[Schwiebus.pl - ¦wiebodzin na starych kartach pocztowych, stare pocztówki, widokówki, kartki pocztowe]
Google
szukaj:
Home > Wa¿ne  

2006-04-05 07:58
Temat postu: Lem w drodze na Marsa
ciachu


forum admin
postw: 823

Gazeta.pl
Lem w drodze na Marsa

Micha³ Olszewski, Renata Rad³owska, wspó³praca Stanis³aw Mancewicz 03-04-2006

Przez dziesi±tki lat zastanawia³ siê, jak to mo¿liwe, ¿e cz³owiek traci miliardy dolarów na poszukiwanie szczê¶cia w gwiazdach, a nie potrafi zbudowaæ szczê¶cia na ziemi

Zdjêcia z ostatniej sesji fotograficznej Stanis³awa Lema najlepiej ogl±daæ z lup±. Zmêczony mê¿czyzna le¿y na roz³o¿onym fotelu w swoim wielkim gabinecie. Wokó³ zawierucha. Na stoliku maszyna elektrostatyczna, taka sama, od jakiej dzieci w szkole zaczynaj± przygodê z fizyk±. Obok ¶wie¿e wydanie "Herald Tribune" z czo³ówkowym tekstem o reelekcji prezydenta George'a Busha. Po drugiej stronie "Lampa", miesiêcznik o najnowszej literaturze polskiej. Na ok³adce widaæ ow³osion± rêkê m³odego prozaika. "¯art" Kundery. Na podorêdziu encyklopedia. Szk³o powiêkszaj±ce, tabletki, chusteczki higieniczne, listy z zagranicy. Du¿o pisaków.

Na parapecie lewicowe "Bez dogmatu". "Planetary Report" z fiszkami tu¿ obok "Odry". Po lewej stronie "Zeszyty Literackie" nr 85, te ze Stempowskim, nad nimi raport roczny du¿ego towarzystwa ubezpieczeñ. Jeszcze zdjêcia z dawnych lat za szyb±. Album ze sztuk± rosyjsk±, Malczewski, album zdjêæ z warszawskiego getta. Jest i pluszowa myszka z czerwonym szalem. S± listki od¶wie¿aj±ce.

Zupe³nie z boku ksi±¿ka Richarda P.

Feynmana, jednego z najs³ynniejszych fizyków XX wieku, noblisty i twórcy elektrodynamiki kwantowej, bêbniarza, malarza i jednego z konstruktorów bomby j±drowej.

Przy maszynie elektrostatycznej termos. Za oknem bia³o. Luty.

Lem wygl±da jak astronauta gotowy do dalekiej drogi. Albo sfotografowany ju¿ w trakcie podró¿y przez kosmos informacyjny. Gazety i ksi±¿ki otaczaj± go ciasnym krêgiem. Jakby lewitowa³ w¶ród wiedzy.

Dom wype³niony stukotem

Jego ¶wiat mia³ wyra¼ne centrum, jak Uk³ad S³oneczny albo kosmos w teorii geocentrycznej. Od koñca wojny by³ nim Kraków, a ¶ci¶lej mówi±c - spokojna dzielnica Kliny na po³udniowych obrze¿ach miasta. To stamt±d autor "Solaris" wyrusza³ w czê¶æ swoich podró¿y, zarówno tych miêdzygwiezdnych, jak i ca³kiem prawdziwych. W centrum miasta raczej nie bywa³.

Lemowska mapa Krakowa to zaledwie kilka miejsc.

Hotel Forum, nad Wis³±, naprzeciwko Wawelu. Pisarz przychodzi³ tam po gazety. Codziennie. Mia³ swoj± gazetow± teczkê. W hotelu by³ punkt kontaktowy - je¿eli kto¶ chcia³ zaprosiæ Lema na seminarium, sesjê naukow±, jubileusz, tam zostawia³ wiadomo¶æ. Dr Adam Michalec, astronom (Laboratorium Astronomiczne UJ), zostawi³ takich zaproszeñ setki. Lem je odbiera³, ale pojawia³ siê na imprezach rzadko.

Wi¶lna, a przy niej redakcja "Tygodnika Powszechnego". Ma³e sklepiki wokó³ Plant. Uwielbia³ robiæ zakupy. Rano odwozi³ ¿onê do pracy (pracownia radiologiczna przy ulicy Dunajewskiego, kiedy¶ 1 Maja), potem parkowa³ samochód i obchodzi³ wszystkie miejsca, w których móg³ znale¼æ co¶ ciekawego. Jedzenie te¿ tam kupowa³. Spod lady, za nieprzyzwoite pieni±dze - takich rzeczy nie by³o w delikatesach. Ale by³y w tych sklepikach - luksusowe towary wysy³ane w paczkach z USA. Ludzie je sprzedawali, bo wiedzieli, ¿e zawsze znajdzie siê kto¶, kto kupi i s³ono zap³aci.

Mia³ specjalny kosz na zakupy. Wraca³ na Kliny z pe³nym koszem i z torbami. Przed domem rozpakowywa³ zdobycze; rzadko sam, bo tyle tego by³o, ¿e kto¶ musia³ mu pomóc. Pomaga³ siostrzeniec Micha³ Zych.

Przez wiele lat Lem je¼dzi³ na zakupy samodzielnie, potem zabiera³a go rodzina. Nie mia³ nic przeciw du¿ym sklepom. Nawet je lubi³. Olbrzymia ilo¶æ towarów nie przyprawia³a go o lêk. Dobrze radzi³ sobie z nadmiarem materii. Bliscy brali wielki koszyk na kó³kach, on bra³ swój. I wêdrowa³ po sklepie. Pó¼niej chwali³ siê tym, co wypatrzy³.

Micha³ Zych, siostrzeniec Lema, do koñca ¿ycia bêdzie pamiêta³ atmosferê domu jednorodzinnego pañstwa Lemów. Domu bez stuletniej historii, ale urz±dzonym tak, jakby tê historiê mia³. Stare meble, bibeloty; wspomnienia rodziców, wspomnienia rodzinnego Lwowa. W tym domu Zych spêdzi³ du¿o czasu. Ka¿de wakacje, soboty, niedziele. I wtedy, gdy chorowa³. Dom Lemów by³ dobry do chorowania - cichy, ciep³y, spokojny. Tamten czas kojarzy siê Zychowi ze stukotem maszyny do pisania. I tajemniczym gabinetem na górze.

Micha³ Zych: - Do gabinetu nie wolno by³o wchodziæ, kiedy wujek tam by³. Ale jak wujek i ciocia wyje¿d¿ali, mog³em w nim nocowaæ. Nocowa³em, tyle ¿e nigdy nie spa³em. Czasu by³o szkoda. Ogromna przestrzeñ, rzêdy rega³ów, na nich tysi±ce ksi±¿ek. Rzuca³em siê na ksi±¿ki, bawi³em siê modelami czo³gów, rakiet. Bra³em wujkowy pistolet wiatrówkowy i strzela³em do jakiego¶ celu ustawionego w ogrodzie...

- Gabinet by³ niebem - mówi Zych. W gabinecie-niebie Lem rozmy¶la³, pracowa³. Tam czu³ siê najlepiej.

Background z fontaziem

Profesor Maria Orwid, psychiatra z Krakowa, nie zna odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie-którzy ludzie maj± w sobie tak niewiarygodn± potrzebê poch³aniania wiedzy jak Stanis³aw Lem. Potrzebê, która nie daje im spaæ, ka¿e siêgaæ do coraz to nowych ¼róde³ i otaczaæ siê kolejnymi ¼ród³ami informacji. Wie jednak na pewno, ¿e pan Stanis³aw Lem, w 1937 uznany za najinteligentniejszego gimnazjalistê po³udniowej Polski, mia³ znakomity, tu u¿yjmy wyra¿enia pani profesor, background.

Background, czyli Lem senior, by³ znanym lwowskim doktorem, któremu nie wystarcza³a medycyna. W mieszkaniu przy ulicy Brajerowskiej zorganizowa³ salon literacki. Autor "Solaris" opowiada³ pó¼niej, ¿e w tamtych czasach by³ zaciek³ym molem ksi±¿kowym. Poch³ania³ wszystko, co papierowe: atlasy anatomiczne, Mickiewicza, ksi±¿ki popularnonaukowe i te z makabrycznymi okaleczeniami wojennymi twarzy ludzkich. Kolejne zeszyty zape³nia³y siê projektami machin i samochodów, puch³y pliki fa³szywych paszportów, pozwoleñ i okólników, które produkowa³ w³asnym sumptem.

Zaciekle kartkowa³ powie¶cid³a francuskie z frywolnymi ilustracjami, a szczególnie ekscytowa³y go encyklopedie. Pisa³ o nich: "Najzabawniejsze by³o to, ¿e w owych tomiszczach tkwi³o wszystko, ale to wszystko naraz obok siebie, s³onie, ptaki, ro¶liny, rekonstrukcje mamutów, ordery pruskie na barwnych tablicach, portrety w³adców, fizjonomie murzyñskie, dzbany, klejnoty". Tak samo wygl±da³ jego gabinet.

Maria Orwid pozna³a rodzinê Lemów w 1946 roku w Krakowie. Mia³a wtedy 15 lat. Ocalona z Holocaustu, przyjecha³a z Przemy¶la, razem z matk±. Lemowie próbowali urz±dziæ siê w Krakowie.

- Moja matka zna³a ich jeszcze z przedwojennych czasów. Zaprosili nas na ¶niadanie wielkanocne - wspomina. Doktor Lem ubiera³ siê na m³odopolsk± mod³ê, nosi³ surdut i czarny fonta¼, czyli specjalnie zawi±zan± kokardê zastêpuj±c± krawat. W pewnym momencie zawo³a³ syna. "Staszku, zajmij siê t± ma³±" - zaleci³. Z dziupli, w której mie¶ci³y siê ksi±¿ki i le¿anka, wyszed³ 25-letni mê¿czyzna. Zdaje siê, ¿e w pumpach.

Tak zaczê³a siê ich przyja¼ñ.

Dla Marii Orwid pan Stanis³aw, bo tak mówi o nim do dzisiaj, by³ przewodnikiem intelektualnym. Dziêki niemu zaczê³a studiowaæ psychiatriê. Zrobi³ jej test Rorschacha do badania inteligencji, stanowczo odradza³ filozofiê.

Ju¿ wtedy widaæ by³o w nim niechêæ do "bywania". Wola³ swój ¶wiat ksi±¿ek, do¶wiadczeñ i gazet. Którego¶ razu poszli do opery. By³ g³êboko nieszczê¶liwy, ¿e musi ogl±daæ takie bzdury.

Z pann± Marysi± rozmawia³ o lekturach i filmach. Zazwyczaj krytykowa³. Kiedy dowiedzia³ siê, ¿e przeczyta³a z zainteresowaniem "Pamiêtnik panny Hanki" Do³êgi-Mostowicza, zagrozi³, ¿e zrobi z niej chmurê atomów.

- Powiedzia³ jasno: "Ja z idiotkami rozmawia³ nie bêdê. Je¿eli pani chce traciæ swój czas na takie bzdury, to proszê bardzo, ale beze mnie" - opowiada Orwid.

By³ bardzo wymagaj±cym opiekunem. Ironicznym, m±drym, czasem z³o¶liwym. I jednocze¶nie bardzo czu³ym. Zanim choremu siostrzeñcowi przyniós³ ksi±¿ki, d³ugo je wybiera³, zastanawia³ siê, czy pasuj± dla kilkuletniego ch³opca. Ka¿d± ksi±¿kê czyta³ najpierw sam, ¿eby przypomnieæ sobie tre¶æ i nie daæ siê zaskoczyæ jakim¶ pytaniem. Czasami wujek krzycza³ na siostrzeñca: "Jeste¶ leniem, durniem, nieukiem". Mimo ¿e, o tym Zych jest przekonany, wcale tak nie my¶la³. W ten sposób motywowa³.

Na Klinach Micha³ nastolatek ba³ siê odzywaæ, ¿eby nie powiedzieæ czego¶ g³upiego. To by³o najgorsze - kompromitacja przed cz³owiekiem, który na g³upotê by³ uczulony.

Zych: - Chcia³em byæ partnerem dla wujka. Rozmawiaæ z nim, dyskutowaæ, zadawaæ m±dre pytania i m±drze odpowiadaæ na jego pytania. Kiedy powiedzia³em mu, ¿e wybieram siê na polonistykê, pokiwa³ g³ow±: "Tak, spodziewa³em siê tego. Jeste¶ leniem, a to studia dla takich jak ty. Wybra³e¶ takie studia, ¿eby nic na nich nie robiæ; bo przecie¿ wszystkie ksi±¿ki ju¿ dawno przeczyta³e¶".

Internet i feminizm

W drugiej po³owie lat 90. czêstym go¶ciem w gabinecie by³ Jan Krasnowolski, krakowski prozaik. Krasnowolski przywozi³ na Kliny swojego schorowanego dziadka, Jana Józefa Szczepañskiego, najbli¿szego przyjaciela Lema. To by³a przyja¼ñ w staro¶wieckim stylu, dystyngowana i z dystansem, bez poklepywania.

Krasnowolski: - Obaj panowie mieli ju¿ swoje lata. Obaj dyskutowali o polityce. Jak Putin doszed³ do w³adzy, Lem od razu przewidzia³, ¿e sytuacja w Rosji potoczy siê ku gorszemu. Lem interesowa³ siê wszystkim i opowiada³ o wszystkim. Pamiêtam, ¿e bardzo krytykowa³ feminizm, wymienia³ nazwiska pisarek i pisarzy, które mojemu dziadkowi ju¿ nic nie mówi³y. Do szewskiej pasji doprowadzi³a go ok³adka jakiego¶ tomiku poetyckiego, na której widaæ wygiêt± nag± kobietê w kszta³cie stolika. Jaki¶ facet je na niej obiad. Lem uzna³ to za dowcip w bardzo z³ym gu¶cie.

- No i komputery - opowiada Krasnowolski. - Lem by³ nimi zafascynowany, mimo ¿e zdawa³ sobie sprawê z niebezpieczeñstw internetu. Dla mojego dziadka te sprawy nie mia³y znaczenia.

Planeta ¶miech

We wszech¶wiecie Lema wa¿ne miejsce zajmowa³ humor.

Maria Orwid: - Dla niego ¶miech by³ jednym ze sposobów na zdobycie dystansu wobec ¶wiata. Czêsto pokpiwa³, ale w taki sposób, ¿e nie bola³o. Nawet ironizowa³ z mojego rozdwojenia. Zaraz po wojnie chodzi³am do katolickiej szko³y, mia³am jeszcze aryjskie papiery. A wieczorami spotyka³am siê z moimi przyjació³mi z syjonistycznej organizacji M³ody Stra¿nik, która mia³a nas przygotowaæ do wyjazdu do Palestyny. On kiwa³ z niedowierzaniem g³ow±.

Zachowa³ siê list z 1948 roku, w którym pan Stanis³aw odradza Marii Orwid studiowanie filozofii:

"Mi³a Panno Marysiu,

(...) Przede wszystkim interesuje Pani± Jej inteligencja. Jest ona niew±tpliwie nadprzeciêtna, tzn. wychyla siê ponad normê obowi±zuj±c± dla wieku i p³ci (niestety tak).

Przytem stoi mniej wiêcej po¶rodku miêdzy typem zupe³nie abstrakcyjnym, sk³onnym do tworzenia teoryj, uogólnieñ, a eupraktycznym, w rodzaju schludnej gospodyni domowej, co to i babkê upiecze, i konfitury piêkne przyrz±dzi. Co prawda pewne dane zdaj± mi siê wskazywaæ na to, ¿e talentów ostatnich zbyt wiele Pani nie ma. Mam wra¿enie oparte na danych Rorschacha, ¿e zbywa Pani nieco na zrêczno¶ci tej, któr± Niemcy nazywaj± Handfertigkeit.

Filozofii bym za¶ pani nie radzi³ z uwagi na to, ¿e jak mi mówi przegl±dniêty spis wyk³adów na rok 47/48, gros psychologii ma ten dziadyga z psychicznym platfusem X. profesor, w moich oczach je³opa z plomb±, opatentowany w kraju i za granic±. Formalna teoria przedmiotu - sirota Y. wyk³ada, bo¿e ¶wieæ rych³o nad jego dusz±".

22 lata pó¼niej Lem drêczy³ siostrzeñca w sposób, który przeszed³ do historii. Sprawa by³a s³uszna. Pisarz postanowi³ nauczyæ ch³opaka zasad ortografii. Nie móg³ patrzeæ na szkolne wypracowania Micha³a - pe³ne czerwonych podkre¶leñ i wykrzykników. Specjalnie dla niego wymy¶li³ dyktanda. Kilka razy w tygodniu wo³a³ Micha³a do gabinetu i dyktowa³. Z g³owy.

"W ka³u¿y krwi le¿a³ trup ¶wie¿y, lecz sztywny, z wyrazem zasmucenia na twarzy, której niewiele zreszt± mu zosta³o. Kula niezwyk³ego kalibru uczyni³a powa¿ne spustoszenia w jego zêbach trzonowych, ma³¿owinie oraz w mó¿d¿ku, który wycieka³ teraz miarowymi kroplami na ³opuchy i zesz³oroczny numer "Przyjació³ki "".

"Pochodziwszy po ogrodzie, a nie doczekawszy siê wampira, wraca³em w³a¶nie stêpa, gdy koñ mój, przysiad³szy w zadzie, zagryz³szy wêdzid³a i pierdn±wszy ze strachu, poniós³ (...)".

Siostrzeniec Lema przesta³ robiæ b³êdy.

Kilka lat temu dyktanda wykorzystali organizatorzy ogólnopolskiego konkursu ortograficznego. Wybuch³ skandal.

Zych: - ¦rodowisko LPR-owskie zarzuci³o organizatorom, i samemu Lemowi, szerzenie "cywilizacji ¶mierci"!

I jeszcze jedna historia.

Jan Kott w 1946 roku mieszka³ w £odzi, a w Krakowie odwiedza³ ¿onê. Jedn± z wizyt opisa³ w felietonie "Lem i krakowskie wielb³±dy" w 1987 roku, w nowojorskim "Nowym Dzienniku": "Atrakcj± by³ w³a¶nie otwarty ogród zoologiczny. (...) Niewiele by³o tam dzikich, a nawet bardziej swojskich zwierz±t. By³ nied¼wied¼, który siê przechowa³ przez okupacjê, para piekielnie wychudzonych wilków, kilka saren dosyæ zadowolonych ze swego losu, du¿o ptactwa i duma tego nowego zoo - dwa wielb³±dy.

Wielb³±dy by³y za zagrod± albo parkanem. Sta³a tam jaka¶ wycieczka szkolna i Lem ze swoj± ¿on±. Oboje, zauwa¿y³em to od razu, mieli ze sob± wielkie torby. Na zmianê podchodzili do parkanu, podawali wielb³±dom jak±¶ marchewkê czy pietruszkê albo jakie¶ zielsko i czochrali im szyje i grzbiety wielkimi grzebieniami. Jak owce. Potem - wielb³±dy musia³y siê w³a¶nie leniæ - zbierali ich sier¶æ do toreb. Mieli jej ju¿ ca³e gar¶cie.

- Co pan robi, panie Stanis³awie? - spyta³em do¶æ zdumiony.

- Jak to - powiedzia³ Lem. - Pan nie widzi? Robiê swetry.

Pomy¶la³em wtedy sobie, ¿e ten m³ody cz³owiek (...) ma wielk± przysz³o¶æ przed sob±".

Na tekst ten Stanis³aw Lem odpowiedzia³ w 1989 roku listem:

"Drogi Janku,

Co do wielb³±dów pamiêæ nieznacznie Ciê zawiod³a. W czasie, o jakim piszesz, ¿ona moja by³a uczennic± w gimnazjum w Bytomiu i jeszcze jej nawet nie zna³em. Wielb³±dów w zoo krakowskim nie by³o, tylko ¿ubry. Ich sier¶æ zdrapywa³em nie ja, ale mój przyjaciel ówczesny, Romek Hussarski z narzeczon± pann± Helen± Burtan (oboje s± teraz ju¿ dziadkami). A swetry z ¿ubrzej we³ny robi³a stara pani Hussarska (od 30 lat w grobie). Reszta siê zgadza. (...) Ja to tam nie widzê w tym fakcie nic z³ego, ale moja ¿ona nie by³a zachwycona Twoj± koncepcj±, jakoby jako dziewczynka mia³a ju¿ i moj± po³owic± byæ, i jakie¶ swetry robiæ".

Obsesja Lwowa

By³o te¿ du¿o miejsca na rozczarowanie i zw±tpienie.

W 1996 roku Tomasz Kamiñski nakrêci³ film o Lemie. Pisarz mówi w nim: "Andrzej Kijowski powiedzia³: "¦wiat jest ¶wini± ". Ja siê z tym zgadzam. Ludzie maj± rozmaite charaktery, si³y przebicia, skalê odmienno¶ci (...). Jest straszny w tym rozrzut i nie wiem, czy osi±gnêli¶my ju¿ granicê, bo postêp techniczny wci±¿ dostarcza nam instrumentów do mêczenia innych ludzi".

Prof. Maria Orwid: - Tu¿ po wojnie nie rozmawiali¶my o polityce ani o przesz³o¶ci. Ja wierzy³am w nowy ustrój. A pan Stanis³aw? Nigdy o tym nie opowiada³. Jest jednak jeden szczegó³, który wiele mówi o jego stosunku do powojennych czasów. To obsesja utraconego Lwowa. Jaki¶ olbrzymi ¿al za tamtym miastem, ¿al, ¿e wyroki historii s± tak niesprawiedliwe.

I jeszcze jedno: stan wojenny i emigracja na Zachód. Komuni¶ci nie mogli go dotkn±æ, by³ zbyt wa¿n± person±. Ale tamten czas prze¿y³ bardzo bole¶nie. W Berlinie chorowa³, nie móg³ siê odnale¼æ.

Niepokoju mia³ w sobie bardzo du¿o. Przez dziesi±tki lat zastanawia³ siê, jak to mo¿liwe, ¿e cz³owiek traci miliardy dolarów na poszukiwanie szczê¶cia w gwiazdach, a nie potrafi zbudowaæ szczê¶cia na ziemi.

27 mln ksi±¿ek

Kilka lat temu Lem pokusi³ siê na ³amach "Odry" o pobie¿ne podsumowanie swojej dzia³alno¶ci futurologicznej. Przewidzia³ technoinwazjê, klonowanie, niebywa³± ewolucjê automatów, teleportacjê i wirtualn± rzeczywisto¶æ. Fani "Matriksa" byæ mo¿e nie wiedz±, ¿e w 1971 roku Lem wyda³ "Kongres futurologiczny", ksi±¿kê o sztucznej rzeczywisto¶ci, pod któr± kryje siê brudny, stoj±cy na krawêdzi rozpadu ¶wiat. Albo hipotezê, ¿e wszech¶wiat istnieje na kredyt.

¦wiatowa popularno¶æ przenios³a go w ¶wiat wielkich liczb. Ponad 50 ksi±¿ek sprzeda³ w 27 mln egzemplarzy. Czytali go w 41 jêzykach, w Erewanie, Tokio, Sao Paulo i Helsinkach. Z czytelnikami rozmawia³ po rosyjsku, niemiecku, francusku. Zna³ angielski, ale nie chcia³ go u¿ywaæ podczas rozmów, uwa¿aj±c, ¿e mówi zbyt s³abo.

27 mln egzemplarzy. Niewyobra¿alna wielko¶æ. Tak jak liczba informacji ukrytych w komputerach. Lem szacowa³ j± na 1017.

