[Schwiebus.pl - Świebodzin na starych kartach pocztowych, stare pocztówki, widokówki, kartki pocztowe]
Google
szukaj:
Home > U2// VERTIGO TOUR 2005  

2005-08-09 20:15
Temat postu: Stuck In A Moment Of Vertigo – czyli U2 Pielgrzymka sekunda po sekundzie w oczach U2roopy
ciachu


forum admin
postów: 823

http://f.heh.pl/ftopic4671-0-asc-120.html

Stuck In A Moment Of Vertigo - czyli U2 Pielgrzymka sekunda po sekundzie w oczach U2roopy.

"When love comes to town
I want to jump THAT train"
Poniedziałek, godzina 16, dworzec PKP Wrocław Główny. Pierwszy lekki dreszcz, na myśl o tym co się będzie działo już za kilkadziesiąt godzin. Zgodnie z umową wspólnie z innymi wrocławskimi (i nie tylko:) fanami z The Joshua Forum mamy kupić bilety na pociąg pospieszny do Katowic. Godzinę odjazdu wybraliśmy sobie godną prawdziwego wielbiciela U2:), bo 2.05 w nocy. Wraz z moją Ukochaną Anną wchodzimy do hali głównej, niepewnie się rozglądamy i nawiązujemy kontakt wzrokowy. "Tak, to na pewno Oni":). Uściski dłoni, wyczuwa się lekkie napięcie panujące przed jutrzejszym dniem. Robin Hood, Bartek, Wire wraz z Siostrą no i my. Rozmowy o pogodzie na jutro, Live8, aparaty fotograficzne. Czekamy jeszcze około 30 minut na kolejnych fanów mających dotrzeć. Na wszelki wypadek Robin prezentuje wszystkim zebranym w hali głównej wysoko uniesiony t-shirt U2:). Niestety nikt już się nie zjawił. Nie pozostaje nic innego jak tylko udać się do kasy po bilety. Potem jeszcze szczegóły dotyczące ustawki w nocy na dworcu (1.30). Rozchodzimy się...

Resztę poniedziałku spędziłem na dumaniu czy brać aparat czy nie. Postanowiłem podjąć decyzję w ostatniej minucie przed wyjściem. "A niech się dzieje co chce - BIORĘ!!!!".

Wpadamy na dworzec, wszyscy już czekają. Dodatkowo, dołączają do Nas Dzoana 8_85 i Mike(y) obładowani rzeczami na dalsze po koncertowe podróże. Spotykamy innych fanów, rozmawiamy o emocjach i oczekiwaniach zanim podjeżdża pociąg. I wreszcie jest - podjeżdża:). Optymistyczny sms od Wire, która wraz z Siostrą wsiadła wcześniej. Zajęły cały przedział. A więc w sam raz. Jest Nas ośmioro. Z tym, że w Brzegu ma wsiąść jeszcze Marti z Chłopakiem. Niestety po raz kolejny wychodzą niedoskonałości PKP. Mimo, że stanowiliśmy grupę nie mogliśmy zarezerwować np. dwóch przedziałów. Pociąg stoi jeszcze jakiś czas. W miedzy czasie za oknem mignęła Nam grupka z WIELKĄ flagą (U2// Vertigo'05 Tour Wrocław).



Jak się potem okazało flaga była jeszcze nie do końca wyschnięta więc zastosowano naturalne metody suszenia za oknem "pędzącego" pociągu:). Flagowicze dołączają do Nas i już są kolejne dwie osoby do składu. Tak jak wcześniej napisałem w Brzegu wsiada Marti z Chłopakiem. Trochę mi było głupio, że nie mieli gdzie usiąść. Gdyby było Nas więcej pewnie udałoby się opanować dwa przedziały. Niestety..
Podróż upływa Nam na rozmowach, próbach zamknięcia okna, które na oko było otwarte gdzieś od 1994 roku;). Dodatkowo co jakiś czas zbierałem informacje na temat liczebności ludzi pod bramą. Ukłony dla Stepnicka, który pojawił się pod stadionem na długo, długo przed Nami. Wracając do przejazdu pociągiem. Oczywiście przedział dalej trafiła się grupa panów jadących gdzieś na Śląsk do pracy. Panowie byli w stanie wskazującym i jakoś nie mogli zrozumieć o co chodzi z tą flagą i ogólnie patrzyli na nas podejrzanie. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i szczęśliwie wysiedliśmy na dworcu w Katowicach. W ostatnich minutach jazdy "zachwalaliśmy" sobie rześkie, śląskie powietrze;).

