pytaj±c, czy taki to a taki obywatel grodu (tu: znany malarz elewacji) ma legalne ¶rodki na takie brewerie w sercu Wielkopolski! Inni, jak to w ¿yciu, fundowali m³odziutkim panienkom bluzki z "Peweksu" i sukienki z grempliny czy te¿ lokowali wiêksze kwoty w banku ziemskim, tj. pod ziemi± - kupuj±c dzia³ki budowlane w Poznaniu czy Wroc³awiu.

Gazownia

Zosta³a po niej charakterystyczna, wielok±tna budowla mieszcz±ca niegdy¶ podnosz±cy siê, a potem opadaj±cy zbiornik. Roz¿arzony na pomarañczowo koks - wywo¿ony ma³ym wózkiem z pieca i obficie zlewany wod± - najlepiej by³o kupowaæ wczesnym rankiem. Kêsy wêgla parowa³y, potê¿ne bry³y stacza³y siê pod nogi, pod spodem za¶ by³ mokry mia³, który pozostawa³ spó¼nialskim. Kupno koksu wi±za³o siê z jego zabunkrowaniem, które by³o robot± ciê¿k± i niewdziêczn±. Dzi¶ - przy ogrzewaniu gazowym - staje siê dawnym, mi³ym, rzewnie wspominanym zajêciem.

W ¶wi±tek i pi±tek w powietrzu unosi³ siê kwa¶ny dym zmieszany z par±, który przypomina³, ¿e wys³u¿ona gazowania pracuje. Skoñczy³o siê to z chwil± symbolicznego odpalenia przez Naczelnika MiG Miros³awa Algierskiego pierwszej "¶wieczki" z gazem ziemnym (przy d. restauracji "Lubuska" na ul. G³ogowskiej). Gaz doprowadzono z Rakoniewic za Wolsztynem.

Je¶li o gazie mowa, nie sposób pomin±æ najbardziej wstydliwego problemu miasta. Dla obcych by³o to jezioro Zamkowe, dla swoich ze wschodnim za¶piewem po prostu "Gawnianka". Zaduch od strony jeziora i starej oczyszczalni ¶cieków dawa³ siê we znaki, szczególnie przy wschodnim wietrze. W ciep³e wieczory nie mo¿na by³o otworzyæ okna. W autobusach jad±cych obok jeziora pasa¿erowie podejrzliwie spogl±dali na towarzyszy podró¿y...

Dziêki staraniom naczelników H. Panufnika i C. Gordzelewskiego wybudowano oczyszczalniê i smrodliwy problem rozwia³ siê (prawie) sam.

W miejskiej ³a¼ni

£a¼nia miejska PGKiM (dzi¶ adaptowana na ¶wi±tyniê) sta³a skromnie przy gazowni. Pamiêtam poczekalniê z okienkiem kasy biletowej, w którym widnia³a kasjerka p. Anna Micha³owska niegdy¶ znany popularyzator walki z amerykañsk± stonk±. Cennik biletów zawiera³ dwie us³ugi (wanna i natrysk). Filigranowa postaæ kasjerki, z laseczk± i nieod³±czn± torebk± na pasku, by³a przeciwieñstwem kr±¿±cej majestatycznie po ³a¼ni pani Marii, ¿ony Stefana Podlipskiego, wileñskiego taksówkarza i mechanika. Podlipski przez czas jaki¶ prowadzi³ warsztat na ul. 22 Lipca. Przed wojn± by³ cz³onkiem Zwi±zku Automobilistów RP.

Jego syn Karol przechowuje do dzi¶ dokumenty kredytowe taksówki - Forda, kupionej z ulg± dla taksówkarzy (papiery wci¶niête s± w przedwojenn± mapê korytarzy lotniczych Luftwaffe nad Schwiebusem). Karol by³ kiedy¶ zbieraczem autografów sportowców i z racji nieprzeciêtnej postury - pierwsz± w ¦wiebodzinie (jednoosobow±) agencj± ochrony podczas koncertów rockowych w domu kultury.

£a¼nia nie by³a koedukacyjna. Pani Podlipska - oceniaj±c jako "niegro¼nych" - malców i niedorostków wpuszcza³a na "babsk±" stronê. Zaparowane pod sufit kabiny oddzielono wykafelkowanymi na zielono murkami, a wizyty koñczy³y siê "wypukiwaniem" go¶ci. £a¼nia by³a za ciasna, gdy przychodzili mieszkañcy internatów. Z czasem liczba ³azienek w mie¶cie tak wzros³a, ¿e ³a¼nia umar³a ¶mierci± naturaln±. Pozosta³ po niej szpetny komin stercz±cy do dzi¶ przy ¶cianie ¶wi±tyni.

Gniade konie w podwórzu opodal utrzymywane by³y przez Przedsiêbiorstwo Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej z przeznaczeniem do karawanu. Prawie wszystkie pogrzeby rozpoczyna³y siê od deportacji z domu zmar³ego. Kondukty sz³y przez ca³e miasto. Karawan z wo¼nic± - ¿a³obnikiem na ko¼le by³ czarny, przeszklony i b³yszcz±cy. Srebrzenia, kandelabry, kryszta³owe, mro¿one czy te¿ misternie piaskowane szyby z ro¶linnymi motywami oraz bogato zdobiona trumna ob³o¿ona kwieciem - dla nas, dzieciaków zawsze stanowi³y "atrakcyjny widok".

Wtedy to kr±¿y³ dowcip o wnuczku, który zanosi³ siê p³aczem, id±c za trumn± dziadka. Na uwagi ¿a³obników odpowiada³, szlochaj±c: "Ja mam w d.... dziadka! Ja chcê na karawan!".

Przeciwieñstwem tego smutnego obrazu by³y konie cygañskich taborów, które przemierza³y miasto pryncypialn± ulic± (wszak obwodnicy jeszcze nie by³o). Wozy l¶ni±ce od lakieru, du¿e, prze¼roczyste szyby w ¶cianach pude³, za którymi b³yska³a biel po¶cieli i amarant poszewek. Kolorowo i weso³o. Zazdro¶cili¶my wtedy dzieciom z taboru, ¿e nie musz± chodziæ do szko³y.

Z czasem Cyganów osiedlono. Na rogu ulic Krótkiej i Sikorskiego, w budynku po W³adku Dyndzie i Stasiu Usakowskim (bokser, repatriant z ZSRR w 1956 r.) zamieszkali pañstwo Siwakowie. Jak to ch³opcy - szybko zaprzyja¼nili¶my siê z nowymi kolegami, którzy z wype³nianiem obowi±zku szkolnego zawsze mieli perypetie. W tym miejscu stoi dzi¶ rachityczny pawilonik po punkcie sprzeda¿y prasy.

Kazimierz Gancewski



adres tego artykuu: www.schwiebus.pl/articles.php?id=229