Urodzony w 1921 roku pisarz przeszed³ skomplikowan± drogê. Nie tylko dlatego, ¿e od dzieciñstwa szala³ w nim niespokojny duch odkrywcy, duch, który kaza³ mu budowaæ silniki elektryczne, transformator Tesli, rurki Geislera, maszynê Wimshursta, czy projektowaæ zdumiewaj±ce przyrz±dy: maszynkê do rozcinania gotowanych ziaren kukurydzy (po jedzeniu ³uski zostawa³yby na kolbie) albo rower bez peda³ów.

Wojna sprawi³a, ¿e do pêczniej±cego b³yskawicznie dossier musia³ dodaæ pracê fizyczn±. Polubi³ spawanie do tego stopnia, ¿e ju¿ w Krakowie zastanawia³ siê, czy podejmowaæ przerwane studia medyczne. Pó¼niej, zagorza³y fan motoryzacji, z upodobaniem reperowa³ w³asne auta.

Przy tym wszystkim by³ cz³owiekiem bardzo roztargnionym. "By³em bardzo nieporz±dny z natury, ogromnie niecierpliwy, niedba³y, i tym dziwniejsze, ¿e potrafi³em zdobywaæ siê na samozaparcie, na mu³owate powtarzanie prób, kiedy dziesi±tki ich nie dawa³y rezultatu" - pisa³ w "Wysokim zamku". Upór to jeszcze jedna wa¿na cecha Stanis³awa Lema. Opowiada³, ¿e swoj± ukochan± ¿onê Barbarê "osacza³" przez dwa lata. Uda³o siê.

Zalewany przez fakty

W gabinecie Stanis³awa Lema przez wiele lat bywa³ tak¿e Tomasz Fia³kowski z "Tygodnika Powszechnego". Od pocz±tku lat 90. pisarz zamieszcza³ w czasopi¶mie swoje felietony. Tworz± jedn± ca³o¶æ z pe³nym gazet i ksi±¿ek gabinetem. Teksty i gabinet: dwie emanacje wiecznie niespokojnego umys³u, który interesuje siê wszystkim i czerpie zewsz±d. Ogl±da telewizjê (niemieck±, bo polskiej nie znosi), czyta, nie boi siê internetu, chocia¿ do koñca wybiera papier zamiast ekranu monitora. Lem prosi³ swojego sekretarza, by ten drukowa³ mu najciekawsze strony z sieci. I przyznawa³, ¿e informacje zlewaj± siê w jego g³owie "w rodzaj kaszy".

Chocia¿by nied³ugi tekst "Wieloryby i polityka". Lem zaczyna od prezydenta Chiraca i Angeli Merkel. Przechodzi do irañskiego programu atomowego, ¿eby chwilê pó¼niej wspomnieæ o wielorybie, który wp³yn±³ do Tamizy. Potem znowu Merkel i akapit o tragedii polskiego ziemiañstwa po 1945 roku. "Przewidywanie biegu ¶wiata jest dzi¶ nies³ychanie utrudnione; najlepiej zajmowaæ siê wy³±cznie wielorybami" - koñczy Lem. Nowoczesne silva rerum, gêsty las rzeczy, w którym ³atwo siê zgubiæ.

Tomasz Fia³kowski: - Ten rozgardiasz z gabinetu nie powinien nas zmyliæ. Lem mia³ wokó³ siebie olbrzymi± liczbê rzeczy i spraw. Porz±dkowa³ je z nies³ychan± sprawno¶ci±, wszystko mia³ na swoim miejscu. A z drugiej strony zdawa³ sobie sprawê, ¿e wspó³czesnemu cz³owiekowi coraz trudniej jest zapanowaæ nad potokami informacji. Oczywi¶cie do koñca bardzo mocno czu³, ¿e jest zalewany przez kolejne fakty.

I do koñca chcia³ z nich korzystaæ.

Czy by³ pan na Marsie?

Nie by³oby Lema bez astronomii, nie by³oby polskich astronomów bez Lema. Niektórzy przyja¼nili siê z autorem "Powrotu z gwiazd".

Fascynowa³ ich. Jego wyobra¼nia, wiedza, do której dotar³ sam. I to, jak ³±czy³ wiele dyscyplin.

Dr Adam Michalec, krakowski astronom: - Mia³ wszczepion± w mózg encyklopediê. Ale nie tê z XX czy XIX wieku. Tylko encyklopediê, której my jeszcze nie napisali¶my. Dla nas, astronomów, Lem by³ trochê jak Einstein dla fizyków. Einstein wyprzedzi³ swój czas, Lem te¿ zostawi³ nas daleko w tyle.

Czy korzysta³ z wiedzy astronomów w opisywaniu galaktyk, planet, czasoprzestrzeni? Nie. To raczej oni prosili o wyt³umaczenie teorii, dla których znalaz³ nowe zastosowanie. Nie szukali braku konsekwencji w przedstawianiu ¶wiatów. Wszystko, co Lem napisa³, by³o mo¿liwe. Istnia³o du¿e prawdopodobieñstwo, ¿e jest gdzie¶ czê¶æ wszech¶wiata ju¿ wcze¶niej przez Lema opisana.

Chcia³ do¿yæ transmisji z l±dowania na Marsie. Takiej jak z Ksiê¿yca. Ale najbardziej lubi³ Wenus, Gwiazdê Wieczorn±, której tajemnicze wnêtrze skrywa siê pod grub± pow³ok± chmur.

Dr Michalec: - By³em na paru jego spotkaniach z czytelnikami. Zawsze go pytali, czy by³ na Marsie, skoro opowiada o nim tak, jakby by³. Odpowiada³: "Byæ mo¿e, byæ mo¿e...".

Byæ mo¿e wiêc Stanis³aw Lem jest w³a¶nie w trakcie kolejnej podró¿y kosmicznej. Na Marsa albo Wenus. Je¿eli tak, to ma na pewno ze sob± ulubion± cha³wê, której smak przez ca³e ¿ycie przywodzi³ mu na my¶l utracony Lwów i mieszkanie przy ulicy Brajerowskiej. I zdjêcia Lwowa przywiezione tu¿ przed ¶mierci± przez jedn± z dziennikarek. Ogl±da je, jak napisa³ w ostatnim felietonie, "a¿ do zawrotu g³owy". Ma dziennik gwiazdowy oraz chusteczki higieniczne na nieod³±czny katar sienny. Toczy rozmowy z profesorami Tarantog± i Doñd±, z niepokojem my¶li o masie krytycznej informacji, która lada chwila mo¿e zostaæ przekroczona.

I znowu nas wyprzedza.



--
C
U
S
2006-04-05 08:51
Temat postu: G³osy z sieci
ciachu


forum admin
postw: 823

Tygodnik Powszechny
G³osy z sieci

Stanis³aw Lem
Pisarz, publicysta, najwybitniejszy polski twórca fantastyki naukowej
Chcia³em zaj±æ siê nieszczê¶ciem, które szykuj± nam bracia Kaczyñscy - opcje skrajnie prawicowe, które siê ostatnio w Polsce pojawi³y, okropnie mi siê nie podobaj± - a¿ tu nagle, jak pa³k± w g³owê, dosta³em piêædziesi±t dwie wypowiedzi rosyjskich internautów, których jeden z tamtejszych portali internetowych zaprosi³ do zadawania mi pytañ.

Trudno mi nie zareagowaæ, zw³aszcza ¿e autorami s± na ogó³ ludzie m³odzi, dwudziestoparoletni. Grad pochwa³ zupe³nie mnie oszo³omi³, choæ domy¶lam siê, ¿e te g³osy zosta³y odcedzone z wiêkszej liczby. Dowiadujê siê, ¿e moje ksi±¿ki s± w Rosji kultowe, a moi rosyjscy czytelnicy s± wprost zachwyceni tym, ¿e jestem, jaki jestem. Same hymny i eulogie. Sytuacja jest trochê niezrêczna, poniewa¿ ja nie jestem taki znów wspania³y, jak im siê wydaje. Nie lubiê te¿ byæ zanadto chwalony i znaczn± czê¶æ tych pochwa³ najchêtniej bym delikatnie uniewa¿ni³.

"Panie Stanis³awie! Nie wierzê, nie wiem, co siê ze mn± dzieje!!! Nigdy, nawet w naj¶mielszych fantazjach, nie my¶la³em, ¿e bêdê móg³ zadaæ Panu pytanie!!!" - wykrzykuje ekstatycznie Andriej. "Ksi±¿ki Pana autorstwa przetar³y siê do dziur od wielokrotnego czytania - wyznaje 23-letnia Masza. - Krótko mówi±c, dziêkujê. I bez ¿adnych pytañ". "Zdjêcia na tle Pañskiego domu w Krakowie strzegê jak relikwii" - to z kolei Siergiej. I jeszcze jeden g³os: "Uwielbiam Pana od pierwszej przeczytanej w dzieciñstwie bajki o robotach i bêdê uwielbia³ do koñca moich dni. I ¿adnych pytañ. Zawsze z Panem".

"Naprawdê dziêkujê Bogu za to, ¿e jest internet i mogê zadaæ pytanie osobie, której ksi±¿kami zaczytujê siê od dzieciñstwa" - pisze Angelina i zaraz pyta, co to takiego te sepulki, które siê pojawiaj± w jednej z podró¿y Ijona Tichego. Nie ona jedna; w li¶cie Andrieja Bowykina czytam: "Ca³e ¿ycie, od dzieciñstwa, mêczy mnie jedno pytanie - co to s± sepulki i na czym polega ich kontekst porno?". A bodaj to, ja sam nie mam pojêcia!

S± te¿ pytania czysto rzeczowe, na przyk³ad, czy znam twórczo¶æ m³odych rosyjskich pisarzy fantastycznych. Przykro mi, ale ich po prostu nie czytam, od bardzo dawna przesta³em czytaæ science-fiction. Dmitrij chcia³by wiedzieæ, jaki jest mój stosunek do twórczo¶ci braci Strugackich. Có¿, my¶lê, ¿e to ju¿ historia, choæ piêkna historia. Kto¶ inny mnie powiadamia, ¿e w moskiewskim mieszkaniu W³odzimierza Wysockiego znajduj± siê moje "Bajki robotów", zadedykowane "Wo³odii. Marzec 1965", i pyta o moje spotkanie z Wysockim, który wtedy jeszcze nie by³ zbyt popularny. Nie pamiêtam tego spotkania dok³adnie, ale przypominam sobie, ¿e za¶piewa³ mi balladê "Niczejnaja ziemla". Szanowa³em go i nie ogl±da³em siê na to, czy jest mniej czy bardziej s³awny. Dlatego nie zdziwi³o mnie, ¿e kiedy umar³, na jego mogile m³odzi Rosjanie ³amali gitary.

"Czy ludzko¶æ powinna próbowaæ poznaæ prawdê o istnieniu ¿ycia po ¶mierci? Czy Pan wierzy w to ¿ycie? Czy s±dzi Pan, ¿e jest wieczne?" - có¿, na takie pytania nie odpowiadam. Kto¶ inny najpierw wykrzykuje: "O Bo¿e!!! Nie mogê uwierzyæ!!!

Inosmi uda³o siê namówiæ Pana do udzielenia odpowiedzi na pytania internautów!", potem za¶ cytuje moje zdanie, ¿e ¶wiat nale¿y zmieniaæ, w przeciwnym razie w niekontrolowany sposób on zacznie zmieniaæ nas, i komentuje: "Nie bêdê odpowiadaæ za ca³y ¶wiat, ale mnie zmieni³ Pan na pewno. Na lepsze, oczywi¶cie!".

"Co Pan teraz s±dzi o wojnie w Iraku? Spo¶ród szanowanych przeze mnie ludzi Pan jeden popar³ wojnê" - pisze Michai³ Go³ubiew. Nie ukrywam, ¿e decyzja Busha wydaje mi siê dzisiaj powa¿nym b³êdem. "Czy dla Pana Lwów jest miastem polskim, czy ukraiñskim?" - to Aleksiej. Jestem niestety stronny, rozumiem oczywi¶cie stanowisko Ukraiñców, ale trudno mi wyrzec siê Lwowa, który by³ i pozostanie moim miastem. Dziennikarka, która w grudniu rozmawia³a ze mn± o moich lwowskich wspomnieniach, pojecha³a potem do Lwowa i przys³a³a mi mnóstwo zdjêæ; wczoraj ogl±da³em je a¿ do zawrotu g³owy.

"Czy u schy³ku ¿ycia czuje siê Pan nadal Polakiem?" - pyta (prowokacyjnie, jak sam pisze) Siergiej Cedrik. A kim siê mogê czuæ, na mi³o¶æ Bosk±! "Czym dla Pana jest Polska?". Có¿, Polska to miejsce, w którym dzieje siê mój los. I choæ czasem my¶lê, ¿e chêtnie bym st±d wyjecha³, znale¼æ dzi¶ w ¶wiecie miejsce bezpieczniejsze wcale nie³atwo. "Pañskie ksi±¿ki w niczym nie przypominaj± tego, co mi siê kojarzy z polsk± kultur± i polskim spo³eczeñstwem. Jest w nich co¶ z innej planety" - to wci±¿ ten sam autor. Czy ja wiem? Na pewno nie by³o to z mojej strony rozmy¶lne.

"Pañskie ksi±¿ki zacz±³em czytaæ mniej wiêcej w tym czasie, kiedy w ogóle nauczy³em siê czytaæ - wyznaje Jewgienij. - W wieku sze¶ciu lat przeczyta³em "Solaris", a dzisiaj czytaj± tê ksi±¿kê moje dzieci.

I umiej± odró¿niæ teksty bezwarto¶ciowe od tych, które zmuszaj± do my¶lenia". Czy kto¶, kto przeczyta³ "Solaris" w wieku sze¶ciu lat, co¶kolwiek z tej powie¶ci zrozumia³? Nie wiem, ale ujmuje mnie bezpo¶rednio¶æ i szczero¶æ autora.

A to g³os, który szczególnie mi siê spodoba³. "Szanowny Panie Stanis³awie! - pisze Iwan - niestety w odró¿nieniu od wiêkszo¶ci zadaj±cych pytania nie przeczyta³em jeszcze ¿adnej Pañskiej ksi±¿ki. Ale moja ciocia jest Pana wielbicielk±". I ta ciocia, która nie ma dostêpu do internetu, chce siê dowiedzieæ, jak± przysz³o¶æ ma wspó³czesne spo³eczeñstwo galopuj±cej konsumpcji. Przypuszczenie, ¿e mam jakie¶ nadzwyczajne wiadomo¶ci na temat, jest i trochê zabawne, i wzruszaj±ce.

"Czy ludzko¶æ musi siê czego¶ baæ, ¿eby siê zjednoczyæ?" - pyta Dmitrij Komissarow z Orenburga. To trudne pytanie. Ostatnio, po opublikowaniu przez szereg pism europejskich karykatur proroka Mahometa, mamy eksplozjê arabskiego tsunami. Z jednej strony uwa¿am, ¿e nie nale¿y naruszaæ cudzych hierarchii warto¶ci, w tym przypadku warto¶ci religijnych, ale z drugiej - trudno siê poddawaæ dyktatowi przemocy. Jeden tylko cz³owiek na ¶wiecie mo¿e byæ zadowolony: profesor Samuel Huntington, który prorokowa³ zderzenie cywilizacji.

Tygodnik Powszechny

--
C
U
S
2006-04-05 08:53
Temat postu: Wieloryby i polityka
ciachu


forum admin
postw: 823

Tygodnik Powszechny
Wieloryby i polityka
Stanis³aw Lem
Pisarz, publicysta, najwybitniejszy polski twórca fantastyki naukowej
P

oniewa¿ "Tygodnik Powszechny" piórami Krzysztofa Koz³owskiego i Micha³a Zieliñskiego dosyæ srogo rozprawi³ siê w poprzednim numerze z now± ekip± rz±dz±c±, mogê sobie oszczêdziæ tematów krajowych. Zajmê siê raczej tym, o czym siê u nas ma³o mówi i pisze.

Prezydent Chirac o¶wiadczy³ publicznie, ¿e nie wyklucza mo¿liwo¶ci francuskich ciosów atomowych wobec pañstwa, które sprzyja terroryzmowi. Wywo³a³o to okropny strach w¶ród elity politycznej Niemiec. Kolejni politycy t³umaczyli przed kamerami, jaka to zgubna, nonsensowna i szkodliwa koncepcja, i wzywali, by Chiraca od niej odwie¶æ. Tygodnik "Der Spiegel", zapowiadaj±c podró¿ Angeli Merkel do Francji, zapewnia³ wrêcz, ¿e pani kanclerz bêdzie surowo strofowa³a swego gospodarza za ten wyczyn. Tymczasem pani Merkel wystêpuj±c wraz z Chirakiem, pochwali³a go, uznaj±c jego g³os za rozs±dny.

Zapleczem tej sprawy jest kwestia szans wyhamowania irañskiego programu atomowego. Amerykanie próbowali, na razie bez sukcesu, sporz±dziæ nowy typ ³adunków nuklearnych, które wbijaj± siê w grunt na kilkana¶cie metrów i wywo³uj± g³êbok± eksplozjê podziemn±, co mia³oby s³u¿yæ niszczeniu perskich baz. Niektórzy mówi±, ¿e ju¿ w przysz³ym roku, inni - ¿e dopiero za dwa lata Iran bêdzie dysponowa³ dostateczn± ilo¶ci± uranu. Z punktu widzenia politycznego zaatakowanie Iranu, nawet gdyby osi±gnê³o cel bezpo¶redni, wywo³a³oby burzê na ca³ym Bliskim Wschodzie i wzmog³oby nastroje antyamerykañskie. A prace nad irañsk± bomb± zosta³yby zahamowane tylko na pewien czas. Gdyby towarzysz Stalin ¿y³, zrobi³by z tym skutecznie porz±dek; przypuszczam, ¿e kaza³by przesiedliæ na Syberiê jakie¶ 10-15, a mo¿e i 20 milionów Persów, ¿eby im siê w g³owach nie poprzewraca³o.

Sytuacja jest wyra¼nie patowa: obecny prezydent Iranu ma pomys³y zupe³nie szalone, chce Izrael zlikwidowaæ albo przenie¶æ na Alaskê. Do tego najodwa¿niejszy strateg izraelski, czyli Ariel Szaron, ciê¿ko zachorowa³ i wprawdzie jeszcze ¿yje, ale do polityki ju¿ na pewno nie wróci. A wybory w Autonomii Palestyñskiej wygra³ Hamas... Ciekawa rzecz, ¿e na ¶wiecie zawsze mamy jakie¶ k³opoty.

Mo¿e dlatego g³ównym moim zajêciem w minionym tygodniu by³o ¶ledzenie smutnej (dla mnie przynajmniej) przygody kaczonosego wieloryba, który, p³yn±c z Atlantyku na Morze Pó³nocne, zab³±dzi³ na wody Tamizy i dop³yn±³ a¿ do Londynu, 60 kilometrów od uj¶cia rzeki! Anglicy zrobili wiele, by go uratowaæ, a olbrzymie t³umy przygl±da³y siê tym dzia³aniom z wybrze¿y i mostów. Niezbyt wielki (oczywi¶cie w wielorybiej skali) sze¶ciometrowy wieloryb, wa¿±cy blisko sze¶æ ton - waga s³onia! - zosta³ wci±gniêty przy pomocy pontonów na pok³ad barki, która ruszy³a w stronê morza, bo sam siê wydostaæ nie potrafi³. By³ zreszt± niezdrów, ranny, krwawi³. Zespó³ medyczno-weterynaryjny dawa³ mu 50 procent szans na prze¿ycie, wieloryb jednak umar³ prawie u koñca drogi. ¦ledzenie tej historii w niemieckiej telewizji ca³kowicie wymiot³o z mojego umys³u nasze polskie perypetie polityczne, zajêty losem wieloryba nie mia³em czasu dowiadywaæ siê, co siê dzieje w kraju.

Wracaj±c jednak do polityki: bardzo mi siê podobaj± rz±dy pani Merkel. Nie idzie ona wcale w ogonie spraw niemieckich, wykazuje inicjatywê i mo¿na by siê tylko modliæ o to, ¿eby kto¶ równie rozs±dny znalaz³ siê na czele naszego pañstwa. Niestety - nie ma tak dobrze. Nie by³em najgorszego zdania o nowym premierze, ale wci±¿ kto¶ wiesza na nim rozmaite psy. Braci Kaczyñskich, a przynajmniej Jaros³awa, zgubi - obawiam siê - zach³anno¶æ na w³adzê. O rzeczach najwa¿niejszych, jak dywersyfikacja ¼róde³ energii, najmniej siê dzi¶ mówi, wszyscy s± zajêci dora¼nymi grami. Radek Sikorski zapowiedzia³ gwa³towne wzmo¿enie unowocze¶niania naszych si³ obronnych, chce to jednak robiæ ze ¶rodków bud¿etowych. Z tej m±ki pancernego chlebka nie bêdzie; mo¿na co najwy¿ej kupiæ ze dwa-trzy supernowoczesne samoloty i mo¿e jeszcze jak±¶ kanonierkê.

Kiedy siedzimy zimowymi wieczorami po kolacji, ¿ona i jej siostra opowiadaj±, co siê dzia³o podczas wojny w maj±tkach, w których spêdzi³y dzieciñstwo: w Jagielnicy Lanckoroñskich, potem w Kawêcinach, gdzie ich ojciec przej±³ dzier¿awê, wreszcie w maj±tku dziadków, Gaiku, którego ruiny znajduj± siê dzi¶ pod wodami Zalewu Dobczyckiego. Wydaje mi siê zdumiewaj±ce, ¿e w Polsce nie powsta³o dot±d - a mo¿e siê mylê? - wielkie opracowanie zbiorowe pod tytu³em "Zag³ada ziemiañstwa polskiego po 1945 roku". Przecie¿ z ka¿dym rokiem coraz mniej jest ludzi, którzy prze¿yli to na w³asnej skórze! Moja wiedza jest szcz±tkowa i z drugiej rêki, ¶wiadom jestem jednak, ¿e straty by³y straszliwe. Mo¿e pod nowymi rz±dami kto¶ przygotuje takie opracowanie?

Kiedy napisa³em o nawrocie niebezpieczeñstwa nuklearnego, jeden z czytelników przys³a³ list, w którym t³umaczy, ¿e konflikt nuklearny jest niemo¿liwy, poniewa¿ oznacza³by koniec cywilizacji i nikt nie odwa¿y siê go wywo³aæ. Akurat w tym¿e czasie pani Merkel wspar³a w Pary¿u prezydenta Chiraca... Bush niewiele mo¿e, strwoni³ si³y, które nie wiadomo po co wys³a³ do Iraku. Do tego znów odezwa³ siê Bin Laden, kilkakrotnie ju¿ pochowany. Przewidywanie biegu ¶wiata jest dzi¶ nies³ychanie utrudnione; najlepiej zajmowaæ siê wy³±cznie wielorybami.

Tygodnik Powszechny

--
C
U
S
2006-04-05 09:00
Temat postu: Rozk³ad jazdy
ciachu


forum admin
postw: 823

Tygodnik Powszechny
Rozk³ad jazdy
Stanis³aw Lem

Dostajê listy, których autorki i autorzy oczekuj±, ¿e zgodzê siê na osobiste spotkanie i ¿e wyniknie z tego jaka¶ korzy¶æ dla Polski. Nadzieje p³yn±ce z lektury mojej publicystyki s± jednak p³onne, jestem ju¿ przyg³uchym starcem i je¿eli w ogóle co¶ wa¿nego powiedzia³em, to w moich ksi±¿kach. Nie mogê w pojedynkê ratowaæ naszego kraju, nigdy zreszt± nie chcia³em wchodziæ do polityki, nawet doradczo. Co wa¿niejsze, aby w ogóle tak± funkcjê i takie honory przyj±æ, trzeba mieæ zaplecze polityczne, a wokó³ mnie nie ma nikogo oprócz rodziny i kilku psów.