"I`m ready
Ready for what's next
Ready to duck
Ready to dive..
I'm glad to be alive"
Katowice, Katowice - po raz pierwszy tego poranka (od czasu gdy dowiedziałem się o koncercie w Polsce, a potem wybiegłem ze sklepu z biletami) czując pod stopami katowicką ziemię ogarnęła mnie wielka fala jutowej radości. Wreszcie nadszedł ten wielki, wielki dzień. Dla wszystkich polskich fanów U2. Wracając do relacji. Ruszyliśmy dwunastoosobową ekipą do hali głównej gdzie mieliśmy czekać na KuKu. Co tu dużo mówić - gdyby nie Ona, jeszcze dłuuuugo byśmy się zastanawiali w którą stronę iść, czym jechać i jaki kupić na to coś bilet (to ostatnie naprawdę nie należało do najprostszych czynności:). Korzystając z chwili czasu zakupiłem "Gazetę Wyborczą", która podczas czekania przed bramą cieszyła się naprawdę dużym powodzeniem. O tym będzie potem. KuKu zjawiła się na dworcu o 5.20 i mogliśmy ruszyć w drogę na stadion. Jeszcze na dworcu widzieliśmy pierwsze grupki fanów z Polski i zagranicy. Szkoda było tych drugich, o których chyba organizatorzy zapomnieli. Zapewne nie mieli obowiązku pamiętać ale można było ustawić małe stanowisko z ulotkami w języku angielskim jak najłatwiej dostać się na stadion. Nie każdy jechał przecież samochodem.
Wsiedliśmy w tramwaj, zdaje się, że była to linia 11. Chciałbym też wspomnieć, że panowie z miejskiej komunikacji byli bardzo komunikatywni. Udzielili Nam informacji na temat dodatkowej linii tramwajowej, która miała zacząć jeździć od godzin wieczornych. Ogólnie było jakoś tak sympatycznie. Jadąc tramwajem podziwiałem katowicką architekturę. Brakowało mi tylko pilota "Po lewej stronie mamy...";).



Dojeżdżając do stadionu zauważyłem osławioną, wytrwałą grupę fanów (Brama 1) o której dzień wcześniej pisał Onet i wspominała Zetka. Wysiedliśmy i ruszyliśmy w stronę obranej wcześniej bramy 1.



Ulokowaliśmy się, jak się wydawało, blisko bramek. Rozpoczęły się długie godziny czekania. Chyba już od początku byłem w jakimś amoku, bo nie zauważyłem Ewy siedzącej kilka metrów ode mnie. Chwilę potem pojawił się jak zwykle uśmiechnięty The Fly:) (Genialna flaga!!!!). Ileż znajomych ludzi tego dnia zobaczyłem w jednym miejscu. Nie zliczę ile osób poznałem wreszcie osobiście:). Pod tą samą bramą czekał również nasz dzielny The Joshua Forum Moderator - Krzysiek, MoFo (u2.pfd.com.pl), Odrzu2owiec, WERSYFIKATOR z tego co pamiętam też stał pod jedynką (Wielka piątka za genialną koszulkę Stary:), Poplemon. W okolicach stadionu, a nawet w hipermarkecie pobliskim spotkałem ludzi z u2pl:). Tego dnia całe to centrum handlowe powinni nazwać U2MART;). Byliśmy wszędzie. Opanowaliśmy Chorzów.
Tymczasem godziny upływały leniwie. Powoli otwierał się sklepik z pamiątkami U2 (Ceny, ceny, ceny:o). Pozdrawiam "miłego" pana, który dowodził owym sklepikiem. Wczuł się na tyle w klimat, że stwierdził, że przed otwarciem nie będzie udzielał informacji, innych straszył odpowiedzialnością za ewentualne szkody spowodowane - chyba zbyt bliskim staniem przy ladzie. Oj wesoło było, wesoło... Powoli szykowały się liczne stanowiska dla wielbicieli piwka. Rozmawialiśmy, czytaliśmy gazety, jedliśmy, obmyślaliśmy ewentualny plan wniesienia aparatów. Świt zamieniał się w dzień...



A wracając do mojej "Gazety Wyborczej". Początkowo służyła głównie jako źródło informacji - zwłaszcza ta część o U2. Potem jednak rozpocząłem szeroko zakrojoną akcję wydawania poszczególnych kartek na siedzenia;) i... prześcieradła. Chociaż niektórzy i tak woleli asfalt:). Myślę, że warto wspomnieć o "Bono", który nagle wyłonił się z czasów "Achtung Baby":). Potem przeprowadzano z nim nawet wywiady. Wzbudzał ogólną sensację - ludzie robili sobie z nim zdjęcia, brali autografy. Cóż, podobieństwo było naprawdę uderzające. A i same ruchy były niczym "Mysterious Ways":).