Czytam nadal Rymkiewicza; w zakoñczeniu jego encyklopedii S³owackiego opisany jest dok³adnie powtórny pogrzeb tego poety w czerwcu 1927 roku (mia³em wtedy niespe³na sze¶æ lat). Jak zauwa¿a Rymkiewicz, nigdy przedtem nic takiego siê w Polsce nie zdarzy³o, by³ to wybuch jakiej¶ mocy duchowej, jakby ze S³owackiego w³a¶nie rodem, choæ inspirowany i nieco instrumentalizowany przez Pi³sudskiego. Oczywi¶cie wielu spo¶ród tych, co brali w uroczysto¶ciach udzia³, nigdy w ¿yciu nie czyta³o S³owackiego, ale takie zrywy s± wa¿ne i potrzebne, nawet je¶li ogieñ, który wtedy p³onie, oka¿e siê s³omiany.

Druga moja lektura to ksi±¿ka Kornela Makuszyñskiego "O dwóch takich, co ukradli ksiê¿yc". Mam obawê niespokojn±, ¿e zawiera ona prefiguracjê losu braci Kaczyñskich. Nie dlatego, ¿e zagrali oni za m³odu Jacka i Placka, ale ze wzglêdu na epilog, w którym siê okazuje, ¿e ksiê¿yc, przez bli¼niaków zaw³aszczony, wieczorem szczê¶liwie znów wschodzi w nietkniêtej formie. Nic siê nie zmieni³o! W³adza braci Kaczyñskich te¿ oka¿e siê epizodem w naszych dziejach, mo¿e i kilkuletnim, ale przej¶ciowym. I siêganie po nomenklaturê w rodzaju Czwartej czy Pi±tej Rzeczypospolitej niczego nie zmieni. Przypisywanie Polsce jakich¶ liczebników wydaje mi siê zreszt± bez sensu.

Odnoszê wra¿enie, ¿e wyobra¼nia polityczna braci Kaczyñskich albo jest s³abo rozwiniêta, albo w ogóle zawiod³a. Trafnie napisa³ Roman Graczyk, ¿e oni poruszaj± siê w nadbudowie i skupiaj± na werbalnych deklaracjach. Rz±dzenie pañstwem to trudna sprawa; nieraz my¶la³em o tym, czy da³oby siê zaprogramowaæ maszynê typu komputerowego, by rz±dzi³a ca³kiem bezosobowo. Jednak liczba parametrów, które nale¿a³oby w tym przypadku uwzglêdniæ, jest zbyt wielka, mnóstwo spraw opiera siê na intuicji i wyczuciu. Trochê jak z tym nieopisanie zawi³ym i niezrozumia³ym talentem, którym odznaczaj± siê mistrzowie rozgrywek szachowych.

Kaczyñscy ruszyli z ogromnym apetytem na w³adzê, ale ogranicza siê ona do tej pory do tego, co siê dzieje w sejmie i w jego okolu, wewn±trz politycznej kamaryli, bardzo w dodatku sk³óconej. Obawiam siê, ¿e kês, który oderwali z bochenka w³adania, jest zbyt wielki na ich mo¿liwo¶ci trawienne. ¯ycie ekonomiczne pañstwa biegnie na szczê¶cie swoimi torami, bo mamy demokracjê i nie obowi±zuje ju¿ zasada typowo sowiecka, ¿e wszystko zale¿y od rz±dz±cych. Przynale¿no¶æ nasza do NATO i Unii oznacza z kolei, ¿e mo¿liwo¶ci psucia pañstwa nie s± bezgraniczne, nie mo¿emy pozwalaæ sobie na szaleñstwa typu liberum veto.

Zwykle bywa tak, ¿e przez pierwsze sto dni daje siê nowemu rz±dowi kredyt zaufania, tym razem rozpoczê³y siê od razu ataki w postaci bardzo napastliwych artyku³ów. Mam wobec nich uczucia mieszane. Jak d³ugo pani Merkel walczy³a o w³adzê w Niemczech, wiêkszo¶æ narodu by³a do¶æ sceptyczna wobec pomys³u niewiasty jako kanclerzycy, a teraz jej notowania bardzo siê poprawi³y. Nie twierdzê, ¿e ¿yczy³bym sobie, by notowania Lecha Kaczyñskiego albo obu Kaczyñskich gwa³townie wzros³y, ale szalenie nam w Polsce potrzeba jakiej¶ stabilizacji!

Nie mo¿na traktowaæ powa¿nie postêpków dziecinnych; nowy prezydent mówi±c o rozmaitych krajach, Rosjê wymieni³ na samym koñcu. Nie spodziewa³ siê chyba, ¿e Putin pope³ni po jego przemówieniu samobójstwo z rozpaczy. Osobna sprawa to energetyczne podstawy naszej niezawis³o¶ci. W sporze miêdzy Rosj± a Ukrain± nast±pi³o tylko zawieszenie broni, które oczywi¶cie daje czas na rozwa¿enie, co dalej, ale problemu nie rozwi±zuje.

Uczeni stwierdzili, ¿e w Afryce Pó³nocnej powsta³ oko³o miliarda lat temu naturalny reaktor atomowy i dzia³a³ przez miliony lat. Wytworzy³o siê oczywi¶cie powa¿ne kwantum energii i promieniowania, ale popio³y radioaktywne wcale nie zaszkodzi³y tamtejszemu ¶rodowisku. Nie obawiajmy siê energii atomowej, to powinien byæ jeden z naszych priorytetów, je¶li nie chcemy, by Putin znów nas z³apa³ za gard³o. To wa¿niejsze ni¿ przej¶ciowe zagro¿enia typu grypy kur czy innych kaczek.

Martwi mnie sytuacja, w której Europa Zachodnia usi³uje potraktowaæ powa¿ny zatarg gazowo-energetyczny miêdzy Rosj± a Ukrain± jako burzê, która szaleje gdzie¶ daleko. Rz±d niemiecki o¶wiadczy³, ¿e nie chce byæ w tej sprawie rozjemc± – ale przecie¿ znaczny procent ich energetyki opiera siê na rosyjskich dostawach! A ¿eby nasze szczê¶cie by³o wiêksze, prezydentem Stanów Zjednoczonych jest cz³owiek wyj±tkowo g³upi. Przepraszam, ¿e wci±¿ to powtarzam, ale prezydenturê Busha uwa¿am za straszny k³opot.

Naród nasz wydaje siê bole¶nie zniechêcony do polityki i politykierstwa, a ci, co pr± do w³adzy, usi³uj± ten brak aprobaty czy obojêtno¶æ traktowaæ jako legitymacjê. Pierwszych piêtna¶cie lat wolno¶ci uwa¿am za zupe³nie przyzwoite i zgadzam siê z pani± Hennelow±, która polemizuj±c z biskupem Frankowskim, broni dokonañ tego czasu i pow±tpiewa, czy rzeczywi¶cie ojciec Rydzyk jest jedynym naszym zbawieniem. To zdaje siê S³onimski nazwa³ Polskê przedmurzem obrotowym, teraz "Tygodnik" sta³ siê takim przedmurzem. Przedtem by³ opozycj± wobec Peerelu i czerwonych, dzi¶ musi broniæ zdrowego rozs±dku.

Jak mówi znana anegdota: czy bêdzie dobrze? Ju¿ by³o. Gdybym mia³ dwadzie¶cia lat, powiedzia³bym: ech, za piêæ-sze¶æ lat bêdzie lepiej. Kiedy siê ma osiemdziesi±t piêæ lat, trudno tak mówiæ. Nieraz sobie my¶la³em, ¿e zarówno mój te¶æ, jak i ojciec pomarli w najfatalniejszym czasie, za stalinizmu, bez nadziei na zmianê. Okres taki jak na przyk³ad Pa¼dziernik, kiedy przed Polsk± otwiera³y siê jakie¶, choæ niewyra¼ne perspektywy, to znacznie lepszy czas do umierania.

Niektórzy pisz±cy do mnie uwa¿aj±, ¿e nie tylko potrafiê powiedzieæ co¶ roztropnego, ale ¿e zdo³am ustawiæ zwrotnicê w taki sposób, by siê nasze losy potoczy³y lepiej. Oczywi¶cie na nic takiego mnie nie staæ, ale metafora nie jest g³upia. Polityka przypomina trochê kolejowy rozk³ad jazdy: jej domen± jest to, co mo¿e zostaæ po³±czone, zsynchronizowane i zorganizowane, ale ju¿ pojemno¶æ i zawarto¶æ poci±gów towarowych czy osobowych pozostaje poza gesti± polityków. Krótko mówi±c: przekonanie o wszechmocy w³adców jest iluzj±, teraz znacznie wiêksz± ani¿eli w czasach rzymskich, kiedy rz±dzi³o dwóch konsulów, trochê jak u nas dzisiaj, choæ nasza konstytucja takiej podwójno¶ci nie przewiduje.

Tygodnik Powszechny

--
C
U
S
2006-04-05 09:03
Temat postu: Re: Lem w drodze na Marsa
ciachu


forum admin
postw: 823

Tygodnik Powszechny
Lektury ¶wi±teczne
Stanis³aw Lem

W Bo¿e Narodzenie obchodzono pierwsz± rocznicê tsunami. Obejrza³em wstrz±saj±cy dokument, pozlepiany z fragmentów amatorskich filmów wideo. Przy wspania³ym s³oñcu i bezchmurnym niebie na brzegu morza k³êbi± siê t³umy ludzi ró¿nych ras, nagle na horyzoncie pojawia siê bia³a linia, która z szybko¶ci± odrzutowca zbli¿a siê do brzegu. Wszyscy patrz± z zainteresowaniem, nie wiedz±c, ¿e chodzi o mordercz± falê wywo³an± podziemnym wstrz±sem... Kiedy wtargnê³a na l±d, na ucieczkê by³o ju¿ za pó¼no.

W tym samym czasie czyta³em znów Jaros³awa Marka Rymkiewicza "Umschlagplatz", ksi±¿kê, któr± mam od dawna, ale gdzie¶ siê zapodzia³a i w ¦wiêta wyp³ynê³a niespodzianie. To historia ponad 300 tysiêcy ¯ydów, którzy wys³ani zostali z warszawskiego Umschlagplatzu do gazu. Ca³a ksi±¿ka zbudowana jest na nadzwyczaj dociekliwej, czê¶ciowo wyobra¿onej rekonstrukcji ostatnich chwil ofiar i scenerii, w której to wszystko siê dzia³o. W Indonezji, Tajlandii i na Cejlonie æwieræ miliona ludzi zginê³o w jednym momencie od skurczu skorupy ziemskiej; natura pokaza³a, do czego jest zdolna. Mord na ¯ydach by³ natomiast dzie³em czysto ludzkim, wynikaj±cym z intencji pañstwa niemieckiego.

Niemcy obchodz± teraz 60. rocznicê wypêdzeñ. Jako wypêdzony ze Lwowa rozumiem, co to znaczy. Kiedy jednak mówi siê wy³±cznie o Niemcach wygnanych decyzj± aliantów z Czechos³owacji i Polski, rodzi siê we mnie my¶l, ¿e ¯ydzi wywo¿eni przez warszawski Umschlagplatz na ¶mieræ chêtnie zgodziliby siê na to, ¿eby ich dok±d¶ wypêdzono, pozwalaj±c prze¿yæ. Nie dano im jednak takiej szansy, nie ma prawie ¶wiadków tej zbrodni, s³ychaæ za to dono¶ny g³os prezydenta Iranu, który o¶wiadcza, ¿e Holokaust jest fikcj± wymy¶lon± przez ¯ydów i Amerykanów.

Czai siê tu zarzewie konfliktu, który mo¿e byæ zap³onem kolejnej wojny ¶wiatowej. Benjamin Netanjahu, konkurent izraelskiego premiera Szarona w wy¶cigu do w³adzy, o¶wiadczy³, ¿e gotów jest zbombardowaæ irañskie o¶rodki atomowe, na co Iran szybko zakontraktowa³ w Rosji rakiety krótkiego i ¶redniego zasiêgu. W "National Geographic" znalaz³em tablicê statystyczn±, która pokazuje, ile milionów ludzi zginê³o w minionych dziesiêcioleciach. To liczby niewyobra¿alne - nigdy jeszcze ludzie nie zabili tylu innych ludzi. Pewnej dziennikarce z Berlina powiedzia³em kiedy¶, ¿e jeste¶my ras± drapie¿ców. Zastanawia³em siê potem, czy nie przesadzam - dzi¶ jestem pewien, ¿e nie!

Czyta³em orêdzie prezydenta Kaczyñskiego i odnios³em wra¿enie, ¿e w³a¶ciwie nic tam nie ma. Poniewa¿ premierowi uda³o siê tymczasem zdobyæ dla Polski sporo unijnych pieniêdzy, pomy¶la³em, ¿e gdybym to ja pisa³ tekst przemówienia inauguruj±cego prezydenturê, powiedzia³bym najpierw tak: 10 procent z tych brukselskich miliardów nale¿y przeznaczyæ na naukê. Je¿eli kto¶ upiera siê przy pomy¶le budowy IV Rzeczypospolitej, powinien zacz±æ od nauki, i to w najszerszym rozumieniu, bo jak dot±d najlepszy materia³ ludzki wyp³ukiwany jest za granicê. To oczywi¶cie nie jest program na jedn± kadencjê, ale trzeba go wreszcie stworzyæ!

Temat drugi to skandaliczny stan naszej infrastruktury, zw³aszcza komunikacyjnej. Powinni¶my mieæ autostrady przynajmniej takie jak S³owacy, bo o Niemcach nie ma co wspominaæ. Nowy prezydent powinien te¿ obiecaæ, ¿e do ¿ycia ekonomicznego bêdzie siê wtr±ca³ jak najmniej. Nie jestem entuzjast± koncepcji niewidzialnej rêki rynku, jednak lepsze to od wybiórczych interwencji, których skutki rozmijaj± siê z zamierzeniami. Prezydent wspomnia³ o dywersyfikacji naszej energetyki, wola³bym jednak poznaæ szczegó³y. Najwiêksze zagro¿enia, choæ nie militarne, czekaj± nas niestety wci±¿ ze wschodu, poniewa¿ Putin zdecydowa³ siê usztywniaæ swoje stanowisko, zw³aszcza po tym, kiedy uda³o mu siê zrobiæ ze Schrödera wiernego i powolnego s³ugê.

Wrócê jeszcze do moich lektur ¶wi±tecznych: znalaz³ siê w¶ród nich trzeci tom historii powojennej filozofii w Polsce, gdzie jest te¿ hymn na moj± cze¶æ jako filozofa. Sporo miejsca po¶wiêcono Narcyzowi £ubnickiemu, którego z przyjemno¶ci± czyta³em po wojnie; to by³ autor bardzo antymarksistowski i mia³ z tego powodu du¿e przykro¶ci. Nasza filozofia w odga³êzieniu analitycznym w latach 50. w³a¶ciwie przesta³a istnieæ, bo marksizm wszystko przyt³umi³, poza nim mog³o siê rozwijaæ tylko to, co by³o pod ochron± Ko¶cio³a.

Pod choinkê po³o¿ono mi trzy historie kryminalne z dawnego Wroc³awia, czyli Breslau, autorstwa Marka Krajewskiego. Podziwia³em w nich nie tyle fabularne powik³ania, ile fakt, ¿e autor, urodzony w latach 60., potrafi³ tak wej¶æ w materiê przesz³o¶ci. Wykona³ robotê paleontologa, który rekonstruuje pradawne stworzenia na podstawie szcz±tków odnalezionych w pok³adach geologicznych, i odtworzy³ zupe³nie nam obcy pejza¿ niemieckiego Wroc³awia z lat 30.

Po lekturze "Umschlagplatzu" powróci³em do encyklopedii le¶mianowskiej Rymkiewicza i ponownie siê zdumia³em, ¿e tak niewiele wiadomo¶ci mamy o poecie tak wielkim. Sam jestem admiratorem jego dzie³a i zgadzam siê z Rymkiewiczem, ¿e czas go nie skruszy, choæ Zawodziñski ods±dza³ poezjê Le¶miana od czci i wiary, a demonstracje Tuwima, który przed Le¶mianem klêka³ i ca³owa³ go po rêkach, wydawa³y mi siê fa³szem podszyte.

W obfitej poczcie ¶wi±tecznej znalaz³em list ze Szczecina; autor pisze, ¿e wprawdzie bardzo mu mi³o, dziêkuje, ¿yczy i w ogóle, wola³by jednak, by moje felietony by³y mniej ponure. Ale ja po prostu skupiam siê na tym, o czym siê dowiadujê z telewizji, z "Heralda", z "New Scientist". Bardzo chcia³bym obwie¶ciæ: oto jest jaka¶ nadzieja, jak mówi± Niemcy - ein Silberstreifen am Horizont - nic mi jednak nie przychodzi do g³owy.

Wiem na przyk³ad, ¿e w obszarach podmorskich i podoceanicznych stosunkowo p³ytko le¿± nieprzebrane zasoby hydratów metanu, ale nie mo¿na ich eksploatowaæ, poniewa¿ kiedy siê je wydobywa spod wielusetmetrowych warstw wody, natychmiast ulatniaj± siê do atmosfery. Gdyby kto¶ - niechby i w Polsce - wymy¶li³ sposób ich spo¿ytkowania, zarobi³by na Nobla i wszystkich by uszczê¶liwi³. To najszczersza utopia - ale takie w³a¶nie utopijne pomys³y przychodz± mi na my¶l jako jedyna kotwica, jak± chêtnie bym zarzuci³, by uzyskaæ bardziej optymistyczn± perspektywê. A na razie jedyna pociecha, ¿e Niemcy przys³ali mi trochê marcepanu dietetycznego dla diabetyków...

Tygodnik Powszechny

--
C
U
S
2006-04-05 10:00
Temat postu: Przysz³o¶æ jest otwarta
ciachu


forum admin
postw: 823

Przysz³o¶æ jest otwarta
Ze Stanis³awem Lemem rozmawia Tomasz Fia³kowski

TOMASZ FIA£KOWSKI: - Wróæmy w tej jubileuszowej rozmowie do minionego wieku, którego, co tu kryæ, jest Pan jednym ze ¶wiadków. Jaki jest wedle Pana jego ostateczny bilans?