"There's too much confusion,
I can't get no relief"
W momencie największego rozprężenia (dwie godziny przed otwarciem bram) sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Jakoś tak się porobiło, że nagle z wrocławskiej ekipy zostałem chyba tylko ja. Nagle wszyscy ludzie za mną zaczęli się podnosić i pędzić do przodu. Za cholerę nie wiedziałem kiedy to się stało. Wszystko trwało góra 10 sekund. Przeżyłem szok, bo ludzie biegli po plecakach, po jedzeniu, browarach, innych ludziach. Jak się potem okazało podnosząc się błyskawicznie zbierałem z ziemi wszystko co popadło. Miałem plecaki, ubrania, jabłko w siatce, które wcale nie było moje. Brzmi to śmiesznie ale sytuacja była bardzo ciężka. Przez chwilę myślałem, że już wpuszczają ludzi. Byłem mocno wkurzony, bo nie ukryłem aparatu, a pozatym nie wiedziałem gdzie jest reszta Ekipy. Jak się okazało ochrona na dwie godziny przed otwarciem bram stanęła przy barierkach. Można było przeprowadzić to na dziesięć różnych sposobów. Fosa miała samochody, quady, łączność a nie mieli głupiego megafonu przez, który powiedzieli by ludziom o tym, że mają zamiar stanąć przy barierkach i by zachować spokój. Dzięki komuś inteligentnemu, ch... trafił czekanie od 6 rano. Potem już na płycie widziałem masę ludzi, którzy przyszli o wiele później a mieli o wiele lepsze miejsca. Następnym razem będę wiedział, że nie ma sprawiedliwości w pewnych sytuacjach. Wrocławska ekipa częściowo się odnalazła ale już nie staliśmy tak blisko siebie jak to było na początku. Następne dwie godziny spędziliśmy wszyscy w wielkim ścisku. Jak na złość zrobiło się maksymalnie gorąco. Na maksa ciężko było w drugiej godzinie tego czekania. Rozlane browary, pot, do tego inteligenci palący fajki w tłumie (brawa dla dziewczyny, która stała za mną i nie miała skrupułów, pędząc ich za to jaranie:) i pierdzący magnetofon, z którego leciał koncert U2 do którego piłowało mordę czterech podpitych kolesi. Przez pierwszą godzinę było znośnie ale potem naprawdę miałem dosyć całej sytuacji. Jak na złość baterie im trzymały w tym magnetofonie nadzwyczajnie długo - do samego końca.

Moment zanim zaczęli wpuszczać ludzi przeciągał się maksymalnie długo. Ochrona kazała się cofnąć ale za cholerę nie było gdzie się cofać, bo za plecami miałem ścianę ludzi. W ostatniej chwili wepchnąłem do butów baterie od cyfrówki owinięte w folię. Tak w razie gdyby mieli wykrywacze metalu. Aparat schowałem w kieszeni na kaptur kurtki przeciwdeszczowej. Wrzuciłem głęboko do plecaka. Ale tak naprawdę kiedy zobaczyłem co się działo chwilę później byłem pewien, że nie będą w stanie dokładnie sprawdzić choćby małej części plecaków. Zaczęło się... Wpuszczają. Momentalnie tył i boki zaczęły napierać na bramki. Zrobiło się dość dramatycznie. Ktoś obok piszczy, ktoś bluzga by tył się wycofał. Nic z tego. Zaczęła się walka o wejście. Myślę sobie, że w takich chwilach momentalnie wychodzą na wierzch wszelkie organizacyjne błędy. W tym wypadku przy zewnętrznych bramkach powinny być ustawione prostopadle zapory. Stworzyło by to korytarz kolejkowy. Tymczasem osoby, które przyszły sobie o godzinie 13 czy 14 stawały z boku i bezczelnie wpychały się w stronę bramek. Bezmyślność niestety... Zbliżaliśmy się do bramek. Rosła mi adrenalina - aparat, aparat, muszę go wnieść. Po drodze do wejścia pojawiły się oczywiście fale tzw. omdleń. Na oko dwa były autentyczne. Reszta to jak nic - ściema. Panna mdleje, robimy jej miejsce a tu za nią całe stado "ratowników". Praktycznie przy samym wejściu spotykam KuKu, która pod naporem tłumu napotyka jakieś żelastwo. Na szczęście nic się nie stało. No i wreszcie. Pierwsza wchodzi moja Ania. Nurek rękami w plecaku - zamknięta, nowa woda ląduje na ziemi. Przeszła... Chwilę wcześniej jakiemuś kolesiowi przechwycili na bramce cyfrówkę. Niestety nie wiem co się z nim dalej stało. No i wreszcie czas na mnie. Bilet w zębach, baterie w butach, w plecaku specjalnie niechlujnie złożona flaga Polski, dwie kurtki. Podszedłem z szeroko otwartym plecakiem. Powiedziałem, że mam dwie kurtki. I to był koniec kontroli. Ufff. No i w tym momencie popełniłem wielki błąd. Gdybym w tym momencie kupił napoje zamiast biec z wrzaskiem debila na dół, na płytę to z pewnością nie musiałbym potem ponownie wychodzić. Człowiek uczy się na błędach...

"You're the real thing
Yeah the real thing
You're the real thing
Even better than the real thing"
Nawet dokładnie nie pamiętam jak zbiegłem na dół. Podobno zostawiłem Anię gdzieś daleko w tyle. Jeśli tak to mi cholernie wstyd. I o dziwo zapomniałem o bateriach w butach. A więc zbiegłem, pierwsze spojrzenie na scenę. Potężna, piękna, symetryczna. Robi wrażenie. Zwłaszcza te rzędy głośników w pasy. Czułem się strasznie podniecony. Cholera - to już teraz. Byłem tam. Do tej pory zastanawiałem się jak to będzie zobaczyć U2 na żywo. Było to coś strasznie nierealnego i niewyobrażalnego. A jednak - realnego. Sześć godzin później się o tym przekonałem.
Razem z Anią idziemy w stronę sektora dla tych, którzy przyszli najwcześniej (powiedzmy, że tak było;) czyli pod sceną. Bardzo prawdopodobne, że zamieszanie pod bramą 1 spowodowało, że 7 zaczęli wcześniej wpuszczać. Lub zwyczajnie pod 7 wszystko szło sprawniej. Było w tym coś dlatego, że zdecydowanie za dużo ludzi było już pod samą sceną i między słuchawkami, kiedy zeszliśmy na dół. Niewspółmiernie do podwójnej ilości ludzi jaką miałem przed sobą przed wejściem (rozumując, że zaczęto wpuszczać równocześnie). Potem, kiedy spotkałem w tramwaju Olive, również stwierdziła, że ich zaczęli wcześniej wpuszczać. Weszliśmy do zamkniętego sektora i udaliśmy się w stronę słuchawek. "O! Są nasi" - wrocławska Ekipa była już rozlokowana. Widziałem też Fly'a, Krzyśka - tych, którzy stali pod jedynką. No i tu nastąpił problem. Ania poszła w stronę wrocławskiej Ekipy, ja w stronę Fly'a gdzie wydawało się być więcej miejsca. Nie sposób było spędzić oddzielnie koncertu więc wycofałem się w stronę WrocLOVE Crew. Tam jednak sytuacja była ciężka. Część ludzi usiadła, inni stali, znowu inni zaczęli wychodzić po napoje. Wychodzili i wracali, wychodzili i wracali. I to spowodowało największe spięcia. Gdyby zamknęli słuchawki ludzie pewnie umarli by z pragnienia ale nie skakali by sobie do gardeł. Tymczasem nie było sposobu na tych kręcących. Staraliśmy się blokować ścieżki ale nic to nie dawało bo ludzie łazili nam po nogach. Aż w końcu z Anią postanowiliśmy się wycofać. Mimo sprzeciwów WIRE i innych wycofaliśmy się na zewnętrzną stronę prawego wybiegu. Niestety było już tu sporo ludzi. Gdybyśmy usadowili się od razu po wejściu po zewnętrznej stronie mielibyśmy miejsca bardzo blisko barierek. A tak - byliśmy lekko zawiedzeni. No cóż.. Ania zajęła miejsce a ja udałem się w drogę po napoje. Okazało się, że aby dostać opaskę trzeba mieć przy sobie bilet. Musiałem się wracać ale na szczęście jakiś miły gość zajął mi w kolejce miejscówkę. Dostałem opaskę, stempel na łapie, potem fistaszek na bilecie. Wśród zbiegających ludzi piąłem się ku górze. Tu było już widać pierwszych "trybunowców". Spacerowali, popijali napoje... Przez mała chwilkę żałowałem, że nie miałem miejsca na trybunach. Tylko przez chwilkę. Stanąłem w dłuuugiej kolejce po napoje, w tej samej spotkałem WERSYFIKATORA. Docieram do lady, drogo ale przecież trzeba coś pić. Wracam na dół. Kiedy przechodziłem przez bramki do strefy pod sceną, te dla nowych były już zamknięte. Pozostały im miejsca w drugiej części płyty. I zaczęły się kolejne godziny oczekiwania... Niewygodna nawierzchnia wbijała się w ręce ale jakoś udało mi się ułożyć w miarę wygodnie. Obok Nas sympatyczne Czeszki:).



Muszę przyznać, że pod względem organizacji przemieszczania się już po wejściu wszystko szło naprawdę dobrze. Brawo Dla Fosy. Potem także widziałem częściowo jeden, jedyny incydent przy którym również ochrona momentalnie zareagowała. Jakiś podpity gość chciał chyba dostać się do tej pierwszej strefy na płycie lub kogoś zaczepiał. Dokładnie nie wiem. W każdym razie widziałem moment powalenia zawodnika na ziemię i wyprowadzenia go. Ochrona dostała po tym duże brawa:).
Mijały kolejne godziny i wreszcie coś się zaczęło dziać. Pojawili się techniczni. Zaczęto przygotowywać sprzęt pod The Magic Numbers.