STANIS£AW LEM: - Wprost na takie pytanie odpowiedzieæ siê nie da. Historia rozwoju cywilizacji ludzkiej, której podglebiem jest kultura, to bieg, którego toru nikt z góry nie wyznacza³, dalekosiê¿nych celów mu nie ustanawia³. I chocia¿ poczciwi i szlachetni utopi¶ci uwa¿ali, ¿e nale¿a³oby wymy¶liæ jaki¶ prometeuszowy cel, ku któremu ludzko¶æ by zd±¿a³a, to w rzeczywisto¶ci tak zwany rozwój napêdza³y zupe³nie inne si³y. We¼my wspó³czynnik miêdzyludzkiego okrucieñstwa: by³ on niestety sta³± naszej cywilizacji, zmienia³ tylko oprzyrz±dowanie w zale¿no¶ci od dostêpnych w danym czasie technologii. W imperium rzymskim podzia³y na wolnych i niewolników, na pochodnie Nerona i przypatruj±cych siê tym pochodniom by³y jak gdyby straszliwsze ni¿ dzisiaj, a przy tym uznawano je za nieuchronne. Uwa¿ano, ¿e tak jak s³oñce ¶wieci, podobnie musi istnieæ niewolnictwo.
Przyspieszenie rozwoju rozpoczê³o siê mniej wiêcej wtedy, kiedy przesta³y ju¿ pracowaæ francuskie gilotyny; jak wiadomo, rozmaite wielkie umys³y da³y g³owy pod ostrze wynalazku doktora Guillotin. Pod koniec XVIII i z pocz±tkiem XIX wieku, kiedy powsta³a koncepcja zast±pienia miê¶ni zwierz±t i ludzi "miê¶niami" pobieranymi z energii pozaludzkiej, rozpoczê³a siê epoka pary. Co prawda jeszcze Heron w Aleksandrii wymy¶li³ maleñk± turbinkê, która siê krêci³a, ale to by³ w³a¶ciwie ¿art.
- Czym t³umaczyæ, ¿e ko³o zamachowe postêpu technologicznego ruszy³o z takim impetem akurat w cywilizacji europejskiej?
- Czy kto¶ jest wierz±cy czy nie, byle by³ obiektywny, wie, ¿e placet da³a w gruncie rzeczy doktryna chrze¶cijañska w oparciu o biblijny nakaz: Czyñcie sobie ziemiê poddan±. Gdzie indziej mury tabuizacji by³y silniejsze i postêp technologiczny ju¿ rozpoczêty, utyka³ - na przyk³ad w Chinach. W Europie natomiast nabra³ wielkiego rozpêdu. Powiedzia³bym paradoksalnie, a mo¿e i nie paradoksalnie, ¿e zbyt wielkiego: element wynalazczo-odkrywczy, jednostkowy, mo¿e przysporzyæ pêdu wielkim mocom, które wyzwoli³, ale nie mo¿e ich ju¿ ani zahamowaæ, ani nawet nimi kierowaæ. Ta olbrzymia rzeka zaczê³a z wolna s³u¿yæ coraz bardziej albo po prostu polityce, albo antagonizmom miêdzykulturowym, miêdzyludzkim, miêdzypañstwowym.
- Wiek XX rozpocz±³ siê eksplozj± takich antagonizmów - pierwsz± ¶wiatow± wojn±.
- Wojn±, która wcale nie musia³a wybuchn±æ, straty natomiast przynios³a straszliwe i, prawdê powiedziawszy, ani pañstwa centralne, ani alianci nic z niej nie wynie¶li prócz ogromnej ilo¶ci trupów. Potem zderzy³y siê dwie utopie: jedna faszystowsko-brunatna, nie kryj±ca swych morderczych zapêdów, i druga komunistyczna, która na sztandarach mia³a powypisywane ró¿ne piêkne i szlachetne cele. Efektem tego zderzenia by³a w pewnym sensie II wojna ¶wiatowa, która przynios³a, jak mówi±, oko³o 70 milionów ofiar, zag³adê ¯ydów i Cyganów, a tak¿e pomys³, wedle którego S³owianie s± ras± podludzi.
- Modne s± teraz historie alternatywne. Skoro oba totalitaryzmy dwudziestowieczne zrodzi³y siê jako konsekwencja I wojny ¶wiatowej, a ta nie mia³a przyczyn, by tak rzec, obiektywnych, co by siê staæ mog³o, gdyby I wojny nie by³o? Mo¿e ludzko¶æ uniknê³aby faszyzmu i komunizmu?
- Jak siê zaczniemy z takimi hipotezami cofaæ wstecz, to nie wiadomo, gdzie siê zatrzymaæ. Czy przy wojnie trzydziestoletniej? A mo¿e stuletniej? Mówi±c jednak serio: nie odpowiem na to pytanie, dam natomiast inny przyk³ad. Gdyby Hitler nie by³ antysemit± i gdyby wszyscy zdolniejsi fizycy z Niemiec i Wêgier nie skupili siê wraz z Einsteinem jako uciekinierzy w Stanach Zjednoczonych, i gdyby Einstein nie napisa³ listu do Roosevelta, Hitler móg³by zwyciê¿yæ Rosjê Sowieck± i nigdy by¶my nie wyle¼li z niemieckiej niewoli. A¿ strach to mówiæ.
- To przyk³ad, jak niebezpieczne jest takie gdybanie.
- Historia to rodzaj walca drogowego, nie interesuj± jej losy mrówek. Jest rzecz± wiadom±, ¿e gdyby Japonia podda³a siê wcze¶niej ni¿ Niemcy, to bomby atomowe mog³y spa¶æ na Hamburg czy Berlin i oberwaliby¶my bardziej ni¿ przy Czarnobylu. Nie kijem go, to pa³k±. Istnieje taka powie¶æ S³onimskiego "Torpeda czasu", pisa³em do niej kiedy¶ wstêp. Nie jest to ksi±¿ka zbyt dobra, ale zawiera ciekawy pomys³: oto anulowano szereg przykrych wydarzeñ z przesz³o¶ci, ale na odnowionej i odmienionej ¶cie¿ce historii pojawiaj± siê wydarzenia inne, równie jak tamte nieprzyjemne. Próby naprawienia przesz³o¶ci nie da³yby dobrych rezultatów. I tym siê zreszt± w mojej twórczo¶ci zajmowa³em, wykazuj±c, ¿e nic siê nie da zrobiæ.
- Czy fakt, ¿e w XX wieku przezwyciê¿ono jednak oba totalitaryzmy, nie daje nadziei na przysz³o¶æ? I czy nie jest to rodzaj szczepionki?
- Nie wiem, czy skutecznej; pojawiaj± siê przecie¿ odrostki tamtych idei. W spotêgowanej ilo¶ciowo ludzkiej cywilizacji panuje bardzo silna tendencja amnestyczna. Obejmuje ona zreszt± wszystkie dziedziny. Czyta³em niedawno, ¿e uczniowie nie wiedz±, kim byli Rej albo ¯eromski. W moim przedwojennym gimnazjum to by³o niemo¿liwe, nawet najwiêkszy têpak musia³ wiedzieæ takie rzeczy. Zapuszczone g³êboko korzenie kultury narodowej s± jednak jakim¶ spoiwem, bez którego pojêcie narodu przestaje mieæ znaczenie, tyle ¿e wszyscy mówimy tym samym jêzykiem.
- Czy spoiwem spo³eczno¶ci nie sta³ siê dzi¶ po prostu jêzyk telewizji i zespó³ obrazów, którego nam dostarcza?
- Pewnie tak - ale to przecie¿ jest zmielona papka. Nie mogê niestety powo³aæ siê na ¼ród³o, bo wiadomo¶æ znam z drugiej rêki; w "Forum" bodaj cytowano wypowied¼ Papie¿a, ¿e reality show jest naruszeniem godno¶ci ludzkiej. Najbardziej prywatna sfera miêdzyludzkich stosunków ulega komercjalizacji i zostaje sprzedana na rynku. To jest daleka analogia do stambulskiego rynku niewolnic.
- Pawe³ ¦piewak wskaza³ na jeszcze jedn± cechê reality show: widzi w tych programach zmianê jako¶ciow±, po raz pierwszy bowiem kultura masowa nie odwo³uje siê tutaj do kultury wysokiej, nie ¿ywi jej wzorami, choæby i najbardziej przekszta³conymi i strywializowanymi.
- Rzeczywi¶cie, jest to triumf prymitywizmu. I Polska oczywi¶cie nie jest wyj±tkiem. We Francji, jak czyta³em, Wielki Brat nazywa siê loft story; pewna modelka, która w programie wziê³a udzia³ i nawet nie zajê³a pierwszego miejsca, ale szczególnie siê spodoba³a, prze¿ywa ciê¿kie chwile. Podobno jej domek na Riwierze bezustannie naje¿d¿any jest przez t³umy, które chc± j± zobaczyæ. Wielbiciele biwakuj± dooko³a i policja musi roz³adowywaæ straszliwe zatory aut. Kiedy stwierdzi³em w "Tygodniku", ¿e w Stanach Zjednoczonych nie ma na szczê¶cie Wielkiego Brata, jeden z czytelników napisa³ mi, ¿e siê mylê. Ogl±da³ bowiem niedawno program, którego uczestnikom, oczywi¶cie wolontariuszom, dano do rêki ³opaty, by wykopali sobie groby i w nich siê po³o¿yli, a potem wpuszczono tam szczury, podobno ca³kiem niegro¼ne. Dlaczego ludzie decyduj± siê na podobny krok? Chyba po to, ¿eby siê wyró¿niæ, ¿eby straciæ anonimowo¶æ. Pisano o lonely crowd, samotnym t³umie; oni na mgnienie, na chwilê przestaj± byæ samotni. Wszystko to jest osobi¶cie dla mnie zasmucaj±ce.
- A czy to siê nie wi±¿e z globalizacj± informacji? Mo¿e masowa chêæ uczestnictwa w takich programach zosta³a ludziom wmówiona przez telewizyjnych producentów?
- To siê, jak s±dzê, zaczê³o od zwyk³ego podgl±dactwa, które dawniej, kiedy profesor Eugeniusz Brzezicki uczy³ mnie psychiatrii, uchodzi³o za objaw patologiczny. Teraz siê okaza³o, ¿e widownia chce tego i ¿e to lubi. Rzecz nale¿y moim zdaniem do gatunku zbiorowych manii, które od czasu do czasu ludzko¶æ zara¿aj±.
- Ale si³a przeka¼nika, jakim jest telewizja czy internet, powoduje, ¿e podobne manie szerz± siê nieporównanie szybciej ni¿ kiedykolwiek. ¯eby w ¶redniowieczu jaka¶ zbiorowa psychoza w rodzaju biczowników rozesz³a siê po Europie, musia³y min±æ miesi±ce, a nawet lata.
- Bo to jest czarna strona, rewers technologii. Jak d³ugo jedynym masowym przeka¼nikiem by³o radio, trudno sobie by³o wyobraziæ istnienie reality show: s³uchacz musia³by z wysi³kiem rozró¿niaæ poszczególne postacie po g³osach. A tu wszystko widaæ. My¶leæ przy tym nie trzeba wcale, co jest bardzo mi³e. Wystarczy ogl±daæ. A obraz ma wielk± si³ê.
Podczas okupacji by³em raz i drugi na niemieckim filmie, chocia¿ tego robiæ nie nale¿a³o. Pamiêtam obraz, który zrobi³ na mnie wielkie wra¿enie, choæ nie pamiêtam autora ani tytu³u; dotyczy³ chyba pocz±tków d¿umy, ale nie by³y one dos³ownie ukazane, tylko poprzez wizjê jakich¶ zbiorowych automatyzmów. Troszeczkê oswojone okropieñstwa bardzo ludziom smakuj±: duchy i tak dalej. Czy to atawizm, który apeluje do naszej kanibalistycznej przesz³o¶ci? Nie wiem i nie o¶mielê siê twierdziæ, ¿e posiadam na to dowody.
Istotne jest to, do czego zmierzamy. Sfera detabuizacji fatalnie siê powiêksza.
- Mo¿e nast±pi efekt wahad³a i obudzimy siê za kilka lat w nowej epoce wiktoriañskiej? Swoboda obyczajowa w wieku XVIII by³a znacznie wiêksza ni¿ w stuleciu nastêpnym.
- To zale¿y, w jakich klasach. Istotnie, okolem straszliwych i makabrycznych wymys³ów markiza de Sade by³o rozpasanie i rozwi±z³o¶æ spo³eczna. Odnosi³o siê to jednak do warstw wy¿szych; lud siedzia³ cicho i nie mia³ nic do gadania, tylko wielmo¿e pozwalali sobie na bardzo wiele. A teraz mamy - to jest jednak trafne okre¶lenie zawarte w tytule powie¶ci, nieudanej zreszt±, Andrzejewskiego - miazgê. Wszyscy tworzymy rodzaj kaszy, ale ka¿de ziarenko tej kaszy chcia³oby byæ specjalnym ziarenkiem. A kiedy ziarenko takie nie ma obiektywnych danych ani uzdolnieñ, choæby do fikania kozio³ków, zg³asza siê do telewizji. To zreszt± stan przej¶ciowy. S±dzê, ¿e jeste¶my w sta³ym ruchu: mody pojawiaj± siê i przemijaj±, ob¿eranie siê zakazanymi owocami jest, jak to powiedzia³ ¶wiêtej pamiêci Andrzej Kijowski, ulubionym zajêciem ludzko¶ci, ale zmienia siê rodzaj owocu.
Doda³bym tutaj rozszerzanie siê sfery sztuki na obszary, które dawniej sztuk± nie by³y. Christo pakuj±cy w foliê mosty i katedry jeszcze kilkadziesi±t lat wcze¶niej by³by ¶wietnym kandydatem do Jana Bo¿ego albo Kobierzyna (my¶lê o szpitalach psychiatrycznych). Dzi¶ ju¿ i Christo jest w ariergardzie. Podczas Wiener Kunstausstellung pokazywano maszynê - nazywa siê po prostu kloaka - w której paszczê wrzucone rozmaite artyku³y ¿ywno¶ciowe i enzymy wytwarzaj± na koñcu ka³. Skoro to jest dzie³o sztuki... Przekroczyæ tê barierê bêdzie trudno. Doszli¶my do jakiej¶ ¶ciany i teraz próbujemy zrobiæ w niej dziurê.
- Ale czy to znaczy, ¿e kultura wysoka, czy te¿ po prostu kultura rozumiana tradycyjnie, bêdzie siê dalej cofaæ?
- Wychodzi na to, ¿e ona bêdzie mia³a tendencje do bycia spychan± do katakumb. Czytam teraz - bo bardzo lubiê - Puszkina. Wybór z Puszkina kosztowa³ w Zwi±zku Sowieckim grosze i mia³ 250 tysiêcy nak³adu. Gdzie¿ teraz takie nak³ady? A je¶li chodzi o zasiêg: jak to napisa³ Norwid? "Syn minie pismo, lecz ty wspomnisz, wnuku". Teraz wnuk zmienia siê w prawnuka, który znowu nie wie nic o Norwidzie.
- Wróæmy do bilansu zesz³ego wieku. Zwykle jedne nauki znajdowa³y siê w awangardzie, inne postêpowa³y nieco z ty³u; w I po³owie XX wieku na czele nauk kroczy³a fizyka. Jak jest teraz?
- Si³y napêdowe s± dwusk³adnikowe. Z jednej strony mamy oczywi¶cie to, co jest mo¿liwe do odkrycia i prze³o¿one na dzia³ania, a z drugiej - wielkie inwestycje kapita³owe, czyli ¶lepa komercjalizacja, pogoñ za zyskiem. Wielkie pieni±dze i wielkie moce produkcyjne ruszaj± tam, gdzie kapita³y mo¿na pomno¿yæ.
Pisa³em w "Summie", ¿e jeste¶my ostatnim reliktem natury w sztucznie wytworzonym ¶rodowisku ziemskim; inwazja technologii w cz³owieka zdawa³a mi siê nieuchronna. Nie by³o tak, ¿e kto¶ z³o¶liwie i jednostkowo to zaplanowa³. Napisa³em: "Nale¿y dogoniæ i przegoniæ sprawno¶ci wytwórcze i demiurgiczne natury", do tego siê przyznajê; nie spodziewa³em siê, ¿e to przybierze tak trywialny i zniewa¿aj±cy godno¶æ ludzk± charakter.
Odkrywcy pocz±tku wieku, jak madame Curie z mê¿em, Heisenberg, Einstein, przewa¿nie nie zdawali sobie sprawy z tego, jakie moce wyzwalaj±. Wszyscy byli jak uczeñ czarnoksiê¿nika ze s³ynnej ballady Goethego albo bohater wschodniej ba¶ni, który nie mo¿e w ¿aden sposób wsadziæ demona z powrotem do butelki i zakorkowaæ. Odkryæ nie mo¿na zakrywaæ, a to, co ludzie potem z tymi odkryciami robi±, wymyka siê ca³kowicie spod w³adzy odkrywców.
Wielcy ojcowie nowo¿ytnej nauki: Newton, Darwin i tak dalej, podobnie jak wielcy Ojcowie Ko¶cio³a dzia³ali w pojedynkê. Dzisiaj odbywa siê to wszystko w straszliwie rozmno¿onych zespo³ach. Czytaj±c amerykañskie pisma naukowe pod ka¿d± relacj± z nowych badañ znajdujê dziesi±tki nazwisk z ca³ego ¶wiata. To umiêdzynarodowienie po³±czone z naciskiem amerykanizacji te¿ jest charakterystyczne. Je¶li chcesz, bêd±c Czechem, Polakiem czy Rumunem, wzi±æ udzia³ w wa¿nych badaniach, musisz siê nauczyæ angielskiego i pracowaæ w Stanach Zjednoczonych.
Od technologii XIX-wiecznej, kiedy praktyka wynalazcza edisonowskiego typu bra³a na hol cywilizacjê i tworzy³a ¿arówki, koleje parowe, pierwsze samochody i tak dalej, znale¼li¶my siê u schy³ku XX wieku na przedpro¿u ery informatycznej i globalizacji. Oznacza to po pierwsze nies³ychan± szybko¶æ przekazu wszelkiej informacji z jednego punktu globu na drugi, a po drugie znaczne poszerzenie zakresu tego przekazu. Nie chodzi o pozdrowienia od cioci dla siostrzeñca, ale o olbrzymie kwoty finansowe. Z punktu widzenia koncepcji tak zwanej Europy ojczyzn stanowi to zagro¿enie, znosi bowiem wszelkie granice; olbrzymie korporacje, zw³aszcza amerykañskie, wcale siê o to nie troszcz±. Jeden przyk³ad: zaledwie prezydent Bush og³osi³ swoj± decyzjê w sprawie ograniczenia badañ nad embrionami, a ju¿ amerykañskie korporacje zajmuj±ce siê biotechnologi±, jak na przyk³ad Geron - to s± miliardy wdro¿onych w badania dolarów - zdecydowa³y siê na przeniesienie na grunt bardziej przyjazny, do Wielkiej Brytanii, która u¿ytkowania blastomerów do badañ nie zabrania. Nie mówiê oczywi¶cie o wariatach jak ten W³och Antinori, który zapowiedzia³, ¿e ju¿-ju¿ bêdzie klonowaæ cz³owieka. Lekarz, który chce klonowaæ ludzi, ma tyle rozumu, co ch³opak, który przy pomocy szelek i kawa³ka starego sznura skaka³ z mostu i rozbi³ sobie g³owê.
Informatyka jest jednym z rozga³êzieñ drzewa ewolucji i rewolucji technologicznej, któr± ja bym nazwa³ w ca³ej bezwzglêdno¶ci spojrzenia - wykraczaj±cego oczywi¶cie poza mój osobisty horyzont biologiczny - drog± do piekielnego raju albo, jak kto woli, rajskiego piek³a.
- Które z XX-wiecznych odkryæ by³y dla Pana najbardziej fundamentalne?
- Niestety najwa¿niejsze odkrycia i wynalazki stanowi³y równocze¶nie zaprzêg s³u¿±cy wzmo¿eniu mocy militarnych. Najpierw alianci wspó³zawodniczyli z Hitlerem, potem Wschód z Zachodem. L±dowanie na Ksiê¿ycu, penetracja przestrzeni kosmicznej - wszystko to s± uboczne czy, jak to siê teraz uczenie mówi, kollateralne skutki wy¶cigu zbrojeñ. Kiedy polecia³ w Kosmos czerwony Sputnik, prezydent Kennedy powiedzia³: Nie damy siê zapêdziæ w kozi róg, wyl±dujemy na Ksiê¿ycu - i za 25 miliardów dolarów wyl±dowali. Tego procesu powtórzyæ siê nie da. I co¶ jest niestety w stwierdzeniu Marksa, ¿e dramaty historii powtarzaj± siê jako farsa. Dlatego uczeni amerykañscy mówi±, ¿e tarcza antyrakietowa Busha trochê jest humbugiem, a trochê pomys³em humorystycznym - nie intencjonalnie oczywi¶cie.
Wyzwolenie energii atomowej to w³a¶nie taki demon, którego nie mo¿na ju¿ z powrotem zakorkowaæ w butli. Rozszyfrowanie genomu uwalnia niestety innego demona, tak¿e nie daj±cego siê ju¿ uniewa¿niæ. Wzbudzone zosta³y przy tym nadzieje, w du¿ej mierze zreszt± wcale nie przez uczonych, raczej przez popularyzatorów z Bo¿ej ³aski, którzy na ³amach gazet obiecuj± zbawienne terapeutyczne skutki biogenetycznych prób. To w³a¶nie owa droga piekielna do raju: bêdziemy wiêksi, silniejsi, m±drzejsi i w ogóle wspanialsi. Co znaczy - bêdziemy? Przecie¿ nie my, w najlepszym razie nasze prawnuki, bo chodzi o oddzia³ywanie na materiê dziedziczn±, je¿eli w ogóle ca³y eksperyment siê uda.
¯ycie ludzkie trwa w skali wszech¶wiatowej nies³ychanie krótko, zaledwie okamgnienie, jak pozwoli³em sobie nazwaæ moj± przedostatni± ksi±¿kê. A z drugiej strony za mojego ¿ycia minê³o kilka epok. By³em ch³opcem o¶mioletnim, kiedy do naszego mieszkania lwowskiego wniesiono olbrzymi± skrzyniê marki Ericsson, z posrebrzanymi lampami katodowymi i jakimi¶ kondensatorami, by³y tam te¿ dwa olbrzymie akumulatory, jeden dawa³ wysokie napiêcie, a drugi napiêcie ¿arzenia. Wci±¿ widzê, jak wujek z moim ojcem nad tym radiem siê pochylaj± - g³o¶nik sta³ zupe³nie osobno, wygl±da³ trochê jak taki dziwny aba¿ur, by³a te¿ antena rozpiêta na krzy¿aku. Jako pierwsz± z³apali lwowsk± radiostacjê, i jaki¶ pan grobowym g³osem odczytywa³ opowiadanie Conrada "Gospoda pod Dwiema Wied¼mami" - do dzi¶ zapamiêta³em ten g³os. Czasem z g³o¶nika wydobywa³y siê straszliwe jêki i wycia: ojciec by³ wtedy bardzo dumny, bo to znaczy³o, ¿e z³apa³ Koenigs-wusterhausen, najsilniejsz± wówczas radiostacjê. To by³y pocz±tki radia lampowego, jego poprzednikiem by³ detektor na kryszta³ek, s³ucha³o siê wy³±cznie przez s³uchawki, nie mia³ on ¿adnego zasilania w³asnego i funkcjonowa³ tylko dziêki temu, ¿e pobiera³ cz±stkê mocy nadajnika. Je¿eli ja to pamiêtam, podobnie jak pierwszy model samochodu forda - jeden z ostatnich chyba egzemplarzy obs³ugiwa³em pó¼niej w gara¿ach niemieckiej firmy w roku 1942 - to widaæ, do jak olbrzymich zmian dosz³o na przestrzeni mojej jednostkowej biografii.
W historii niewiele by³o chyba okresów, w których przemijalno¶æ, zmienno¶æ, chwilowa przej¶ciowo¶æ tak by siê uwidacznia³a. My¶lê nie tylko o technologii, tak¿e o mentalno¶ci ludzkiej, o obyczajowo¶ci. Gdyby moja mama wysz³a na ulicê w spodniach, rzucano by w ni± kamieniami - a przecie¿ to by³y lata 30., zaledwie 70 lat temu. Przed nami otwarty przestwór. Ale ogólne trendy rozwojowe mnie przynajmniej martwi±. Sam znajdujê siê w koñcówce mojej osobistej kariery, wiêc to nie odnosi siê do moich losów.
Mia³em chyba trochê upiornej racji, pisz±c "Kongres futurologiczny". Przedstawiona tam wspania³a rzeczywisto¶æ stanowi cienk± b³onkê, za któr± ukrywa siê prawdziwy, ponury obraz ¶wiata. A u nas? ¯yjemy sobie jak dzieci, a¿ tu siê nagle ziemia pod nami otwiera: bud¿et siê rozlecia³. Mniej wiêcej jak 1 wrze¶nia 1939, kiedy zaskoczy³y nas wybuchy bomb niemieckich. Co to znaczy?
- Ani cienia wiêc optymizmu?
- Nie, dlaczego? Ca³kowitym nowum na terenie poznania - to siê nazywa kognitywistyka, a po staremu epistemologia - s± procesy symulacyjne. Wszystko mo¿na symulowaæ, a spotêgowanie eksponencjalne mocy obliczeniowej komputerów pozwala na coraz precyzyjniejsze symulowanie coraz bardziej zawik³anych sytuacji. Nie doro¶li¶my jeszcze do tego, ¿eby przewidywaæ na d³ug± metê przemiany klimatyczne albo sytuacjê gospodarcz± - to siê daje zrobiæ tylko w ogólnych zarysach - ale szanse s±, droga zosta³a wytyczona. Mo¿na wiêc powiedzieæ: przysz³o¶æ jest otwarta.
Znajdujemy siê zreszt± na powierzchni globu, który cienk± skorup± okrywa olbrzymie ogniste wnêtrze, i poruszamy siê w Kosmosie jak na statku. Wed³ug ostatnich obliczeñ S³oñce, które wesz³o na ci±g g³ówny Hertzsprunga-Russella mniej wiêcej piêæ miliardów lat temu, mia³o wtedy moc promienist± 30 procent mniejsz± ni¿ obecna. A za sto milionów lat moc ta wzro¶nie jeszcze o 10 procent, co spowoduje wyparowanie wszystkich oceanów i uczyni ¿ycie na Ziemi niemo¿liwym. Je¶li kto¶ uwa¿a, ¿e sto milionów lat to niedaleko - nie bêdzie siê radowaæ, mam jednak wra¿enie, ¿e spory odstêp czasu dzieli nas od tych smutnych wypadków.

--
C
U
S
2006-04-05 10:02
Temat postu: Bardzo powa¿na zabawa
ciachu


forum admin
postw: 823

Jan Józef Szczepañski

Bardzo powa¿na zabawa

Je¶li zwraca³ na siebie uwagê (o co siê zreszt± nigdy nie stara³), to przede wszystkim inno¶ci±. Niedu¿y, korpulentny, wspominaj±cy Lwów jako swoje w³a¶ciwe miejsce, przebywaj±cy w ¶wiecie wyobra¼ni i z nikim - z ¿adn± grup± ludzk±, z ¿adn± lokaln± tradycj± - nie zwi±zany na sta³e. My¶lê, ¿e w³a¶nie ta "inno¶æ" zbli¿y³a nas do siebie przed wielu laty. Bo ja te¿ wci±¿ jeszcze by³em obcy w Krakowie, z którym zwi±za³y mnie nieoczekiwanie losy wojny.
Z tamtych czasów pamiêtam Staszka Lema w przerobionym battledresie z paczki UNRRY, z ogromnym - i gro¼nie wygl±daj±cym - psem wilczurem, z którym wêdrowa³ po ulicach.
Poznali¶my siê w Kole M³odych ZLP przy ulicy Krupniczej, gdzie ja by³em wiecznym, jak siê zdawa³o, cz³onkiem-kandydatem (bo cenzura nie pozwala³a mi nic wydawaæ), a Staszek sposobi³ siê dopiero do kariery autora science fiction. Nasze widoki na przysz³o¶æ by³y raczej problematyczne. Staszek przynajmniej mia³ prawie ukoñczone studia medyczne, ja z moj± orientalistyk± nie mia³em co robiæ.
To by³a zima. Chodzili¶my na narty i czytali¶my nawzajem swoje literackie pierwociny - z rozmaitym skutkiem, ale zawsze przekonani, ¿e nie gro¿± nam grzeczno¶ciowe oceny. Nie nale¿a³em do amatorów science fiction, ale nieskrêpowana wyobra¼nia Staszka, jego poczucie humoru oraz zaskakuj±ca zdolno¶æ tworzenia nowych s³ów, zachwyca³y mnie od pocz±tku. Nawet w tej prawie na wpó³ bajkowej fabularyzacji mia³ Lem za sob± solidny fundament erudycji. Wiele czasu po¶wiêca³ studiowaniu pism i ksi±¿ek naukowych. Jeszcze wtedy nie by³ filozofem, ale ku temu najwyra¼niej zmierza³. Ludyczno¶æ jego literackich zapotrzebowañ coraz wyra¼niej ulega³a pokusom poznania. W miarê rozwoju tego procesu ksi±¿ki Lema stawa³y siê coraz trudniejsze. Pocz±tek jego pisarskiej twórczo¶ci okaza³ siê tu niezwykle pomocny. Tak zwany "przeciêtny czytelnik", przyzwyczajony do gwiezdnych przygód i do astronautycznej egzotyki, okazywa³ siê nieoczekiwanie odporny na filozoficzne dociekania ojca pilota Pirxa.
Muszê tu wyznaæ, ¿e i dla mnie ta druga czê¶æ twórczo¶ci Stanis³awa Lema by³a trudniejsza - czasami wrêcz niezrozumia³a. Zawsze jednak zawiera³a propozycje powa¿ne i niezwykle u¿yteczne dla zrozumienia ¶wiata. S±dzê (i nie jestem w tym odosobniony), ¿e zrozumieniu ¶wiata i siebie samego bardziej pomaga literatura - dobra literatura - ni¿ specjalistyczne ksi±¿ki naukowe. Pod tym wzglêdem twórczo¶æ Stanis³awa Lema nale¿y na pewno do czo³ówki.

--
C
U
S
2006-04-05 10:03
Temat postu: Sokrates pisz±cy
ciachu


forum admin
postw: 823

Przemys³aw Czapliñski

Sokrates pisz±cy

Wed³ug znanej - choæ nie wiem czy prawdziwej - anegdoty, s³awny pisarz amerykañski Philip K. Dick, dostawszy do rêki kolejn± powie¶æ Lema, wysmarowa³ list ostrzegawczy do FBI, CIA albo innego Pentagonu. W li¶cie tym alarmowa³, ¿e w Polsce pracuje na pe³nych obrotach jaka¶ spó³ka pisarska wystêpuj±ca pod kryptonimem "Lem", która wypuszcza co roku po dwie ksi±¿ki, zmierzaj±c do zmonopolizowania rynku amerykañskiego, do podwa¿enia sensowno¶ci kontaktów z cywilizacjami pozaziemskimi i w ogóle do zrelatywizowania zdrowego ¶wiatopogl±du czytaj±cej Ameryki. Dlatego, postulowa³ Dick, nale¿y bezzw³ocznie zdemaskowaæ grupê "Lem", zaprzestaæ publikowania jej utworów i ods³oniæ przemycan± w nich relatywistyczn± kontrabandê. Nie jest przecie¿ mo¿liwe, by jeden cz³owiek pisa³ tak du¿o, by mia³ tak± masê rewelacyjnych i rewolucyjnych pomys³ów, by potrafi³ pisaæ z tak ró¿nych perspektyw. Nie jest mo¿liwe...
List Dicka, nawet je¶li nie do koñca prawdziwy, stanowi najwiêksz± pochwa³ê pisarstwa Lema, a ponadto spe³nia idea³ odbiorcy: cokolwiek pomy¶limy o amerykañskim pisarzu, zachowa³ zdolno¶æ dziwienia siê. Tak w istocie powinna wygl±daæ reakcja ka¿dego czytelnika na Lema - reakcja "rozdziawionej gêby" i "niedowierzaj±cej miny". My za¶, rozpuszczeni jak dziadowskie bicze regularno¶ci± pojawiania siê ksi±¿ek Lema, ich innowacyjno¶ci±, uznajemy istnienie autora za oczywiste. Tymczasem trzeba sobie otwarcie powiedzieæ, ¿e los obdarowa³ nas ponad miarê: Lem nale¿y do zjawisk niemo¿liwych. Gdyby nie istnia³, nikt by go nie wymy¶li³.
Skoro jednak istnieje, musimy jako¶ siê z nim uporaæ. Ka¿dy wiêc, komu Lem sprawia swoim istnieniem k³opoty, znajduje sobie jaki¶ chwyt: a to futurolog, a to krytyk cywilizacji technicznej, a to "czas na Nobla" albo "Wszystkiego najlepszego z okazji Jubileuszu". No wiêc ja te¿ mam swój chwyt na Lema, chwyt niedoskona³y i niepe³ny, którym chwytam tylko czê¶æ jego dorobku. Pomy¶la³em sobie, ¿e Lem to taki wspó³czesny Sokrates - Sokrates pisz±cy powie¶ci. Ró¿nice s± oczywiste: Sokrates ¿y³ w Atenach, by³ szpetny i zosta³ u¶miercony przez swoich wspó³ziomków, natomiast Lem mieszka w Krakowie, twarz ma niezwykle sympatyczn±, a rodacy-Galicjanie wymy¶lili mu fetê. Nie nale¿y jednak zra¿aæ siê wstêpnym niepowodzeniem - w koñcu nie wszystko widaæ go³ym okiem. Za³ó¿my zatem, ¿e gdyby nauczyciel Platona ¿y³ dzisiaj, wystêpowa³by pod mask± Lema.

*

Jak wiadomo, Sokrates by³ strasznie namolny. Zaczepia³ Bogu ducha winnych ludzi na agorze, pyta³ o oczywiste rzeczy, a potem z maniackim uporem wymaga³ od swoich rozmówców albo jasnej wiedzy, albo przej¶cia na jego pozycje, czyli na stanowisko "Wiem, ¿e nic nie wiem", aby potem, ju¿ pod dyktando filozofa, rozmowa mog³a potoczyæ siê ku jasnej definicji cnoty. Taki te¿ jest Lem: s³ucha rozmaitych m±drych ludzi, potakuje, a potem pisze powie¶æ. W tej powie¶ci fabu³a bywa rozwiniêciem czyjej¶ idei, jakiego¶ naukowego rozwi±zania albo pomys³u zg³oszonego przez badaczy. Tym samym utwór literacki staje siê pytaniem skierowanym do autorów owego "naukowego pomy¶lunku", a rozpoczêta rozmowa - pro¶b± o namys³ przed realizacj±, o chwilê refleksji przed osi±gniêciem sukcesu.
Lem okazuje siê pisarzem, który przywraca spo³ecznej komunikacji charakter agory. Stara siê nie dopu¶ciæ do powstawania osobnych, funkcjonuj±cych na specjalnych prawach, uprzywilejowanych i wyjêtych spod kontroli dzia³ek naukowych. Wspó³czesna komunikacja spo³eczna przypomina przecie¿ nie agorê, lecz pole po reformie rolnej: grunta podzielone, a na stra¿y granic i podzia³ów stoj± prawo i ch³op z kos±. Jest to, mówi±c inaczej, przestrzeñ szalenie pokawa³kowana, wyspecyfikowana, sk³adaj±ca siê z dziesi±tków ma³ych pól i poletek, zazdro¶nie obsikiwanych przez w³a¶cicieli i pilnie strze¿onych przez rozmaitych wartowników. Swoje pola maj± ministrowie obrony, politycy, ekonomi¶ci, fizycy, astrofizycy, biologowie, chemicy, robotycy. Ka¿da z tych grup stosuje odmienne metody, aby¶my nie w¶ciubiali nosa w ich sprawy, a ¶ci¶lej: aby¶my zapomnieli, ¿e ich sprawy s± tak naprawdê naszymi sprawami. Podstawowym za¶ sposobem s± obwieszczenia w rodzaju "Tu siê zbawia ludzko¶æ", czyli wystawianie na pokaz publiczny rozmaitych megaproblemów. Chcecie, mówi taki specjalista, ¿ebym powiedzia³, nad czym pracujê. Proszê bardzo: wkrótce bêdê klonowa³ ludzi. Albo: ju¿ nied³ugo stworzymy maszynê my¶l±c±. Na takie dictum pokornie spuszczamy g³owy i wracamy do domu, przyznaj±c w³a¶cicielom pola prawo do hermetyczno¶ci. Tymczasem Lem - o czym ¶wiadcz± przede wszystkim jego ksi±¿ki eseistyczne od "Summa technologiae" a¿ po "Bombê megabitow±" czy "Okamgnienie" - bezceremonialnie wkracza na te pola: w³azi "w szkodê", pyta o rzeczywiste szanse stworzenia maszyn my¶l±cych albo klonowania ¿ywych istot, sprawdza referencje i pokazuje iluzoryczno¶æ zapowiedzi nauki. Ta demistyfikacja, podporz±dkowana jasno¶ci dzia³añ podejmowanych w obrêbie poszczególnych pól, jest w³a¶nie przekszta³caniem ziem osobnych w agorê - we wspóln± przestrzeñ, na której powinni¶my ze sob± rozmawiaæ. Lem nie jest rzecznikiem ¿adnej strony, nie reprezentuje ¿adnej opcji ani ideologii. Je¶li czego¶ uparcie broni, to prawa do dialogu na temat wszelkiego "ulepszania bytu".
Poniewa¿ jednak Lem nie wystêpuje z pozycji wied¼mina, czyli kogo¶, kto wie, lecz raczej z pozycji kogo¶, kto chce u¶wiadamiaæ sobie i innym, jak wielu rzeczy nie wiemy, tedy jego dzia³alno¶æ polega na wtr±caniu siê do rozmowy innych. Tak jest: Lem to cz³owiek nies³ychanie denerwuj±cy, bo nie do¶æ, ¿e ustawicznie przerywa rozmowê (wie, ¿e kiedy debaty tocz± siê zbyt g³adko, zapadaj± w nich decyzje nie zawsze przemy¶lane, a niekiedy nieodwracalne), to jeszcze przedrze¼nia. Na¶laduje i przesadza, podrabia i wyolbrzymia. W³a¶nie to przedrze¼nianie jest kolejnym pokrewieñstwem ze sztuk± dialogu uprawian± przez Sokratesa, który powtarza³ zdanie swego rozmówcy, pytaj±c, czy dobrze zrozumia³. Zaraz potem jednak Sokrates uruchamia³ swoj± dialektyczn± maszynkê do nicowania cudzych racji, tak ¿e w koñcu wychodzi³o na jego. Lem nie broni okre¶lonej ideologii, nie d±¿y do zapewnienia zwyciêstwa jakiej¶ jednej racji, wiêc stosuje strategiê Sokratesa z pierwszej czê¶ci rozmowy, Sokratesa pytaj±cego i s³uchaj±cego. Mówi±c inaczej: podrabia cudze g³osy, mówi wieloma jêzykami. Czyni tak po to, by najwa¿niejsi uczestnicy debat mogli zobaczyæ swoje racje w dzia³aniu, zanim niedostatecznie przemy¶lane rozwi±zanie wejdzie - wkroczy, wtargnie - w ¿ycie.
Lemowe wtr±canie siê, stwarzanie "prob-Lemów", ma zatem zapobiec narodzinom rozmaitych naukowych "GoLemów", czyli stworów, które wymknê³y siê cz³owiekowi spod kontroli chwilê po tym, jak zosta³y przez cz³owieka powo³ane do ¿ycia. Ale niezno¶ny zwyczaj przerywania rozmowy s³u¿y czemu¶ jeszcze: oto pisarz zaczyna przemawiaæ w imieniu tych, którzy s± nies³yszalni. W cywilizacji konkluzywnej, cywilizacji wyznaj±cej zasadê "Nies³yszalni nie bêd± wys³uchani", mówiæ niezrozumia³ym jêzykiem to byæ nieobecnym, nie istnieæ. Lem upomina siê wiêc o wszystko, co istnieje, lecz albo jest nieme, albo przemawia niezrozumia³ym jêzykiem. Wspania³a inwencja nazewnicza i lingwistyczna, wymy¶lanie mnogich jêzyków (proszê przypomnieæ sobie "Eden" albo "Wizjê lokaln±") nie jest tedy literack± igraszk±, lecz wa¿nym - choæby niepowa¿nie spe³nianym - zadaniem poznawczym: mówieniem o cz³owieku jêzykami poza-ludzkimi.

*

Przybiera wiêc Lem w swoich powie¶ciach spojrzenie obce wzglêdem cz³owieka, przynale¿ne ju¿ to instancjom zewnêtrznym, w tym równie¿ Nadludzkim, ju¿ to wewnêtrznym - wyalienowanym i ontologicznie samodzielnym cz±stkom cz³owieka. Mo¿e to byæ perspektywa Czystego Rozumu, gnostyckiego Boga ("G³os Pana"), pod¶wiadomo¶ci ("Solaris"), Obcej Cywilizacji, przybysza z gwiazd, lecz tak¿e Natury czy Ro¶lin Ni¿szych (jak w "Fiasku"). Poza-ludzko¶æ spojrzenia pojawia siê tu w podwójnym zakresie. Najpierw pisarz dopuszcza do g³osu wykreowane przez siebie istoty, dla których wszystko, co ludzkie, jest obce: najpe³niejsze wcielenia owej obco¶ci - Golem XIV, parlamentarzy¶ci Organizacji Planet Zjednoczonych ("Podró¿ ósma" Ijona Tichego z "Dzienników gwiazdowych"), studenci z planety Encja ("Wizja lokalna") - czasem precyzyjnie i bezlito¶nie, kiedy indziej naiwnie i groteskowo obna¿aj± niepojêto¶æ wszystkich sk³adników cz³owieczeñstwa; dziêki ich poza-ludzkiemu spojrzeniu swoj± niekonieczno¶æ i niedoskona³o¶æ objawiaj±: ewolucja i jej rezultaty, miejsce gatunku homo sapiens w systematyce (gdy sporz±dziæ j± na podstawie kryterium zabijania), religia, kultura, modele sprawowania w³adzy. Po wtóre, ziemscy bohaterowie Lema spotykaj± na obcych planetach wyosobnione i usamodzielnione, a przez to spotêgowane i ca³kowicie niezrozumia³e aspekty cz³owieczeñstwa: na Edenie jest to funkcjonowanie organizmu, na Solaris - struktura naszej ¶wiadomo¶ci, na Encji - skondensowany obraz kultur i systemów sprawowania w³adzy itd. Lem wyprawia bohaterów w kosmos po to, by mogli tam zobaczyæ ludzk± przesz³o¶æ (biologiczn±, kulturow±) i warianty rozwoju przysz³ego, by mogli spojrzeæ na siebie oczami w³asnych cz±stek i swoich "braci mniejszych", by - jak Guliwer - mogli ujrzeæ ma³o¶æ w³asnej wielko¶ci i ogrom w³asnej ma³o¶ci.
Aby stosowaæ tak rozmaite perspektywy, to znaczy mówiæ o cz³owieku z pozycji poza-ludzkich, Lem musi byæ aktywnym poliglot±. Nie chodzi tylko o to, ¿e regularnie czyta i komentuje obcojêzyczne pisma (angielskie, niemieckie, a tak¿e rosyjskie). Ani nawet nie o to, ¿e znajomo¶æ angielskiego czy niemieckiego to betka w porównaniu ze znajomo¶ci± tak dalece obcych, niezrozumia³ych i egzotycznych jêzyków jak bioelektronika, in¿ynieria genetyczna, cerebronika czy informatyka. Istot± aktywnego poliglotyzmu Lema, albo nawet istot± jego strategii jest poszerzanie i zak³ócanie translacji. Od tylu lat czytamy Lema, tak bardzo ju¿ siê do niego przyzwyczaili¶my, ¿e nie zauwa¿amy, i¿ jest on - obok Stanis³awa Barañczaka - bodaj najwiêkszym t³umaczem z jêzyków obcych. Obaj nie konkuruj± ze sob±: Barañczak przek³ada z jêzyka istniej±cego, natomiast autor "Solaris" - z jêzyków nieistniej±cych. Nieistniej±cych, ale mo¿liwych, potencjalnych, wirtualnych, a co najwa¿niejsze - potrzebnych czy nawet koniecznych. T³umaczy wiêc z naukowego na nasze, z dyskursywnego na powie¶ciowy, z ksiê¿ycowego na ziemski, z pod¶wiadomego na ¶wiadomy, nie pozwalaj±c, by który¶ z jêzyków osi±gn±³ hegemoniê, ani te¿, by jaki¶ problem znikn±³ tylko dlatego, ¿e nie mia³ swojej lingwistycznej reprezentacji.
Jednak¿e Lem w równym stopniu poszerza zakres t³umaczenia, co t³umaczenie zak³óca: autor "Fiaska" nie przekonuje nas bowiem, ¿e translacja zawsze jest mo¿liwa. Przeciwnie: dlatego wpuszcza nas w lingwistyczne maliny, aby¶my zrozumieli, ¿e istnieje nieprzek³adalne, ¿e nie wszystko da siê przet³umaczyæ i tym samym zrozumieæ. Dzia³anie to wydaje mi siê bardzo wa¿ne, by nie powiedzieæ: kluczowe dla dzisiejszego ¶wiata, poniewa¿ sk³ania nas do pokory. U¶wiadamia nam przecie¿, ¿e nie jeste¶my - niczym TP. SA - monopolistami komunikacji: wokó³ nas trwa ustawiczny szum jêzykowy, którego nie s³yszymy albo nie rozumiemy. Byæ mo¿e nigdy nie uda nam siê osi±gn±æ porozumienia. Ale te¿ Lemowi w³a¶nie o to, jak s±dzê, chodzi: aby¶my zrozumieli, ¿e nie zrozumiemy, aby¶my nie przechodzili do porz±dku dziennego nad sprawami nieprzet³umaczalnymi, aby¶my nie twierdzili, ¿e nieprzek³adalne jest nieracjonalne czy zgo³a nieobecne. Lem zdaje siê wiêc przekonywaæ nas do postawy krytycznych i samokrytycznych mieszkañców ¶wiata: nasz krytycyzm powinien zwracaæ siê przeciwko uzurpatorom komunikacji, a samokrytycyzm - przeciwko naszym wymogom, aby reszta ¶wiata przemawia³a w zrozumia³ym dla nas jêzyku i przeciwko naszemu prze¶wiadczeniu, ¿e niezrozumia³e jest niewa¿ne.

*

Strategia zak³ócania translacji stanowi ostatni rys w portrecie Lema-Sokratesa. Rys ró¿nicuj±cy, choæ ró¿nica wynika tu z odmiennych czasów: oto Sokrates uprawia³ dialog, ucz±c swoich rozmówców rozumu, aby - wyposa¿eni w umiejêtno¶æ samodzielnego my¶lenia - mogli ¿yæ cnotliwie. Zwieñczenie rozmów z Sokratesem by³o tedy zawsze pomy¶lne: konkluzja i postanowienie poprawy. U Lema inaczej: nie d±¿y on do wy³o¿enia jakiej¶ jednej ostatecznej racji, nie przekonuje, ¿e w g³êbi nas samych spoczywa u¶piona m±dro¶æ funduj±ca etyczne zachowania, nie wci±ga nas w dialog. Komunikacjê, któr± przed nami ods³ania, nale¿y raczej nazwaæ polilogiem, czyli rozmow± wielu stron mówi±cych nie-do-koñca przek³adalnymi jêzykami, rozmow± prowadzon± w warunkach niepe³nej racji i niemo¿no¶ci osi±gniêcia pe³nego porozumienia. Powie¶ci Lema, a tak¿e prowadzone przez niego poLemiki pokazuj± wyra¼nie: dopóki przystêpujemy do rozmów zak³adaj±c, ¿e ich fina³em powinien byæ konsensus, dopóty bêdziemy nie tyle porozumiewaæ siê, ile wymuszaæ porozumienie. Bowiem gdy nawet godzimy siê, ¿e nikt z nas nie dysponuje racj± ostateczn±, potrafimy jeszcze upieraæ siê, by racj± nadrzêdn± by³o w³a¶nie porozumienie. Tymczasem polilog to rozmowa, w której nikt nie powinien zak³adaæ, ¿e konsensus trzeba osi±gn±æ. Lem ods³ania zatem przed nami jak±¶ k³opotliw± prawdê wspó³czesnej cywilizacji, w której mamy do wyboru albo porozumienie, zawsze osi±gane dziêki przewadze jednej ze stron, albo polilog, co prawda zagro¿ony akonkluzywno¶ci±, za to przemocy pozbawiony.
Co jest ceLem tej strategii? Lem, nie bêd±c rzecznikiem postêpu ani konserwatyzmu, nie staj±c po stronie bioetyków czy neodarwinistów, wystêpuje nie w imieniu m±dro¶ci, któr± posiad³, lecz w imieniu w±tpliwo¶ci, które z nauki zaczerpn±³. Widzi, ¿e nie ma takiej metafizycznej tezy, która nie mog³aby uzasadniaæ eksploatacji ¶rodowiska naturalnego, eksploracji kosmosu, badañ nad in¿ynieri± genetyczn±, a wiêc - w skrócie rzecz ujmuj±c - nad ulepszaniem kondycji ludzkiej. W tej sytuacji pisarz staje po stronie aporii: mno¿y argumenty za i przeciw, obdarza swoich bohaterów przeciwstawnymi racjami, wpêdza na siebie skonfliktowane strony, w rozwoju fabu³y doprowadza idee do ich krañcowo¶ci - a wszystko po to, by spowolniæ "rozum praktyczny", by powstrzymaæ te w³adze w cz³owieku, które podejmuj± decyzje. Lem, jak mi siê wydaje, chcia³by, aby wspó³czesne spo³eczeñstwo, a zw³aszcza spo³eczno¶ci naukowe, czê¶ciej koñczy³y spory nad sprawami nierozstrzygalnymi tak, jak Sokrates je zaczyna³, to znaczy stwierdzeniem: "Wiemy, ¿e nie wiemy". U¶wiadomienie sobie niewiedzy, ignorancji, niemo¿no¶ci osi±gniêcia konkluzji albo zagro¿enia p³yn±cego z konkluzywno¶ci wydaje siê Lemowi o wiele wa¿niejsze ni¿ kolejny mikroprocesor, kolejne sklonowane zwierzê czy nastêpna maszyna mimetyzuj±ca dzia³anie ludzkiego umys³u. Wszystkie te wynalazki pog³êbiaj± bowiem iluzjê nieograniczono¶ci ludzkiej potencji, ³udz±c nas mo¿liwo¶ci± rozwi±zania kwestii zasadniczych (nie¶miertelno¶ci, kosmosu, ¿ycia, inteligencji). Podtrzymujemy tê iluzje, dopóki postrzegamy owe wynalazki jako etapy dziejów postêpu, to znaczy powolnego likwidowania niedoskona³o¶ci ludzkiego istnienia. W istocie, jak przekonuje Lem, postêp nale¿y mierzyæ rozleg³o¶ci± ods³oniêtego pola ludzkiej niewiedzy. Mówi±c inaczej: sukces naukowy jest dla autora "Solaris" wierzcho³kiem góry nierozwi±zanych problemów. Kto widzi sam szczyt, ulega magii odprawianej przez wspó³czesne media. Kto za¶ chcia³by dojrzeæ zakryte, fantomowe pole niewiedzy, powinien spojrzeæ na ¶wiat - ten astronomicznie stary i przestrzennie nieogarniony - zastanawiaj±c siê nad tym, z jak± jego czê¶ci± potrafi siê porozumieæ. Kto¶ powie, ¿e komunikacja zawsze ma charakter lokalny. No w³a¶nie. Je¶li jeste¶my tacy lokalni, to sk±d w nas i naszych dzia³aniach tyle uniwersalistycznych roszczeñ, tyle kosmicznego udawania, tyle galaktycznych pretensji. Je¶li jeste¶my tacy dialogowi i konsensusowi, to sk±d tyle g³upstw osi±ganych drog± negocjacji.
Gdyby Sokrates ¿y³ dzisiaj, pewnie zamiast "Poznaj samego siebie", mówi³by: "Poznaj Kosmos"; zamiast zaufania do rozumu naucza³by sceptycyzmu, poniewa¿ wiedzia³by, ¿e bli¿ej do cnoty temu, kto u¶wiadamia sobie ograniczono¶æ w³asnej rozumno¶ci, ni¿ temu, kto wierzy weñ bezgranicznie; nie prowadzi³by dialogów, lecz pisa³ fabu³y uprzedzaj±ce wypadki. Jedno pewnie pozosta³oby bez zmian: po staremu zak³óca³by spo³eczn± wymianê zdañ, w której rzekome autorytety pouczaj± resztê. Po staremu stwarza³by wiêc k³opoty. Prawdê mówi±c, w³a¶nie po tych k³opotach Go pozna³em.