The Magic Numbers - sympapapapatycznie..
Potężne ożywienie wstąpiło we wszystkich, kiedy wreszcie zapowiedziano pierwszy zespół. The Magic Numbers. Słyszałem ich album i nie byłem specjalnie zachwycony tym, że mieli zagrać. Na ich miejscu widziałem Myslovitz, bądź inny polski zespół. Pozostało pogodzić się z losem. Zaczęło się. Muszę przyznać, że zespół robi niesamowicie sympatyczne wrażenie. Pasowali mi na pierwszy support. Dodatkowo na żywo ich kawałki nabrały trochę drapieżności ("Mornings Eleven", "Forever Lost", "Long Legs"). A może to świadomość, że wreszcie coś zaczęło się dziać na scenie? No nie wiem:). Wolę pozostać przy myśli, że zrobili na mnie dobre wrażenie. I muszę Wam powiedzieć, że włączam sobie często ich kawałki. Ileż zyskuje wykonawca w oczach słuchacza jeśli daje się poznać na koncercie z dobrej strony:). Dużo, dużo!!!!
Szkoda tylko, że zaczął przeszkadzać im deszcz, którym jednak się nie zrazili. Za co dodatkowe brawa! Był też fajny moment kiedy wokalista powiedział, że czekają Nas tego wieczora jeszcze wspaniałe dwa zespoły. "The Killers" i oczywiście "U2". I wtedy ktoś krzyknął "and The Magic Numbers!!!!!!":). Wokalista zaśmiał się serdecznie.
Nie można, nie wspomnieć o piłce, która nagle zaczęła skakać po publiczności. Nawet ochrona się włączyła:).



Brawa dla The Magic Numbers za maksymalnie ożywiający koniec seta:). Nie można powiedzieć - dali z siebie wszystko. W międzyczasie zgromadzona publika rozpoczęła walkę z deszczem. Nad głowy poszły flagi, torby foliowe. Przed Nami grupa ludzi stworzyła nad sobą wielki namiot z różnych foliowych elementów:).



W sumie trochę było mi szkoda, bo do U2 było jeszcze trochę czasu i mało optymistyczna była wizja całkowitego przemoczenia. Dodatkowo w kieszeni miałem aparat, który jakby nie patrzeć - za deszczem nie przepada. Potem było mi już wszystko jedno, starałem się tylko chronić aparat. Rozpoczęło się oczekiwanie na kolejny support...

The Killers - "Another Time, Another Place"
Muzycznie najsłabszy punkt tego wieczora. Po przesłuchaniu płyty miałem nadzieję, że koncertowo zrobią większe wrażenie. Niestety.. Jeśli zespół nie wkłada całego serca w set, to momentalnie to widać. Tak było w tym przypadku. Być może zniechęcił ich deszcz, być może problemy techniczne niemal przy każdym utworze. Moja ukochana stwierdziła, że w scenicznym zachowaniu wokalisty jest "coś".



Ja tego "czegoś" nie znalazłem. Widziałem raczej faceta miotającego się po scenie, brak nawiązania kontaktu z publicznością i lekko pozowany brak zainteresowania 70 tysiącami ludzi. Z pełną odpowiedzialnością mówię, że nie miałbym nic przeciwko temu gdyby tego wieczora przed U2 wyszły tylko Magiczne Numerki. W sumie z seta Killersów pamiętam góra dwa, trzy kawałki. Tymczasem słuchając teraz w domu Numbersów, ich set składa mi się niemal w jedną całość.

Koniec seta Killersów przyjąłem z ulgą. Jak ktoś wcześniej wspomniał na Forum, panowie spłynęli ze sceny w dosłownym tego słowa znaczeniu. Niebo tego dnia było łaskawe tylko dla Panów z Irlandii. Rozpoczęło się ostatnie czekanie tego wieczora. Najważniejsze i najbardziej emocjonujące. Oni byli już tak blisko!!!!!!!! Publiczność przed U2 była już tak rozpalona, że brawa otrzymała ekipa technicznych. Mijają minuty...



Na trybunach meksykańska fala, za którą wszyscy "trybunowcy" dostają brawa z płyty.
Rozpoczyna się "rozgrzewanie" sprzętu U2. W oddali dostrzegam Dallasa pracującego nad sprzętem Edge'a:), trwa narada techników, ktoś niesie słynną, zieloną gitarę Bono, inni sprzątają wybiegi i zrzucają ze sceny litry wody.



Jest w tym coś magicznego. Mamy przed sobą ekstraklasę jeśli chodzi o organizację koncertów. U2 mają wokół siebie prawdziwy wielki zespół profesjonalistów.

Nagle pustoszeje scena. Zostaje tylko Dallas... I oto jest!!!!!!! Zaczynają się DWIE GODZINY W NIEBIE!!!!!!!

"Beautiful Country, Beautiful Day..."
W głośnikach słychać pierwsze takty kawałka na, który tego wieczora bardzo czekałem. Arcade Fire "Wake Up". Wiele razy słuchając go, wyobrażałem sobie jak to będzie, co będę w tym momencie czuł. To było coś niesamowitego. Wielu ludzi wokół jeszcze nie wiedziało. Ja już wiedziałem:). Po chwili owacje w grupie ludzi zgromadzonych w słuchawkach. Też już wiedzieli:). Krzyczę "Po tym kawałku wychodzą!!!!", zaczynam bić brawo i śpiewać. Emocje, emocje, emocje! Przez chwilę mam stracha, bo Dallas ciągle dopieszcza sprzęt Edge'a. Czekam na słynne "Everyone...". Czekam, czekam i przegapiam moment pierwszego pojawienia się zespołu na scenie:). Tym razem bez "Everyone".