PRZEMYS£AW CZAPLIÑSKI (ur. 1962) - historyk literatury i krytyk, od 1997 profesor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

--
C
U
S
2006-04-05 10:10
Temat postu: Przypadek i konieczno¶æ
ciachu


forum admin
postw: 823

Stanis³aw Bere¶
Przypadek i konieczno¶æ


Jak ka¿dy m³ody cz³owiek w PRL-u ksi±¿ki Lema ³yka³em jak narkotyki, znajduj±c w nich oddech innego ¶wiata i ucieczkê w ekscytuj±c± scjentyczn± utopiê. Niejednokrotnie je ¶ni³em i wraca³em do nich jak nienasycony na³ogowiec. W po³owie jednak lat 60., wraz z rosn±cym zainteresowaniem panienkami, które wyklu³o siê mniej wiêcej po ukazaniu siê "Cyberiady", fascynacja t± literatur± zaczê³a nieco przygasaæ, by obudziæ siê na krótko po opublikowaniu "Opowie¶ci o Pilocie Pirxie". Nie by³ to niestety dla m³odych ludzi dobry rok, wiêc nic dziwnego, ¿e przej¶cia kosmonautów na bezdro¿ach Galaktyki zosta³y przyæmione przez ¿ywe obrazy oddzia³ów ZOMO atakuj±cych studentów oraz ³oskot wojskowych transportów jad±cych na czesk± Pragê. Bolesna by³a ta lekcja 1968 roku i trudno by³o ju¿ pó¼niej udawaæ, ¿e mo¿na ¿yæ "gdzie¶ indziej". Nie jest jednak wykluczone, ¿e pewien udzia³ w kilkuletnim rozstaniu z Lemem mia³y intelektualne upokorzenia, jakich dozna³em w konfrontacji z jego "Summ± technologiae", "G³osem Pana" i "Filozofi± przypadku".
I pewnie naturaln± kolej± rzeczy te ch³opiêce lektury zosta³yby zepchniête w przyprószone kurzem zapomnienia zakamarki pamiêci, gdyby nie przedziwna koincydencja. Otó¿ z³o¿ony do ³o¿a bole¶ci w po³owie lat 70. przez wyj±tkowo upiorn± grypê i zalany Niagar± kataru, otrzyma³em w prezencie ksi±¿kê, kupion± przez narzeczon± w ksiêgarni medycznej. Wyda³a jej siê popularnonaukowym opracowaniem na aktualny temat: nosi³a bowiem tytu³ "Katar". Typowy dla socjalistycznego handlu przypadek okaza³ siê palcem przeznaczenia.
Czyta³em powie¶æ Lema w podwójnej gor±czce - emocji i choroby. Do dzi¶ pamiêtam piorunuj±ce wra¿enie, jakie na mnie wywar³a. Po pierwsze dlatego, ¿e by³a wymarzonym czytad³em z intryguj±c± fabu³±, przywodz±ca na my¶l widziane za granic± thrillery; po drugie dlatego, ¿e odnalaz³em w niej wyrafinowany my¶lowo remake kryminalno-sensacyjnej zagadki ze "¦ledztwa" (które by³o Bab± Jag± mojego dzieciñstwa); po trzecie, gdy¿ dotyka³a tego, co zawsze fascynuje nas i niepokoi najbardziej - tajemniczego splotu okoliczno¶ci, który ka¿e my¶leæ o ¶wiecie jak o niepokoj±cym Szyfrze, do którego brak nam klucza; po czwarte, bo w³a¶nie przyniós³ mi j± do ³ó¿ka taki sam zaskakuj±cy przypadek, jak ten, który zrodzi³ seriê tajemniczych mordów lub samobójstw w Zatoce Neapolitañskiej. Trudno dzi¶ nie dodaæ, ¿e w³a¶nie ta lektura kaza³a mi na nowo powróciæ do ksi±¿ek Lema i odkryæ w nich pok³ady sensów, których nie by³em w stanie dostrzec lub zrozumieæ wcze¶niej. Tak odby³o siê nawrócenie, a ksi±¿ki Lema na nowo przyku³y mnie do siebie na d³ugie lata. Nie ma w±tpliwo¶ci, ¿e gdyby nie ten ciê¿ki katar, uleczony lektur± "Kataru", zapewne nigdy nie napisa³bym w sze¶æ lat pó¼niej do Lema listu, który umo¿liwi³ nasze pierwsze spotkanie. Z kolei na pewno nie odwa¿y³bym siê napisaæ tego listu, gdyby nie dowcip kolegi z instytutu, który wys³a³ do mnie ironiczny list-apokryf, podpisany nazwiskiem autora "Solaris", jako rzekom± reakcjê pisarza na moj± lemologiczn± publikacjê. I zapewne nigdy te¿ nie dosz³oby do naszej d³ugiej serii spotkañ przy magnetofonie, gdyby akurat genera³ w czarnych okularach nie og³osi³ stanu wojennego, co wtr±ci³o pisarza w stan takiej apatii i rezygnacji, ¿e uzna³ za sensowne traciæ czas na rozmowy z nieznanym sobie "dzieckiem z doktoratem", przyje¿d¿aj±cym nieogrzewanym, nocnym poci±giem z drugiego koñca Polski. Ale ¿eby lista przypadków sk³adaj±cych siê na powstanie "Rozmów z Lemem" (i niniejszego tekstu, który rodzi siê w³a¶nie na ekranie komputera) sta³a siê w pe³ni kompletna, trzeba te¿ dodaæ, ¿e przyczyni³o siê do tego równie¿ zakwaterowanie w koñcu lat stalinowskich do mieszkania moich rodziców pewnego studenta medycyny, który z sadystyczn± przyjemno¶ci± opowiada³ mi do snu koszmarne historie, w¶ród których wyró¿nia³a siê (wyjêta jakby ¿ywcem ze "¦ledztwa") opowie¶æ o trupach, wychodz±cych noc± na spacery z londyñskiego prosektorium.
Wszyscy zanurzeni jeste¶my w oceanie przypadków i byæ mo¿e dlatego tak ¿ywo reagujemy, gdy d³ugie serie losowe zawi±zuj± siê w wêze³ konieczno¶ci, rodz±c poczucie metafizycznego wstrz±su. Zapewne naszej uwadze uchodz± takie niezwyk³o¶ci stochastyczne jak spotkanie na spacerze sze¶ciu ³ysych mê¿czyzn z agresywnymi buldogami na smyczy, ale reagujemy ju¿ ¿ywo na zdumiewaj±cy traf spotkania s±siada z klatki schodowej na zat³oczonej ulicy Toronto. Na pewno za¶ niezapomnianym (byæ mo¿e nawet zmieniaj±cym sens ¿ycia) znakiem z innego ¶wiata stanie siê sen, w którym ujrzymy ¶mieræ bliskiej osoby pod ko³ami poci±gu, je¶li w kilka dni pó¼niej wjedzie rowerem pod rozpêdzony ekspres na niestrze¿onym przeje¼dzie. Z perspektywy tego, który doznaje takiego nieprawdopodobnego zbiegu wydarzeñ, niew±tpliwie mamy do czynienia z cudem jasnowidzenia, aktem premonicji, onirycznym proroctwem, które potwierdza nadprzyrodzony porz±dek rzeczywisto¶ci. Z perspektywy jednak matematyka lub statystyka jest to zwyk³a koincydencja, nie odbiegaj±ca od ¶redniej losowej. To, co dla jednego jest zdarzeniem wykraczaj±cym poza racjonalny porz±dek rzeczywisto¶ci, dla drugiego jest banalnym wydarzeniem statystycznym. Jak bezlito¶nie wyliczy³ bowiem kiedy¶ Lem, w samym tylko Nowym Jorku w ci±gu jednej doby wydarza siê ok. 2000 takich cudów. Z du¿ym bowiem prawdopodobieñstwem mo¿na za³o¿yæ, ¿e w¶ród 20 mln mieszkañców tej aglomeracji 1 procent ¶ni ¶mieræ bliskiej osoby (200 tys.). Z identycznym prawdopodobieñstwem mo¿na przyj±æ, ¿e 1 procent tej populacji rzeczywi¶cie prze¿yje wkrótce ¶mieræ tej osoby. W ten sposób nagle okazuje siê, ¿e tylko fa³sz perspektywy lub niezdolno¶æ do przyjêcia naukowego modelu my¶lenia potrafi uwiêziæ nas raz na zawsze w przekonaniu o doznaniu objawienia, o nag³ym dotkniêciu j±dra pozaracjonalnego, ponadzmys³owego porz±dku rzeczywisto¶ci. Oczywi¶cie, cz³owieka prze¶wiadczonego o otrzymaniu znaku z za¶wiatów do przyjêcia innego punktu widzenia nie przekona ju¿ nikt (zw³aszcza gdy nie ma klucza do zmiany perspektywy), ale ju¿ sama tylko mo¿liwo¶æ ujrzenia tajemniczych spraw ludzkich w innym, zaskakuj±cym oczywisto¶ci± (dla niektórych p³asko¶ci±) porz±dku, mo¿e stanowiæ krzepi±cy wyraz zaufania do mo¿liwo¶ci ludzkiego rozumu i jego zdolno¶ci do obiektywizowania zagmatwanych zagadek ¶wiata.
O takim w³a¶nie wydarzeniu, w brawurowy i efektowny fabularnie sposób, opowiada "Katar" Stanis³awa Lema. Jego bohaterem jest by³y kosmonauta amerykañski z NASA, który wciela siê w postaæ jednej z dziesiêciu ofiar tajemniczej serii zabójstw w Neapolu i jako ¿ywa przynêta wyrusza na miejsce wypadków. Jest on idealnym kandydatem na ofiarê, poniewa¿ posiada wszystkie cechy denatów: jest lekko ³ysiej±cym kawalerem pod piêædziesi±tkê, o amerykañskim obywatelstwie, atletycznej budowie cia³a i s³abej znajomo¶ci w³oskiego, cierpi±cym na dokuczliwy katar sienny oraz korzystaj±cym z k±pieli siarczanych. Udaj±c siê na rendez-vous z cuchn±c± krwi± Tajemnic± ju¿ od pierwszych chwil wpl±tany zostaje w niezrozumia³e i niebezpieczne wydarzenia (np. zamach terrorystyczny na lotnisku), co mocno podbija napiêcie utworu, jednak¿e jego kilkudniowy pobyt pod Wezuwiuszem nie wnosi nowych elementów do ¶ledztwa. Nie mog±c sobie poradziæ ze zbyt du¿± ilo¶ci± zmiennych, sk³adaj±cych siê na tê makabryczn± seriê, John wybiera siê do Pary¿a na spotkanie z wybitnym cyfronikiem Barthem, specjalist± od programów wieloczynnikowych. D³uga scena ich b³yskotliwej dyskusji, w której usi³uj± siê przedrzeæ przez g±szcz faktów i uporz±dkowaæ je w logiczne ci±gi nale¿y do najciekawszych partii prozy Lema i ujawnia jego wyj±tkow± inwencjê hipotezotwórcz±. Niestety ani ta rozmowa, ani wieloosobowe konsylium naukowe, ani nawet ujawnienie przez policjê francusk± r±bka afery o charakterze politycznym, nie s± w stanie przybli¿yæ bohatera do rozwi±zania tajemnicy. Kompleksowej krytyki nie wytrzymuje nawet koncepcja prób kryptomilitarnych z preparatem X. Bezradny astronauta raz jeszcze zatem wraca do Neapolu, zakwaterowuje siê w hotelu, gdzie zginê³a ostatnia ofiara... i tam nagle dostaje napadu samobójczego sza³u. Nieszczê¶ciu zapobiega rutyna przebywania w sytuacjach ekstremalnych i lata kator¿niczych treningów w NASA: wyczuwaj±c gwa³towny nap³yw autoagresji, astronauta przykuwa siê kajdankami do kaloryfera (co uniemo¿liwia mu wyskoczenie przez okno) i miotaj±c siê pod uderzeniami halucynogennych omamów, rejestruje kolejne fazy ataku. Tak oto niespodziewanie dochodzi do wyja¶nienia tajemnicy: osobowy sprawca serii gwa³townych zej¶æ nie istnieje, gdy¿ rzeczywist± ich przyczyn± by³ destruktor psychiczny, tworz±cy siê samorzutnie w wyniku kontaktu ofiar z okre¶lonymi substancjami chemicznymi, zawartymi w produktach szeroko rozumianej konsumpcji. Jego wytwarzanie siê by³o wiêc tylko funkcj± okre¶lonej ilo¶ci i sekwencyjno¶ci reakcji chemicznych, a te w bezpo¶redni sposób wynika³y z typowych dla tej p³ci i wieku zachowañ kuracjuszy w s³ynnym w³oskim uzdrowisku. Kryminaln± zagadkê zrodzi³ wiêc zwyk³y mechanizm losowy i zwyk³y traf j± równie¿ rozwi±za³. Sta³o siê tak dlatego, poniewa¿ masami ludzkimi rz±dz± w³a¶nie prawa wielkich liczb, a z perspektywy jednostki nie sposób ogarn±æ z³o¿ono¶ci ca³ego uk³adu. ¯yjemy - pisze Lem - "w molekularnym gazie ludzkim, chaotycznym i zadziwiaj±cym "niewiarygodno¶ciami" tylko poszczególne atomy - jednostki".
Oczywi¶cie, ¿yj±c w ¶wiecie tak nieprawdopodobnie zgêszczonym losowo, w którym ka¿dego dnia na ka¿dej ulicy krzy¿uj± siê setki tysiêcy ludzi, wydarzeñ, opinii, s³ów i twarzy; w którym nieustannie zalewani jeste¶my morzem wra¿eñ i znaków, nie jeste¶my w stanie uwolniæ siê od poczucia, ¿e my sami oraz wszystko, co nas otacza, jest dzie³em nieprawdopodobnego splotu przypadków. Ale zarazem, co jeszcze dziwniejsze, nie sposób sobie wyobraziæ, ¿eby to wszystko by³o tylko ¦lepym Trafem, chaotycznym be³kotem przyczyn i skutków. Mo¿na bowiem poj±æ istotê statystycznego mechanizmu, ukrytego za tajemnicz± seri± zgonów w Neapolu, ale jak uwierzyæ, ¿e tak± gigantyczn± ruletk± jest ca³y ¶wiat, a szansa ¿ycia wêdruje przez eony jak ¶lepiec z bia³± lask±, trafiaj±c po miliardach koincydencji w co¶ tak wyj±tkowego jak cz³owiek. Bêd±c za¶ nim trudno przyj±æ, ¿e jest siê mydlan± bañk± nad otch³ani± termoj±drowych reakcji gwiazdowych. Pro¶ciej bowiem i bezpieczniej jest po ludzku uwierzyæ, ¿e ta Kosmiczna Loteria zosta³a ustawiona tak, jakby nic innego nie mog³o na niej wypa¶æ; jakby t± gr± wielkich, astronomicznych cyfr rz±dzi³a rozumna konieczno¶æ.
W tym sensie nawet tak niezwyk³y fakt, ¿e przed trzynastoma miliardami lat z otch³ani nico¶ci wytrysn±³ w gwa³townym wybuchu nasz kosmos, a po nastêpnych dziesiêciu z ok³adem z odmêtów ewolucji na Ziemi wy³oni³o siê stworzenie, które niezdarnie wype³z³o na brzeg oceanu, by po kilkuset milionach lat stan±æ na nogach i zacz±æ siê pos³ugiwaæ rêkami i rozumem, wydaje siê czym¶ oczywistym i naturalnym. Czym¶ równie zwyczajnym wydaje nam siê, ¿e na pocz±tku drugiej dekady XX wieku na skraju P³yty Czarnomorskiej we Lwowie urodzi³o siê dzieciê p³ci mêskiej o imieniu Stanis³aw, które prze¿y³o hekatombê II wojny ¶wiatowej i dwóch okupacji. I ¿e dziecko to sta³o siê znanym pisarzem, opublikowa³o kilkadziesi±t ksi±¿ek, które prze³o¿ono na wiele jêzyków, i do¿y³o w niezwyk³ej sprawno¶ci intelektualnej 80. roku ¿ycia, zachowuj±c status wyroczni w sprawach losu rodu ludzkiego i jego planety.
I rzeczywi¶cie, je¶li spojrzeæ na ¶wiat w ten sposób, w tej niewiarygodnej serii faktów nie ma niczego niezwyk³ego. W ka¿dym razie niczego mniej zrozumia³ego ni¿ w karko³omnej ruletce przypadków, opisanych w pocz±tkach lat 70. w "Katarze". Równocze¶nie jednak, u¶wiadamiaj±c sobie niewyobra¿aln± d³ugo¶æ ³añcucha kauzalnego, trudno nie odczuwaæ dreszczu niesamowito¶ci. Taka seria przypadków nie jest przecie¿ na miarê rozumu ludzkiego. Nie mog³a urodziæ siê "sama". Móg³ ja wymy¶liæ tylko sam Bóg. Ale czy Bóg ma czas, by zajmowaæ siê takimi b³ahostkami jak ³±czenie siê atomów, reakcje zwi±zków chemicznych, ewolucja gatunków, wylêganie siê rozumu, dojrzewanie pisarzy i ich dzie³, a wreszcie wa¿enie ich przenikliwo¶ci w rozpoznawaniu natury tego ¶wiata?

STANIS£AW BERE¦ (ur. 1950) - historyk literatury i krytyk, profesor Uniwersytetu Wroc³awskiego i redaktor Telewizyjnych Wiadomo¶ci Literackich, wyda³ m. in. tom rozmów ze Stanis³awem Lemem (1987).

--
C
U
S
2006-04-05 10:14
Temat postu: Trzeba by³o dalej ¿yæ
ciachu


forum admin
postw: 823

Ma³gorzata Szpakowska
"Trzeba by³o dalej ¿yæ"