"Vertigo" - błyskawicznie rozpoczynają "Vertigo". Szok, wielki, wielki szok. Przed oczami mam Facetów, którzy nieprzerwanie towarzyszą mi od 8 lat. Wciąż nie wierzę. "Hello, Hello":) - witamy się wszyscy z
Zespołem. Podnoszę wysoko flagę Polski - w myślach tylko jedno - "Panowie, witamy w Domu:)". To było pewne. Ten koncert to nie będzie kolejne show na trasie. To będzie wyjątkowy wieczór i dla Nas i dla Nich. "All of this, all of this can be yours" - wskazuję na Bono:). Kończy się zawrót głowy. Bonias pięknie wymawia "Dziękuję". Publika szaleje!!!!!



Potem grają "I Will Follow". Zmieniam mój ulubiony fragment na ten jaki Bono śpiewał na E.Tour. "Amazing grace, I Was Lost, I am Fouuuund".

"The Electric Co" - Boże, dlaczego nie mogę być bliżej Edge'a. Szkoda, że nie widzę z bliska co wyprawia z gitarą. Miałem nadzieję, że Edge pojawi się na "moim" wybiegu. Niestety... Kurczowo trzymał się do końca lewej burty (z perspektywy widza). Stadion bawi się wspaniale:). Czekam na moją ukochaną końcówkę "I can see for miles and miles and miles..."

"Elevation" - nawet nie wiecie jak bardzo chciałem by po występie w San Diego wypieprzyli ten kawałek na setlistowy śmietnik. Jednak po usłyszeniu wersji z Brukseli gdzie ludzie niemal rozbili stadion w proch głośnym "E-l-e-v-a-t-i-o-n" chciałem to usłyszeć w Chorzowie. Genialny początek ze wstawką w stylu Bono. Płyta zaczyna miarowe, wysokie "Oooooo" na którym mój głos już nie wyrabia tak jak powinien:). I wreszcie jest - "E-L-E-V-A-T-I-O-N" - słychać nas w całej Polsce. Ludzie chyba nie mogą spać;). Genialne, rockowe pieprznięcie. I znowu żałuję, że Edge jest tak daleko.

Nie wiem czy ktoś z Nas spodziewał się co będzie po "Elevation". Ja byłem zupełnie zaskoczony. "New Year's Day" - nie czekałem do solo, szybka reakcja od pierwszych taktów - wyjmuję flagę z za paska plecaka. Składamy ją z Anią na pół i energicznie machamy czerwoną stroną. Po kilkunastu chwilach wyciągam aparat i robię zdjęcia.



To się naprawdę udało!!!!! Trybuny falują na biało, a płyta zamienia się w wielki, czerwony, ruchomy młyn. Zapiera mi dech w piersiach - JESTEŚMY JEDNOŚCIĄ... Reakcja Bono była powalająca. Zdejmuje okulary - chyba sam nie wierzy w to co widzi. 70 tysięcy ludzi sprawia, że będzie to najprawdopodobniej najważniejsze wykonanie tego kawałka "na żywo" w jego ponad dwudziestoletniej historii. Przewrócenie kurtki na lewą stronę wywołuje porażające wrażenie. Pełna interakcja: publika - Zespół.

"Beautiful Day" - piękne podziękowanie dla Nas wszystkich. "Beautiful Country, Beautiful Day...". Słyszę głośne "Beautiful Daaaay" w refrenie wokół. Ci wszyscy ludzie przeżywają swoje wielkie święto. Obok "New Year's Day" był to tego dnia Nasz wspólny hymn. W oczach mojej Ukochanej łzy, chociaż tak naprawdę powiedziała mi o tym dopiero po koncercie:). Na koniec piękny, melodyjny "Sgt. Pepper's..."

"ISHFWILF", "All I Want Is You" - pierwsze poważne zaskoczenie jeśli chodzi o set. Po tych dwóch utworach mogło się wydarzyć praktycznie wszystko. I to było piękne uczucie. Oba kawałki pięknie zagrane. No i oczywiście przy tym drugim żal w sercach wszystkich pań zebranych na stadionie tego wieczora i radość tylko w tej jednej, jedynej - wybrance Boniasowych oczu:). Ta dziewczyna chyba do dzisiaj płacze po nocach...

"City Of Blinding Lights" - czekałem na ten numer. Dzień przed koncertem widziałem teledysk w telewizji i czekałem aż ekran powali mnie na kolana. Tak też się stało.



Znika gdzieś moja niechęć do natarczywego pianinka w intro, za którym tak nie przepadałem. Wyśmienita zabawa w refrenie. Świetnie wykonany kawałek. Po raz kolejny The Edge jest o wiele za daleko.