Ijon Tichy objawi³ siê po raz pierwszy prawie piêædziesi±t lat temu. Bardzo siê wszystkim wtedy spodoba³, bo by³ ¶mieszny. Szuka³ po encyklopediach has³a "sepulki", a te odsy³a³y go do "sepulkariów", stamt±d do "sepulenia" i z powrotem do "sepulek". Pods³uchiwa³ maszyny parowe, które spiera³y siê, czy chmury stanowi± jak±¶ formê ich ¿ycia pozagrobowego. Uczy³ siê polowaæ na kurdle (nale¿y natrzeæ siê past± z dodatkiem sosu grzybowego i szczypiorku, a nastêpnie daæ siê po³kn±æ; potem nastawiæ bombê zegarow± i jak najszybciej opu¶ciæ kurdla wykorzystuj±c jego naturaln± perystaltykê) i dopiero pó¼niej dowiedzia³ siê, ¿e to ekologicznie naganne. W koñcu, po zbombardowaniu strumieniem meteorów, zosta³ zast±piony przez w³asn± rezerwê: by³a zupe³nie taka sama, ale koszulê mia³a w³o¿on± na lew± stronê.
Tê "Podró¿ czternast±" Lem pisa³ jeszcze dosyæ beztrosko, wymy¶la³ paradoksalne dowcipy i chyba dobrze siê bawi³. Pierwsze "Dzienniki gwiazdowe" by³y przede wszystkim humoreskami, w których ró¿ne teorie naukowe prowadzi³y do absurdalnych konsekwencji. Ijon Tichy w pêtli czasu wdawa³ siê w bójkê z sob± samym sprzed czterech dni; kiedy indziej gwa³townie hamuj±c rakietê przeskakiwa³ z sierpnia w pa¼dziernik; w jeszcze innej podró¿y przyspieszaczem czasu regulowa³ bieg historii na planecie Mikrocefalów (nie bez utrudnieñ: "Gdy na w³asne oczy zobaczy³em cofaj±cy siê pogrzeb króla Karbagaza, który po trzech dniach wsta³ z katafalku i zosta³ odbalsamowany, zorientowa³em siê, ¿e musia³em popsuæ aparat i czas p³ynie teraz wstecz"). A zarazem ca³y czas boryka³ siê ze z³o¶liwo¶ci± przedmiotów martwych: a to mu lakier z rakiety oblaz³, a to zepsuty robot domowy schowa³ mu skarpetki do lodówki, a to przypali³a siê polêdwica podgrzewana w stosie atomowym. A to wreszcie mózg elektryczny, który mia³ mu umilaæ podró¿ opowiadaniem dowcipów, po miesi±cu uleg³ awarii i zacz±³ po³ykaæ wszystkie pointy.
Oczywi¶cie, tak ca³kiem bezinteresowne te humoreski nie by³y. Wiêkszo¶æ z nich mo¿na zakwalifikowaæ jako powiastki filozoficzne. Ijon Tichy, jak niegdy¶ Kandyd, opisywa³ obce ¶wiaty po to, by co¶ powiedzieæ o swoim. "Dzienniki gwiazdowe" od pocz±tku uk³ada³y siê w seriê antyutopii ilustruj±cych tezê, któr± Lem ju¿ powa¿nie wysun±³ by³ w 1957 roku w "Dialogach": ¿e mianowicie uk³ad zbyt dobrze zaprojektowany daje w praktyce skutki odwrotne. Najprostszym przyk³adem mo¿e tu byæ maszyna do rz±dzenia z "Podró¿y dwudziestej czwartej" (przypominam, ¿e numeracja podró¿y nie wi±¿e siê ani z ich chronologi±, ani z kolejno¶ci± powstawania), która na planecie Indiotów wprowadzi³a - zreszt± za zgod± obywateli - ³ad absolutny; zamieni³a ona ca³± populacjê w równe kr±¿ki i pouk³ada³a je w przecudny wzorek. Z kolei w "Podró¿y trzynastej" mieszkañcy Pinty z przyczyn ideologicznych zmuszani byli do sta³ego przebywania w wodzie, a nawet udawania, ¿e pod wod± oddychaj±, choæ mieli nie skrzela, ale p³uca. Wszelkie aluzje do niedogodno¶ci ich po³o¿enia têpione by³y bardzo surowo, a pewien dziennikarz trafi³ do wiêzienia, poniewa¿ "przez przeoczenie napisa³ w artykule wstêpnym, ¿e w wodzie jest mokro". Przywo³any ju¿ przyspieszacz czasu z "Podró¿y dwunastej" stanowi³ w istocie jawn± kpinê ze spi¿owych praw materializmu historycznego, a cytowana w "Podró¿y dwudziestej drugiej" opowie¶æ misjonarza-dominikanina o trudno¶ciach, jakie napotyka ewangelizacja innych planet, nawi±zywa³a wprost do o¶wieceniowej tradycji libertyñskiej. Bo i jak¿e mo¿na straszyæ ogniem piekielnym Piêciorniaków, je¶li na co dzieñ ¿yj± oni w temperaturze sze¶ciuset stopni, albo obiecywaæ zmartwychwstanie B¿utom, którzy co wieczór rozsypuj± siê na atomy i co rano rekonstruuj± na nowo?
Z biegiem czasu jednak problemy, przed jakimi stawa³ Tichy, robi³y siê coraz powa¿niejsze. "Profesor A. Doñda" bez os³onek pokazywa³ kraj, "który od paleolitu w mig awansowa³ do monolitu", i powszechn± korupcjê, która okaza³a siê tego konsekwencj± (tam¿e przedstawiony zosta³ wywód o "kamieniu [Stein] jako czynniku napêdowym my¶li europejskiej", co po¶wiadczaj± nazwiska EinSTEINa, WittgenSTEINa, EisenSTEINa, FelsenSTEINa, a tak¿e Gertrudy STEIN i Rudolfa STEINera). A z kolei "Podró¿ dwudziest± pierwsz±" w du¿ej czê¶ci wype³ni³ wyk³ad o heroizmie religijnym w ¶wiecie, w którym religia zasadniczo nie jest mo¿liwa ani po¿±dana, bo ¶wiat ów nie tylko jest programowo nastawiony na doczesno¶æ, ale w dodatku masowo u¿ywa siê w nim psychotropów i po mistrzowsku wykorzystuje techniki manipulowania ¶wiadomo¶ci±.
Taki sam ¶wiat ukazywa³ "Kongres futurologiczny" z 1971 roku, jedno z naj¶mieszniejszych, ale i najbardziej ponurych opowiadañ Lema. Oto wkroczyli¶my w wiek postêpu i powszechnego dobrobytu, i oto okazuje siê on z³udzeniem i oszustwem. Rzeczywisto¶æ to nêdza i przeludnienie; wszystko inne to halucynacja. Otrzymawszy ¶rodek uwalniaj±cy od wizji, Tichy z przera¿eniem dostrzega, ¿e wytworna restauracja, w której siedzia³, jest zat³oczonym bunkrem o¶wietlonym nagimi ¿arówkami. ¦rodek silniejszy ujawnia dalsze okropno¶ci: samochody s± zwidami, w rzeczywisto¶ci ludzie przez ca³y dzieñ k³usuj± po ulicach lub wspinaj± siê w szybach nieczynnych wind. Ostatni ¶rodek trze¼wi±cy pozwala zobaczyæ ulice pokryte ¶niegiem i odczuæ przejmuj±ce zimno: w¶ród ró¿nych nieszczê¶æ jest i nawrót ery lodowcowej. A mieszkañców Ziemi jest ju¿ nie trzydzie¶ci, jak siê podaje oficjalnie, lecz sze¶ædziesi±t dziewiêæ miliardów.
W latach 80. obraz staje siê jeszcze bardziej niepokoj±cy. Wychodz± dwie pe³nowymiarowe powie¶ci z Tichym jako g³ównym bohaterem i obie s± w³a¶ciwie katastroficzne. "Wizja lokalna" (1981) ka¿e siê ostatecznie rozstaæ z utopi± doskona³ego spo³eczeñstwa; "Pokój na Ziemi" (1984) kwestionuje mo¿liwo¶æ rozbrojenia. Co szczególne, pierwsza z tych powie¶ci powsta³a jako rozwiniêcie przywo³anej na pocz±tku "Podró¿y czternastej", tej z sepulkami; jednak po latach humoreska rozros³a siê Lemowi w traktat moralno-socjologiczny.
Na planecie Encji wspó³istniej± dwie cywilizacje, z których pierwsza realizuje model kolektywistyczny, druga - demokratyczny; ¿adna z nich jednak nie jest spo³eczeñstwem otwartym w znaczeniu Popperowskim. Kolektywistyczna Kurdlandia jest po prostu policyjnym pañstwem niedoboru, w którym powszechnej biedzie towarzyszy nakaz ideologicznej jedno¶ci; lecz liberalna Luzania tak¿e musi uciekaæ siê do przymusu, aby nie pogr±¿yæ siê w chaosie i anarchii. Przymus ten w powie¶ci ma charakter fantastyczny (spo³eczeñstwo otula "etyko-sfera", uniemo¿liwiaj±ca dzia³ania agresywne); sam problem jednak pozostaje realny, choæ u nas w pocz±tku lat 80. móg³ siê wydawaæ bardzo odleg³y. W "Wizji lokalnej" Lem zwraca³ bowiem uwagê na autodestrukcyjne si³y tkwi±ce w demokratycznym spo³eczeñstwie konsumpcyjnym. Dla mieszkañca Peerelu by³o to wówczas zagro¿enie egzotyczne, ale pisarz, jak zwykle, widzia³ dalej.
"Pokój na Ziemi", ostatnia ju¿ powie¶æ o Tichym, wyznaczy³a bohaterowi ca³kiem now± rolê. Z obserwatora przekszta³ci³a go w centraln± postaæ konfliktu. Dot±d bowiem by³ kim¶ w rodzaju etnologa: nie miesza³ siê w obserwowane wydarzenia, lecz tylko je rejestrowa³ (wyj±wszy mo¿e wyprawê na Kareliriê, gdzie zdemaskowa³ zbuntowany mózg elektronowy jako banalnego agenta s³u¿b specjalnych). Teraz jest inaczej: kontroluj±c realizacjê uk³adów rozbrojeniowych, Tichy najprawdopodobniej posiad³ jakie¶ tajemnice militarne. Nikt jednak dok³adnie nie wie, jakie; nawet on sam. Poddano go bowiem (kto? nie wiadomo) laserowej kallotomii, przeciêciu spoid³a wielkiego mózgu; w konsekwencji dane percepcyjne zgromadzone w prawej pó³kuli sta³y siê niedostêpne poznaniu pojêciowemu. Tichy sta³ siê bomb± informacyjn± po¿±dan± przez wszystkie agencje i wywiady; w toku fabu³y bohater u¶wiadamia to sobie z coraz przykrzejsz± ostro¶ci±. W tle za¶ mamy wyk³ad o zasadniczej niemo¿liwo¶ci kontroli zbrojeñ i o nik³ych nadziejach na rozbrojenie: zgromadzone arsena³y "inteligentnych" broni mog± same podlegaæ ewolucji o nieprzewidywalnym kierunku. Tak samo w czasach Ijona Tichego, jak w naszych.
W ostatnich utworach Tichy nie jest ju¿ sympatycznym obserwatorem osobliwo¶ci - od plakatu "chcesz byæ weso³y - poluj na o¶mio³y!" po pie¶ñ ludow± "Hej, przelecia³ robot, wyda³ cichy chrobot". Nie przyjmuje równie¿ (jako ssak) ¿yczeñ "pomy¶lnego ssania" i nie rozwodzi siê nad zas³ugami przodków (w tym Melchiora, który "postanowi³ stworzyæ Ogóln± Teoriê Wszystkiego i nic go od tego nie powstrzyma³o"). Zamiast s³uchaæ elektronicznych dowcipów, nawet bez pointy - dla zabicia czasu w podró¿y organizuje wirtualne konferencje z udzia³em Russella, Poppera i Feyerabenda. Coraz mniej ma nadziei, ¿e ¶wiat zdo³a unikn±æ katastrofy. Ewolucja Tichego odpowiada w jakim¶ stopniu ewolucji samego Stanis³awa Lema, który z entuzjasty technologii z biegiem lat sta³ siê pesymist±. Ale co¶ jeszcze tutaj zas³uguje na uwagê.
W literaturze polskiej Tichy w³a¶ciwie nie ma odpowiednika. W¶ród bohaterów Lema Pirx i inni piloci, a nawet Kris Kelvin z "Solaris" odsy³aj± w jakim¶ stopniu do Conrada. Z kolei profesor Hogarth z "G³osu Pana" jest przede wszystkim inteligentnym eseist±. Tichy natomiast wykracza poza ustalone podzia³y: ani to cham, ani Kordian. Mocno trzyma siê ziemi (co u astronauty jest zalet±); zarazem okazuje siê wyczulony na wszelki absurd. Nie jest wêdrowcem, który ¶ciga Nieznane; raczej sceptykiem, którego ma³o co zaskakuje. A przede wszystkim stara siê zachowaæ równowagê: wolny jest zarówno od paniki, jak od przesadnego entuzjazmu. Nawet w obliczu klêski uwa¿a, ¿e nale¿y robiæ swoje. "Ale tak czy owak trzeba by³o dalej ¿yæ" - tak± point± koñczy siê jego ostatnia przygoda.
Szkoda, ¿e ostatnia.

MA£GORZATA SZPAKOWSKA - literaturoznawca i socjolog kultury, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i redaktor miesiêcznika "Dialog", wyda³a m. in. "Dyskusje ze Stanis³awem Lemem".

--
C
U
S
2006-04-05 10:16
Temat postu: Czy Kosmos jest ¶mieszny?
ciachu


forum admin
postw: 823

Jerzy Jarzêbski
Czy Kosmos jest ¶mieszny?

Gdyby kto¶ chcia³ wskazaæ utwory najbardziej dla pisarstwa Lema charakterystyczne, stanowi±ce jego specialité de la maison, wybór pad³by pewnie na "Cyberiadê" wraz z wcze¶niejszymi "Bajkami robotów". Wybór taki z biegiem lat staje siê coraz bardziej zgodny z rz±dz±cym w literaturze duchem czasu. Fantastyczne opowie¶ci o spotkaniach z Inno¶ci± przenosz± siê bowiem z wolna z regionów hipotez i projektów w regiony gier intertekstualnych. Lem i tutaj wyprzedzi³ swoj± epokê i nawi±za³ do nurtów, które w fantastyce dopiero po latach mia³y staæ siê rzeczywisto¶ci±.
Autor kosmicznych ba¶ni mia³ do wyboru bodaj trzy rozbie¿ne sposoby literackiego postêpowania z Innymi. Móg³ - jak w "Solaris" - dowodziæ, ¿e z obcymi istotami, je¶li siê pojawi±, nie sposób siê bêdzie naprawdê porozumieæ - do tego stopnia bêd± od ludzi inne; móg³ te¿ - jak w "Dziennikach gwiazdowych" - porozumienie czyniæ na odwrót: ca³kiem prostym i oczywistym, wynika³o to bowiem z zastosowanej konwencji literackiej przygód kosmicznego ³garza i fantasty. "Cyberiadê" zaliczy³bym do kategorii trzeciej: w niej Obco¶æ nie jest obca do koñca, bo stanowi u zarania nasz, ludzki wytwór. Roboty z "Cyberiady" odstrêczy³y siê wprawdzie od ludzi, ale tylko o tyle, by móc przedstawiaæ ich "pryncypialn± krytykê" lub na my¶l o nich otrz±saæ siê ze zgroz±. Literacka konwencja, w jak± zosta³y otulone, tym mocniej je z lud¼mi kojarzy. Dystans miêdzy cz³owiekiem a robotem dostarcza pisarzowi nowych narzêdzi do analizy podstawowej kwestii, która go wci±¿ interesuje: kwestii krytyki cz³owieczeñstwa, specyfiki i granic tego, co ludzkie.
Bajki Lema zdaj± siê doskona³ym wcieleniem idei Rogera Caillois, który literaturê science fiction nazwa³ "ba¶niami ery kosmicznej". Ale Caillois my¶la³ o klasycznej odmianie fantastyki naukowej, której przypisywa³ po prostu spo³eczn± funkcjê podobn± do tej, jak± wcze¶niej pe³ni³y ba¶nie - Lem bawi siê literack± stylizacj±, do modelu ba¶ni odwo³uje siê z ostentacj±, stosuj±c pe³ny repertuar chwytów kojarzonych z gatunkiem ba¶niowym. Prze¶led¼my je tutaj.

*

Po pierwsze: ba¶ñ lokuje sw± akcjê w miejscu bli¿ej nie okre¶lonym, "za górami za lasami", co przek³ada siê doskonale na "gdzie¶ w przestrzeni kosmicznej". Owa przestrzeñ nie ma wyra¼nych granic: we wszystkich kierunkach rozci±ga siê wokó³ bezmiar, którego struktura i wewnêtrzne dystanse wyznaczane s± przez dzia³ania bohaterów. Po drugie: ¶wiat ba¶ni jest ¶wiatem feudalnym, rz±dzonym przez królów maj±cych wokó³ siebie dwory, armie ¿o³nierzy i s³u¿±cych. W ba¶ni tedy jedn± z istotnych kwestii jest zagadnienie w³adzy - dobrej lub z³ej, m±drej lub zdeprawowanej, co Lem przenosi w realia swego ¶wiata, szczególn± uwagê po¶wiêcaj±c korupcji, jak± niesie panowanie. Po trzecie: w ¶wiecie ba¶ni istotn± funkcjê pe³ni± magia i czary, a zatem przekraczanie praw rz±dz±cych rzeczywisto¶ci±. Lem magiê zastêpuje nadnaturaln± sprawno¶ci± techniczn±, a czarowników czyni po prostu konstruktorami, którzy umiej± wiêcej ni¿ inni, a s³u¿yæ mog± Dobru lub Z³u - jak to w bajkach bywa. Przy tym Dobro i Z³o maj± - jak w pierwowzorach - charakter przedustawny, wynikaj± z dualistycznej natury ¶wiata i na nic tu psychologizowaæ, szukaæ spo³ecznych uzasadnieñ dla okrucieñstwa w³adców, ¿±dzy bogactw, nieumiarkowania itd. Wymowa etyczna tych utworów jest raczej jednoznaczna, choæ komplikacja fabu³ bywa wysokiej próby.
W³adca jest osobliwym cz³owiekiem, bo przys³uguje mu prawo do kszta³towania ¶wiata wokó³ siebie, uk³adania go pod³ug w³asnych zachcianek lub wyobra¿eñ o tym, co godziwe. Dylematy w³adców s± zatem w jakim¶ sensie dylematami ka¿dego cz³owieka, który chcia³by decydowaæ o swoim losie i odciskaæ swoj± sygnaturê w porz±dku otaczaj±cej go rzeczywisto¶ci - tyle ¿e, szczególnie w ba¶niach, te dylematy spotêgowane s± do najwy¿szego stopnia. W³adcy z bajek Lema mog± o sobie powiedzieæ to samo mniej wiêcej, co mówi³ kapitan Clarke z Gombrowiczowskich "Zdarzeñ na brygu Banbury", a mianowicie, ¿e kapitan (w³adca) "to s³owo ogromne, z³o¿one z samych zachcianek". Maj± te¿ podobne do Clarke’a problemy ze sw± w³adz±: nie wiedz±, co z ni± zrobiæ, ich wewnêtrzna pustka przek³ada siê bowiem na pustkê zewn±trz. W rezultacie goni± za wymy¶lnymi rozrywkami, bawi± siê okrucieñstwem, powoduje nimi monstrualna chciwo¶æ, ¿±dza u¿ycia, a przy tym - równie monstrualny - lêk przed konkurentami do monarszego stolca. Znów Gombrowicz siê k³ania - ale tym razem ze "¦lubu", gdzie Ojciec nie mo¿e poradziæ sobie z w³asnymi emocjami, bo ka¿da z nich "królem mu ro¶nie... królem olbrzymieje". Mo¿na rzec, i¿ w obrazie w³adcy mamy do czynienia ze swoist± karykatur± cz³owieczeñstwa.
No dobrze, ale przecie u Lema nie z lud¼mi mamy do czynienia, tylko z robotami! Karykaturalno¶æ zosta³a w ten sposób podniesiona niejako do kwadratu. Najpierw w³adcy odbijaj± w sobie dobre lub z³e cechy ludzi, nastêpnie staj± siê ich karykaturami na inny sposób jeszcze - jako istoty cz³ekopodobne, "powtórzenie" cz³owieka w innym materiale. A przecie¿ mamy tu do czynienia równie¿ z relacj± odwrotn±: "z punktu widzenia robota" to cz³owiek jest jego karykatur±, jego "gorsz±" wersj±: s³absz± fizycznie, niesta³± emocjonalnie, poddaj±c± siê ³atwo najgorszym instynktom.
Karykatura jest swoistym unieszkodliwieniem wzorca, znalezieniem prostej zasady jego funkcjonowania. Dla kogo jednak w tym szczególnym przypadku? Któ¿ w "Cyberiadzie" jest projektowanym przez tekst adresatem opowie¶ci, skoro wszystko rozgrywa siê w ¶wiecie robotów? Bajki Lema opowiadaæ mo¿e mama-robot ma³ym roboci±tkom, sk±d wniosek, ¿e "normalno¶ci±" dla opowiadaj±cego jest nie tyle nasza, ludzka rzeczywisto¶æ, ile jaka¶ hipotetyczna kraina, w której ¿yj± istoty mechaniczne. ¦ladu fizycznego po tej "normalno¶ci" w tekstach Lema brak, ale to wszak z niej w³a¶nie je-
go ba¶ñ startuje w swoje fantazje - zarówno te, w których kreuje siê feudalne ¶wiaty robotów, jak i te, z których przybywaj± gro¼ni, irracjonalni, sprzeczni w sobie ludzie.
Proszê nie s±dziæ, ¿e w ten sposób dorabiam Lemowi jakie¶ nie istniej±ce piêtro jego ba¶niowego ¶wiata. To czysty konstrukt krytyka, który próbuje zrozumieæ, jaki jest "punkt widzenia" karykatur pisarza. Ten punkt widzenia usytuowany jest przecie na zewn±trz zarówno historii o robotach, jak o ludziach. Gdzie wiêc siê sytuuje? Czy nie w przestrzeni czystej, w³a¶ciwej ponoæ mechanicznym mózgom racjonalno¶ci, która próbuje oceniaæ funkcjonowanie rozmaitych spo³eczeñstw i jednostek wpl±tanych w ich strukturê? Karykatura taka jak tutaj, podwójna i w dwie strony skierowana, budzi niepokój, jej funkcja ocalania przez ¶miech gdzie¶ siê zapodziewa, skoro przywary jednostek, niewa¿ne: biologicznych czy mechanicznych, okazuj± siê nie¶miertelne, wynikaj± jakby z samej zasady funkcjonowania spo³eczeñstwa, nie da siê zatem ani ich wypleniæ, ani - przez edukacjê - jednostkom skutecznie zohydziæ. Bajki Lema s± produktem racjonalnego umys³u, który próbuje opisaæ zasadnicz± nieracjonalno¶æ wszelkich zbiorowisk, wszystkich tych zrzeszeñ, w które ³±cz± siê rozmaite "ja". Ale i z "czystym rozumem", jak zobaczymy, sprawa nie przedstawia siê tak prosto.
"Ja" osadzone w spo³eczeñstwie stara siê zazwyczaj u Lema poszerzaæ swe granice i prerogatywy, zagarniaæ dla siebie coraz to wiêcej i wiêcej, narzucaæ siebie wspólnocie. Przyk³adem najwyrazistszym takiego "ja" rozdêtego jest w ba¶niach Lema w³adca. Królowie robocich pañstewek albo dbaj± jedynie o realizacjê swych zachcianek ("Oferta króla Okrucyusza"), albo pyszni± siê bogactwami ("Skarby króla Biskalara"), albo chc± pokonaæ wrogów ("Pu³apka Gargancjana") b±d¼ tylko zapewniæ sobie w³adzê po wsze czasy ("Bajka o królu Murdasie"). Tam, gdzie panuj±cy okazuj± siê dobrzy i roztropni ("Doradcy króla Hydropsa"), szaleñstwem walki o w³adzê i wp³ywy zara¿aj± siê natychmiast dworacy. Tak dzia³a ba¶niowy schemat? Prawda, ale nie przypadkiem chyba nagromadzi³ Lem w swych fantastycznych ¶wiatach tyle przyk³adów jawnie bezsensownych dzia³añ, które cel maj± w poszerzaniu sfery ekscesów wybuja³ego "ja".
Odmian± tych ekscesów jest erotyka - bo roboty Lema nie s± obojêtne na uroki p³ci przeciwnej, choæ przyjemno¶ci, jakie z erotyki czerpi±, wyraziæ mo¿na jêzykiem raczej elektrotechniki ni¿ cia³a ("Bajka o trzech maszynach opowiadaj±cych króla Genialona", "O królewiczu Ferrycym i królewnie Krystali"). Jednym s³owem, ¿ywio³ parodii - parodii cz³owieczeñstwa - przenika wiele sfer ba¶niowych ¶wiatów "Cyberiady", choæ niekiedy ustêpuje patosowi mrocznych legend ("Dwa potwory", "Bia³a ¶mieræ"), w których cz³owiek okazuje siê ju¿ nie - groteskowo wodnistym i ciastowatym "bladawcem", ale istot± potê¿n± i z³o¶liw±, nieprzejednanym wrogiem wszystkich robotów.

*

Je¶li co¶ te ba¶nie ró¿ni od klasycznych pierwowzorów, to postaæ "pozytywnego bohatera". W ba¶niach znanych dot±d bohaterem g³ównym by³ zwykle kto¶, kogo skarbem najwiêkszym by³a poczciwo¶æ, zdolno¶æ do mi³o¶ci i po¶wiêceñ dla osoby ukochanej. Pozytywnymi bohaterami Lema s± natomiast znakomici konstruktorzy. S± oni w stanie stworzyæ z dostêpnych sobie ¶rodków nieomal wszystko, co siê zamarzy w³adcom, którzy ich wynajêli, a nawet wiêcej - bo konstruktorzy z regu³y musz± sobie poradziæ z kryj±cymi siê za zamówieniem oszukañczymi intencjami i z³± wol±.
W centrum "Cyberiady" stoi zatem postaæ in¿yniera-kreatora i problem kreacji. Z pozoru brak tu odwo³añ do jakiejkolwiek powa¿nej problematyki. Tworzenie - choæ nie z niczego - Lem przedstawia w swoich ba¶niach najczê¶ciej w kostiumie fantastyczno-bajkowym. Konstruktorzy "³uskaj± atomy", "przêd±" twarde promieniowanie, maj± na swe us³ugi - jak Kreacjusz ze "Skarbów króla Biskalara" - prawdziwie czarodziejskie iskierki, które wykonuj± za nich ró¿ne skomplikowane roboty na poziomie atomowym (istni to "magiczni pomocnicy" w terminologii Proppa). Je¶li jednak przyjrzeæ siê bli¿ej "cudom" przez nich stwarzanym, oka¿e siê, ¿e one ca³kiem w³a¶ciwie, tzn. zgodnie z regu³ami fizyki, odpowiadaj± przynajmniej na pytanie, co konstruktor próbuje zdzia³aæ, choæ na pytanie, jak to robi, sk±pi± najczê¶ciej dok³adniejszych zeznañ, zas³aniaj±c siê jêzykiem i sztafa¿em ba¶ni.
Z cech g³ównych "pozytywnego bohatera" pozosta³o jedno: Lemowi kreatorzy z natury rzeczy stoj± po stronie Dobra, pracuj± na rzecz pokoju, umiarkowania, pow¶ci±gniêcia zgubnych namiêtno¶ci. Je¶li czasem dadz± siê wci±gn±æ we wspó³zawodnictwo, to ich ambicje budziæ mog± najwy¿ej u¶mieszek w porównaniu z nienasyconymi ambicjami w³adców, którym staraj± siê roztropnie s³u¿yæ. Roztropnie, to znaczy na rzecz pospólnego - nie egoistycznie pojêtego - dobra. Czy oznacza to, ¿e rozumna kreacja jest z natury dobra? Mo¿e raczej: ¿e konstruktorstwo wykwita z tej racjonalno¶ci, któr± Lem czyni punktem odniesienia swych wêdrówek w szaleñstwo i absurd rz±dz±ce ¿yciem spo³eczeñstw i jednostek. Ci, którzy potrafi± daæ sobie radê z materi±, tak¿e i z zasadami moralno¶ci nie bêd± mieli k³opotu, moralno¶æ bowiem w tych ba¶niach zdaje siê mieæ wiele wspólnego z rozumem, choæ obie musz± czasem skapitulowaæ przed uporczywo¶ci± g³upoty i z³a.
G³upota jako¶ Lema fascynuje, dlatego w ba¶niach znajdziemy nielich± galeriê jej odmian. W stanie czystym ogl±daæ mo¿emy ten przypadek w "Maszynie Trurla" - ¶licznej opowie¶ci o maszynie my¶l±cej, która zrealizowa³a marzenie konstruktora o sztucznej inteligencji w sposób osobliwy: uparte obstawanie przy w³asnym zdaniu przed³o¿y³a nad poprawno¶æ my¶lenia. G³upota jest bowiem - co widaæ szczególnie w historiach o chciwcach czy satrapach - nie tyle b³êdem logiki, ile przypad³o¶ci± woli, odbieraj±c± jasno¶æ s±du i rozeznanie warto¶ci. W formie przejrzystej przypowie¶ci realizuje to bajka o "trzech elektrycerzach": do zdobycia nietrwa³ych skarbów Krionidów popycha elektrycerzy sama tylko wola, jakakolwiek przymieszka my¶lenia staje siê dla tej bezsensownej eskapady zabójcza.
Na antypodach g³upstwa stoi tedy, jak siê zdaje, kreacja i jej mistrz: konstruktor, ale czy i on uciec przed g³upot± zdo³a? Lemowi konstruktorzy dobrze sobie radz±, póki przychodzi im wywodziæ w pole ogarniêtych tak± czy inn± mani± w³adców. Ich twory objawiaj± wówczas "podwójn± lojalno¶æ": s± niby to wype³nieniem ¿yczeñ króla, a jednocze¶nie s³u¿± dobrej sprawie, udaremniaj±c jego niecne zamiary. Znacznie gorzej dzieje siê, gdy porwani ambicj± kreatorzy wa¿± siê na wyczyny godne boskiego demiurga: próbuj± stworzyæ spo³eczeñstwa dobrze urz±dzone i szczê¶liwe. Koñczy siê to albo za³amaniem spo³ecznej struktury i wybuchem powszechnego zamêtu, albo spe³nieniem niejako tautologicznym: szczê¶liwa jest istota, która wci±¿ sobie powtarza: "jestem szczê¶liwa!" - jak tytu³owe Kobyszczê z opowie¶ci. "Cyberiada" w pewnej chwili staje siê przede wszystkim ksi±¿k± o daremnych próbach uszczê¶liwienia zbiorowo¶ci, przy czym wszystkie klêski, jakie konstruktorów na tym polu spotykaj±, wywodz± siê zapewne z ich nierozumienia specyfiki funkcjonowania spo³eczeñstw. Otó¿ nie da siê ich ulepszyæ i obdarzyæ szczê¶ciem ani dostarczaj±c im w nadmiarze dóbr, ani wszczepiaj±c im powszechny altruizm, istniej± one bowiem jako chwiejna równowaga przeciwieñstw - i to równowaga w wiecznym ruchu, w nieustannym d±¿eniu do spe³nienia jakich¶ idealnych lub materialnych celów. Niszczenie owej równowagi jak±kolwiek drastyczn± ingerencj± nie jest najlepsz± recept± na utrzymanie homeostazy. Tak samo, jak realizacja pragnieñ - wszak d³ugie, pe³ne mozo³ów d±¿enie do spe³nienia marzeñ to podstawa, na jakiej opiera siê zrzeszenie jednostek.
Pamiêtaj±c, ¿e z robotami sprawa, lepiej ocenimy sceptycyzm Lema: wydawa³oby siê, ¿e istoty mechaniczne znacznie ³atwiej poddadz± siê konstruktorskim zabiegom, ¿e ¶wiat maszynowej racjonalno¶ci jest wprost stworzony do melioracyjnych zabiegów. Tymczasem nic z tego! Lem próbuje nam, zdaje siê, powiedzieæ, ¿e b³±d le¿y nie tyle w jakich¶ naszych ludzkich negatywnych cechach, ale ¿e jest wpisany w egzystencjê wszelkiego rodzaju cz³onków spo³eczno¶ci, ergo: to spo³eczeñstwo (tak jak wcze¶niej jednostka) produkuje irracjonalizm i absurd, naruszaj±c nieustannie fundamenty zdrowego rozs±dku.