"Miracle Drug" - "SYCMIOYO" - zaczęło się oczywiście od tłumaczenia historyjki Bono:) przez jakąś damę. Sytuacja się przeciąga ale i tak w końcu wiadomo dla Kogo dziś brzmi "MD". Wyśmienita zabawa z publicznością w echo pod koniec "Miracle Drug". W tym momencie koncertu operowałem już naprawdę resztką głosu:).
Kiedy Bono dedykuje "Sometimes" Ojcu stadion milknie. Piękne to było. Bono pojawia się (możliwe, że wcześniej też był ale zwyczajnie nie pamiętam kiedy pojawił się po raz pierwszy) na "naszym" wybiegu. Jak w każdym "Sometimes" targają nim emocje. Odrzuca okulary. Cudowny moment koncertu.

"Love And Peace Or Else" - jak to powiedziały Drogie Panie na Forum - "włącz mi odkurzacz;)". Nawet nie wiem kiedy na "naszym" wybiegu pojawił się bębenek dla Larrego. Totalne "Mysterious Ways";). No I jest nasz Pan Larry "Co ja tu robię?" Mullen Jr. Jak zawsze emocje uzewnętrznione do granic możliwości. Patrzę sobie na Niego, bo niestety tylko w tym kawałku mam szansę widzieć go aż tak blisko. Potem oczywiście bębenek przechodzi w ręce Bono. Larry zapiernicza po wybiegu by zdążyć na finał kawałka.

"Sunday Bloody Sunday" - wielki, wielki utwór. Ze wspaniałym finałem. Niesamowitą wersję opracowali na Vertigo Tour. Jestem pod olbrzymim wrażeniem do ostanich chwil. Czekam z aparatem na "CoeXisT".



"Bullet The Blue Sky - Please - The Hands.." - genialne wykonanie. "When Johnny Comes Marching Home.." brzmi niesamowicie dramatycznie. I to solo Edge'a. Jedno z najwspanialszych jakie słyszałem. W czasie jego trwania podnoszę ręce do góry i zamykam oczy. Muzyka przenika mnie do kości. I tak jakby realizatorzy sterowali również pogodą. Czuję jak owiewa mnie wiatr. Cholernie to wszystko do siebie pasowało. Nie potrafię tego opisać. Kosmos...

"Running To Stand Still" - bardzo na to czekałem. Jeden z cudów tej trasy. Wspaniale, że do tego wrócili. Brzmi zupełnie inaczej niż na "ZooTv". Czekałem zwłaszcza na chórki Edge'a ("The Edgeeeee!!!"-nie mogłem się powstrzymać na koniec). Na koniec oczywiście "Still Running" i "Hallelujah". Cudowne.

"Pride", "Where The Streets Have No Name" - słyszałem już wiele bootlegów ale jeszcze nigdy nie słyszałem by gdziekolwiek fani na koniec "Pride" tak długo śpiewali "Ooooooo". Myślę, że pobiliśmy rekord świata. Jak policzyłem było to ponad półtorej minuty bez przerwy. Wysoko podnoszę do góry flagę Polski.
Jeśli chodzi o "Streets" to znalazłem się ponad niebem w którym już byłem. Jak dobrze, że o ten kawałek nie trzeba się martwić na żadnej setliście. Nie ma piękniejszej podróży niż ta z "WTSHNN". Skakałem tak wysoko, że flaga co chwilę lądowała na ziemi. I te niesamowite wizualizacje... No i oczywiście Adam na "naszym" wybiegu.



Totalny szał. Miałem nadzieję, że uśmiechnie się w naszą stronę ale niestety. Nie ważne - ważne, że się pojawił!

"One" - jedna z najpiękniejszych wersji. Echo z publicznością, FLAGA SOLIDARNOŚCI, kolejne "Dziękuję" Bono i Nasze długie "DZIĘKUJEMY". Łzy w oczach... Setki telefonów komórkowych idą w górę. Nigdy tego nie zapomnę. NIGDY!!

"Zoo Station", "The Fly" - Cofamy się w stronę rockowego czadu początku lad dziewięćdziesiątych. "Zoo Station" prawie w całości po "naszej" stronie. Bono w stroju U2 Armii.



"The Fly" powala. Świeżość i funkowe brzmienie czynią cuda. Plus oczywiście bezbłędne solo Edge'a:). Niesamowite wizualizacje. Było na co popatrzeć. Tylko czy przypadkiem Bono nie za późno zaczął śpiewać? Takie odniosłem wrażenie.

"With Or Without You" - robi się nastrojowo. Cały kawałek mocno przytulam moją Drugą Połowę. Oboje mamy zamknięte oczy. Potężna dawka emocji. W powietrzu pachnie miłością...

"All Because Of You" - "Yahweh" - "Vertigo" - "ABOY" było czymś w rodzaju kołowania nad pasem startowym na którym mieliśmy wylądować. Czad ale zegarek wskazywał, że trzeba było powoli żegnać się z U2. Potem piękne "Yahweh" (Edge w chórkach:) i "Vertigo" na otarcie łez (z tajemniczym "Happy Birthday" na koniec). W sumie do końca miałem nadzieję, na "Bad" i "40" ale cóż. I tak było pięknie. Nie czułem niedosytu. W końcu Ich zobaczyłem.

"Dziękuję. Dobranoc" - ostatnie słowa Bono do publiczności.



Ekipy rozmontowujące scenę niczym mrówki wpadły tak szybko, że już nie opłacało się śpiewać "How Long...". Założę się, że już na "Yahweh" odkręcali śrubki pod wybiegami;). Kończymy "Ooooo" z "Vertigo" i wycofujemy się do wyjścia. Ochrona otwiera wejścia na trybuny dzięki czemu sprawnie docieramy do wyjścia.

Piękna noc. Jedna z najpiękniejszych w moim życiu. Było pewne, że to będzie jak magia, jak sen, który błyskawicznie minie. Tak też było. Ale uczucia pozostaną na zawsze. DVD z tego koncertu byłoby prawdziwym ukoronowaniem ale za dużo by było tego dobrego jak na jeden wieczór.

"Last Night On Earth"
Po koncercie w lekko okrojonym składzie udaliśmy się do "City Rock Cafe" (pyszne jedzenie tam mają - pizza z jajkiem mnie zabiła!!). I w tym miejscu przepraszam Wszystkich, bo po koncercie wpadłem w jakiś dziwny letarg połączony ze zmęczeniem. Już nawet nie dostrzegałem znajomych ludzi siedzących w knajpie. Przepraszam Evę, WERSYFIKATORA i z pewnością nie tylko Ich. Przepraszam również Virusa, którego nie wyłowiłem z siedzących ludzi mimo, że dzwonił po koncercie. Mam nadzieję, że nadrobimy stracony czas na Zlotach. Po koncercie byłem totalnie "Out Of Control".

Na dworzec docieramy piechotą, już tylko w czwórkę. Ania, Robin, Bartek i ja. Po drodze napotykamy przeszkody architektoniczne i roboty drogowe ale dajemy radę:). Dodatkowo wielkie dzięki za skierowanie Nas na dworzec przez miejscowych napotkanych po drodze. Dworzec tej nocy opanowali Fani U2. Byli wszędzie. Tak samo z pociągiem jadącym przez Wrocław. Również opanowany przez fanów. Na szczęście znajdujemy miejsca w przedziale. Kiedy wysiadłem we Wrocławiu mogłem z miejsca wziąć udział w filmie "Wściekłość i Brud" o Sex Pistols. Ze wskazaniem na "brud":). Emocje jeszcze długo nie opadały. Żal było zdejmować opaskę dla widzów z sektora pod sceną. Cóż.. Wszystko co piękne trwa tylko chwilkę.

Podziękowania:

Moja Ania - cieszę się, że mogliśmy tam być razem:),

KuKu - za prawdziwą uczynność i gościnność w Śląskich stronach (Dzięki, że przejęłaś Nas na Dworcu!!!), za chęć do działania i za znalezienie wspaniałego lokalu na czas po koncercie gdzie można było się pożywić:),

WrocLove Crew (i okolice)/The Joshua Forum- Wire wraz z Siostrą, Robin Hood, Bartek, Dzoana 8_85, Mike(y), Marti wraz z Chłopakiem, dzielni Flagowicze, których imion nie pamiętam (Wybaczcie!!) - za to, że mogliśmy się poznać, wspólnie jechać na koncert, czekać na niego, a potem bawić się na nim. Mimo, że na płycie staliśmy oddzielnie to jednak myślę, że czuliśmy to samo:). Liczę, że spotkamy się jeszcze nie raz i nie dwa.

Zbych - pomysłodawca wiadomej Akcji i Wszyscy którzy przyłączyli się do Niej. Za niezapomniane wrażenia, które pozostaną na zawsze. To było Nasze Wspólne Święto!!!

Pozdrowienia:
Serdeczne dla Wszystkich napotkanych Forumowiczów z The Joshua Forum: Odrzu2owca, WERSYFIKATORA, Poplemona i Wszystkich pozostałych,

Evy, The Fly'a, Krzyśka,

Wszystkich U2plowiczów, których spotkałem w Chorzowie: Olive, Lady Ann, Vendy, Karoli, MoFo. Wszystkich, którzy stworzyli tego dnia tak wspaniałą atmosferę.

Do zobaczenia na Zlotach i (miejmy nadzieję) kolejnych koncertach:)!!!

U2ROOPA

--
C
U
S



emotikonki














Adresy stron internetowych jak i adresy e-mail zostaną automatycznie zamienione na linki. Dodatkowo możesz używać kilku znaczników:
[b]...[/b] - pogrubienie
[i]...[/i] - pochylenie
[u]...[/u] - podkreślenie
[url]...[/url] - link
[cytat]...[/cytat]
[code]...[/code] - kod, np. HTML

dokładny opis
imię
e-mail
tytuł
treść
wpisz imię nieżyjącego polskiego prezydenta:

 

Logowanie
Login hasło Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!

© 2001-2012 by Robert Ziach C&Co. A.G.™ ® 2012 by Schwiebus.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone.

0.021 | powered by jPORTAL 2