*

Pod koniec cyklu Lem rozszerzy³ wyra¼nie formu³ê swoich ba¶ni, co widaæ dobrze w "Powtórce" i "Edukacji Cyfrania" (nb. wedle pierwotnych za³o¿eñ nawet "Maska" mia³a w sk³ad "Edukacji" wchodziæ). Wraz z "Opowie¶ci± Pierwszego Odmro¿eñca" w historiê o tworzeniu Idealnego Spo³eczeñstwa wkrada siê nader aktualna w latach 70. zjadliwa satyra polityczna i staje siê jasne, ¿e pisz±c o desperackich a nieudanych próbach kreacji powszechnego dobrobytu i szczê¶cia, autor ksi±¿ki mierzy³ w rz±dz±cy wówczas w Polsce polityczny system. W ten sposób pañstwo robotów staje siê kolejnym parodystycznym wcieleniem spo³eczno¶ci, której w³adza chce zaszczepiæ komunizm i któr± w tym celu rada by przerobiæ w uk³ad czysto mechaniczny, pozbawiony pamiêci, w³asnych emocji czy pragnieñ. Jako taki móg³by staæ siê dogodnym obiektem melioracyjnych eksperymentów, a jego mechaniczno¶æ w³a¶nie uczyni³aby go podatnym na interwencje czysto techniczne, nie odwo³uj±ce siê do sentymentów, zasz³o¶ci historycznych, odziedziczonych systemów aksjologicznych, etc. No có¿ - skoro z robotami mo¿na "wszystko zrobiæ", dowolnie je przemodelowaæ i przeprogramowaæ?... Tak przecie dzia³a Trurl w opowiadaniu "Kobyszczê", projektuj±c cechy stwarzanych spo³eczeñstw tak, aby zapewniæ im szczê¶cie. Niestety, nic z tego nie wychodzi - nawet temu geniuszowi in¿ynierii, có¿ wiêc siê dziwiæ, ¿e podobnego zadania nie potrafi wykonaæ têpawe Biuro Polityczne pod przewodem wszechwiednego i omnipotentnego rzekomo Pierwszego Sekretarza. Jest wiêc w "Cyberiadzie" zaznaczona p³aszczyzna, na której dzia³a czysty rozum i in¿ynierska sprawno¶æ, ale i tam nie sposób znale¼æ recepty na schorzenia spo³eczeñstw. Musz± one - w drodze d³ugich i ¿mudnych procesów - uleczyæ siê same. "Cyberiada" w punkcie doj¶cia okazuje siê satyr± polityczn± na samozwañczych "in¿ynierów dusz", którym oddano w pacht w³adzê nad ¿yciem ca³ych narodów.
Tre¶æ satyryczna ksi±¿ki nie t³umaczy jej niezwyk³ego powodzenia. Kosmiczne ba¶nie Lema to przede wszystkim majstersztyk roboty czysto literackiej. S± one eksperymentem przeprowadzanym na jêzyku i literackich formach. Lema fascynuje sam proceder mieszania jêzyków, stylów, konwencji literackich, elementów rzeczywisto¶ci branych z rozmaitych, kontrastowych dziedzin. Naj³atwiej zauwa¿yæ zabawn± niespójno¶æ realiów ba¶niowych królestw. Najwy¿szy rozwój techniki towarzyszy tam groteskowym anachronizmom w rodzaju lutuj±cego garnki Frotona ("Doradcy króla Hydropsa") czy królewny, która rozum musi kluczykiem nakrêcaæ ("Jak Erg Samowzbudnik Bladawca pokona³"). Ale poczyna siê ten eksperyment na poziomie najni¿szym - s³owotwórczym, gdzie pe³no wyrazów stanowi±cych zlepki czy zrosty hase³ branych ze s³ownika wspó³czesnej nauki - i s³ownika tradycyjnej, wiêc osadzonej w feudalnym ¶wiecie ba¶ni. St±d wszyscy owi "elektrycerze", "cyberchanio³y", "robos³y", tytu³y dworskie w rodzaju: "Wielki Cybernator Koronny", "Wielki Arcydynamik", czy imiona takie jak "Krionidzi", "Arbitron Kosmozofowicz", "Diody", "Triody" i "Heptody", ³±cz±ce element "scjentyczny" ze swoi¶cie bizantyjskim brzmieniem (co siê ze wspólnej dla obydwu ¿ywio³ów greki bierze).
Dalej id± w "Cyberiadzie" cechy samej opowie¶ci, która, maj±c za przedmiot sprawy "kosmiczne", bardzo czêsto wykorzystuje konwencje charakterystyczne dla narracji ba¶niowej. Bêd± to powtórzenia (np. "My jeste¶my Staloocy..." z "Konsultacji Trurla"), triada: po skarby Krionidów wybieraj± siê trzej elektrycerze, Staloocy próbuj± wystraszyæ "co¶", co na ich planetê zawita³o, "maszynk±-straszynk±", "maszyn±-straszyn±" i "maszyniszczem", itd. Ostatnia z przytoczonych triad s³u¿yæ mo¿e dodatkowo jako przyk³ad zabaw s³owotwórczych, polegaj±cych b±d¼ to na wywodzeniu z jednego rdzenia szeregu wyrazów, a co za tym idzie - tak¿e wielu bytów o zbli¿onej charakterystyce - b±d¼ na zestawianiu s³ów zbli¿onych fonetycznie, rymowaniu ich, a nawet rymowaniu ca³ych odcinków narracji ("I podbija, stempluje, za³±czniki rachuje, odsy³a odwo³ania, bez ¿adnego gadania, kamizelka nie dopiêta, proszê wezwaæ petenta, skrócone godziny, cieniutka herbatka, a w szufladzie krawatka, oto nowe papiery, czterdzie¶ci i cztery, i zak³ada cztery nowe szafy, a tam próby przekupstwa i ruja z poróbstwa, i nakaz egzekucji ze ¶rody na pi±tek, i siedem piecz±tek" - to z "Konsultacji Trurla").
Rymowanki Lema s± czêsto nies³ychanie ¶mieszne - jak owa mroczna przepowiednia z "Bajki o królu Murdasie", która przybiera formê krwawo-zgrzytliwego wierszyka ("Wybi³a godzina - ¶cina siê rodzina, / Brat brata lub ciotkê, a kuzyn kuzyna. / Bulgoce saganek - dochodzi bratanek, / ¯re podagra szwagra, kat mu zaraz zagra..."). Rym jest czynnikiem roz³adowuj±cym grozê, wprowadzaj±cym na jej miejsce swoist± mechaniczno¶æ, która - jak chce Bergson - jest matk± komizmu. Czym innym rym jednak, a czym innym poezja. W historii o Elektryba³cie Trurla "mechaniczno¶æ" wa¿y siê na tworzenie poematów, które maj± ponoæ przyprawiaæ o omdlenie najbardziej niepoetyczne natury. Lem tych szczytów poezji nam, rzecz jasna, nie prezentuje. Poprzestaje na arcy¶miesznych majstersztykach rzemie¶lniczej sprawno¶ci, którym jedynie maszyna sprostaæ mo¿e (a cz³owiek tylko wtedy, gdy dopasuje zamówienie do gotowego tekstu). Co jednak znaczy to obarczenie maszyny poetyck± wen±?
Na wstêpie opowiadania, kiedy Trurl, wpisawszy w maszynê ca³± m±dro¶æ wieków, otrzymuje, zamiast arcydzie³, jakie¶ jêzykowe potworki, gotowi¶my uwierzyæ, ¿e mechanizm ust±piæ musi w dziedzinie artystycznej twórczo¶ci ¿ywej istocie. A przecie Lem na koniec pozwala "wygraæ" maszynie: jej p³ody okazuj± siê doskonalsze od wszystkiego, co stworzyæ umiej± najtê¿si owocze¶ni poeci. Dodajmy od razu: poeci-roboty, chyba ¿e zapomnimy na chwilê, w jakim ¶wiecie toczy siê akcja opowie¶ci. Czy to tylko ¿art? Tak i nie. Twórczo¶æ poetycka to tylko jedna z wielu dziedzin ¿ycia, w których intelekt mechaniczny potyka siê z "naturalnym", stworzonym przez ewolucjê biologiczn±. Roboty Lema - karykatura ludzi - musz± wiêc tak¿e ust±piæ przed sztucznym umys³em na tyle wyspecjalizowanym w jakim¶ rodzaju kreacji, ¿e przeciêtny robot mu nie dorówna. ¯art skrywa chyba lekkie przera¿enie perspektyw± wyparcia twórczo¶ci bêd±cej dzie³em osób - perfekcyjn± technicznie "produkcj± artystyczn±", której dostarcz± nam kiedy¶, byæ mo¿e, automaty.
Czy¿ wiêc po to, by rzuciæ wyzwanie przysz³ym superkomputerom, którym, jak Lem lubi podkre¶laæ, najtrudniej bêdzie poradziæ sobie ze zrozumieniem zwyk³ych dowcipów, ol¶niewa nas autor ksi±¿ki niezwyk³± gêsto¶ci± stylistyczn± swej ksi±¿ki, niezliczonymi nawi±zaniami intertekstualnymi, grami jêzykowymi, zmieszaniem stylów mowy i odpowiadaj±cych im realiów? "Cyberiada" jest pod tym wzglêdem niepospolicie atrakcyjna: nawarstwia siê w niej pe³en archaizmów jêzyk starych przypowie¶ci, patos i ozdobno¶æ dworskiego idiomu, jêzyk wspó³czesnej nauki, naiwny styl bajek dla dzieci itd. Niekiedy perypetie fabu³ rodz± siê wrêcz ze "zdarzenia jêzykowego" - jak owa, wskutek literówki, przemiana "elektrosmoka" w "elektrosmo³ê", jak tragedia ¶wiata, w którym bez powrotu znik³o tak wiele rzeczy o nazwach rozpoczynaj±cych siê na literê n. Inny typ jêzykowej gry wynika z zabawnego udos³ownienia formu³ matematyki ("smok zacz±³ ci±gn±æ, ci±gn±³, ci±gn±³, a¿ ca³y zatrzeszcza³, zasapa³ siê, zadygota³, ale nagle pu¶ci³o - i wyci±gn±³ z siebie pierwiastek"), jeszcze inny - z parodystycznego potraktowania jêzyka naukowych roztrz±sañ. Oto przyk³ad ze "Smoków prawdopodobieñstwa":
"Jak wiadomo, smoków nie ma. Prymitywna ta konstatacja wystarczy mo¿e umys³owi prostackiemu, ale nie nauce, poniewa¿ Wy¿sza Szko³a Neantyczna tym, co istnieje, wcale siê nie zajmuje; banalno¶æ istnienia zosta³a ju¿ udowodniona zbyt dawno, by warto jej po¶wiêcaæ choæby jedno jeszcze s³owo. Tak tedy genialny Kerebron, zaatakowawszy problem metodami ¶cis³ymi, wykry³ trzy rodzaje smoków: zerowe, urojone i ujemne. Wszystkie one, jak siê rzek³o, nie istniej±, ale ka¿dy rodzaj w zupe³nie inny sposób".
Ani to satyra na matematykê, ani na bajki o smokach! Komizm rodzi siê na styku jêzyków i konwencji, wynika z przebicia ¶cianek oddzielaj±cych ró¿ne dziedziny tego, co ponoæ z jednego pnia - ludzkiej kultury - siê wywodzi. Lem czyni w "Cyberiadzie" osobliw± sztuczkê: przepuszcza rzeczywisto¶æ przysz³o¶ciowej, przekraczaj±cej naj¶mielsze marzenia kreacji przez filtr najbardziej tradycyjnego, przechowuj±cego ludzk± pamiêæ, emocje i zasady ¶wiata ba¶ni. Efekt jest komiczny, ale i powa¿ny zarazem - bo kultura, któr± tworzy spo³eczeñstwo, jest zawsze dziwacznym splotem anachronizmów, miejscem spotkañ rzeczy pochodz±cych z ró¿nych ¶wiatów i ró¿nych aksjologii. To, co w niej próbujemy wykreowaæ, nie jest odseparowane od t³a, wchodzi z nim w niespodziane interakcje, zaskakuj±c co chwila Konstruktora.
Wiek XX ubóstwi³ Kreacjê, tworzenie lepszej, bardziej racjonalnej Nowo¶ci. Lem konfrontuje te marzenia z rzeczywisto¶ci±, w której hulaj± ca³kiem nie nowoczesne namiêtno¶ci, w której potykamy siê co chwila o pozosta³o¶ci dawnych wiar i odwiecznych marzeñ. Efekt zachodz±cych tu zderzeñ (jêzyka, konwencji, obyczajów) jest nieodparcie ¶mieszny. Ale czy ¶mieszno¶æ tylko w nas drzemie, czy stanowi nieodjemn± w³asno¶æ ca³ego Kosmosu? Có¿, na to pytanie - jak mówi³ jeden z Lemowych mêdrców - "ka¿dy musi sam sobie odpowiedzieæ".

JERZY JARZÊBSKI (ur. 1947), historyk literatury i krytyk, profesor Uniwersytetu Jagielloñskiego, wyda³ m. in. w RFN ksi±¿kê o twórczo¶ci Stanis³awa Lema ("Zufall und Ordnung", 1986), jest redaktorem jego "Dzie³ zebranych".

--
C
U
S
2006-04-05 10:18
Temat postu: Lem jak Conrad
ciachu


forum admin
postw: 823

Edmund Wnuk-Lipiñski
Lem jak Conrad

Do moich ulubionych bohaterów, zaludniaj±cych ¶wiaty wykreowane przez Lema, nale¿± Ijon Tichy z "Dzienników gwiazdowych" i, naturalnie, dzielny pilot Pirx. Ijon Tichy zmaga siê w swoich podró¿ach z grotesk± ¶wiatów, które mog³yby istnieæ, gdyby ró¿ne filozoficzne czy polityczne idea³y doprowadziæ do ich logicznego koñca, maj±c na podorêdziu wysoce zaawansowan± technologiê. To kosmiczny baron Münchhausen, który praktycznie sprawdza, do czego prowadziæ by mog³y ró¿ne pomys³y na ostateczne, choæ doczesne, zbawienie ludzko¶ci. ¦wiaty, które odwiedza Ijon Tichy, to planety zamieszka³e przez istoty, które "uszczê¶liwiane" by³y przez szalonych dyktatorów traktuj±cych dos³ownie i najzupe³niej serio recepty na powszechn± szczê¶liwo¶æ i maj±cych w³adzê oraz ¶rodki przymusu pozwalaj±ce im wprowadzaæ owe recepty w praktykê ¿ycia spo³ecznego. Sami ¿yli¶my w takim groteskowym ¶wiecie przez niemal pó³ wieku, a zatem analogie z PRL-owsk± utopi± wcielon± nasuwa³y siê same. By³oby jednak nieporozumieniem traktowanie "Dzienników gwiazdowych" jedynie jako zawoalowanej krytyki absurdalnej, a zarazem gro¼nej recepty na szczê¶cie powszechne. Jest to bowiem o wiele g³êbsza, choæ niedoceniana przez rodzim± krytykê rozprawa z zadufaniem cz³owieka, z jego wiar± w to, ¿e wystarczy mieæ ¶rodki i w³adzê, aby definitywnie uwolniæ ludzko¶æ od cierpieñ, zabobonów i niesprawiedliwo¶ci.
Pirx to bohater zupe³nie inny. On nie odwiedza absurdalnych krain wcielonych utopii. Przeciwnie, jego ¶wiat, a w³a¶ciwie wszech¶wiat, jest zwyczajnym, codziennym miejscem pracy: z pracodawcami, kontraktami, leniwymi pracownikami i psuj±cym siê sprzêtem. To Kosmos widziany oczyma zawodowca, to miejsce pracy, mo¿e trochê wiêksze i trochê bardziej zaskakuj±ce ni¿ hala fabryczna czy laboratorium naukowe. Opowiadania pilota Pirxa to dzienniki pracy wyrobnika Kosmosu, a zarazem to fascynuj±ce zderzenie codziennego mozo³u z tajemnic± przerastaj±c± cz³owieka. Towarzyszymy Pir-xowi w jego karierze zawodowej od stopnia kadeta do komandora. I niezale¿nie od tego, czy Pirx jest kadetem boj±cym siê oblaæ u surowego profesora, czy komandorem dowodz±cym kosmicznym liniowcem, pozostaje on ma³ym ch³opcem, który chce zobaczyæ, co tyka w ¶rodku zegarka. Pirx jest dla mnie niezwykle trafn± metafor± ludzkiej ciekawo¶ci. Tej ciekawo¶ci, która wydoby³a nas ze ¶wiata zwierzêcego, która jest paliwem napêdowym technologicznego rozwoju i która Bóg wie gdzie nas zaprowadzi.
Lem stawia Pirxa w sytuacjach ekstremalnych i testuje nie tylko jego ciekawo¶æ, ale i cz³owieczeñstwo. Niczym eksperymentator w laboratorium nie szczêdzi mu ciê¿kich prób, aby zaobserwowaæ, co siê z nim stanie. Lem wyra¼nie lubi Pirxa. Byæ mo¿e nawet jest to jego wczesne alter ego, kiedy jeszcze by³ w tej fazie twórczo¶ci, któr± mo¿na by nazwaæ "technologicznym optymizmem", sceptycznym, ale jednak optymizmem.
Dzisiaj Lem jest bliski nastrojom katastroficznym. Gdyby zechcia³ kontynuowaæ przygody Pirxa, s±dzê, ¿e i jego bohater mia³by z grubsza podobne nastroje, choæ nadal przede wszystkim by³by zawodowcem, rzetelnie wykonuj±cym swoj± pracê. Ale ju¿ w ówczesnej fazie twórczo¶ci Lema wyra¼nie by³ obecny niepokój. Technologia w ¶wiecie Pirxa pozwoli³a opanowaæ odleg³e zak±tki Kosmosu, ale przecie¿ w ¿adnej mierze nie uwolni³a go od stawania twarz± w twarz z Tajemnic±. Mo¿na by powiedzieæ, ¿e Tajemnica zwielokrotni³a siê, nabra³a wielko¶ci kosmicznych.
W tym przes³aniu zawarta jest jaka¶ g³êboka sokratejska prawda o cz³owieku: widzieæ wiêcej i wiêcej wiedzieæ, to zarazem zdawaæ sobie sprawê z ogromu w³asnej niewiedzy. Cz³owiek bowiem wyruszaj±c w nieznane gnany jest nie tylko bardzo ludzk± ciekawo¶ci± zobaczenia, co kryje siê za horyzontem, ale tak¿e marzeniem, ¿e ju¿ za najbli¿szym horyzontem znajdzie odpowied¼ na podstawowe pytania. S³owem, ¿e odkryta wreszcie zostanie tajemnica naszego istnienia.
Pirx, jako siê rzek³o, jest zawodowcem, by nie powiedzieæ - rzemie¶lnikiem Kosmosu. Prowadzenie statków kosmicznych jest jego ¼ród³em utrzymania, ale przecie¿ nie tylko o zap³atê chodzi. Praca, pe³na zmagañ z oporem materii, instytucji i ludzi, jest zarazem polem do¶wiadczeñ zgo³a metafizycznych: zetkniêcia z wielkim milczeniem Kosmosu, ze zdarzeniami, które wykraczaj± poza w±sko racjonalistyczne pojmowanie ¶wiata. Mo¿e i Pirx jest postaci± zmy¶lon±, ale jego ¿ycie i przygody oddaj± prawdê o losie cz³owieka, rzuconego w ¶rodowisko nie dla niego stworzone. Mówi Pirx: "Dobre ksi±¿ki s± zawsze prawdziwe, nawet gdyby opisywa³y rzeczy, które nigdy nie wydarzy³y siê i nie wydarz±. S± prawdziwe w innym sensie - je¶li mówi±, powiedzmy, o kosmonautyce, to tak, ¿e poznaje siê co¶ z tej ciszy, która jest zupe³nie inna od ziemskiej, z tego spokoju, tak doskonale nieruchomego... Cokolwiek przedstawiaj±, mówi± zawsze to samo, ¿e cz³owiek, tam, nigdy nie bêdzie u siebie." To wyznanie Pirxa równie dobrze s³u¿yæ mo¿e jako credo pisarskie jego twórcy Lema.
Pirx jest dzielnym pilotem, który w odró¿nieniu od wielu innych ludzi podobnej profesji daje sobie radê w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, zgotowanych mu przez autora. Jednak Pirx nie jest ¿adnym supermanem, nie ma nadludzkiej postury ani umiejêtno¶ci, których nie posiada³yby rzesze jemu podobnych. A jednak jest inny. Bowiem obok bardzo dobrego opanowania rzemios³a kosmicznego, ma jeszcze to co¶, o czym pisa³ ju¿ Joseph Conrad w swoich wielkich powie¶ciach: silnie rozwiniêty zmys³ etyczny, wierno¶æ powinno¶ciom wynikaj±cym z tego, ¿e jest siê zarazem zawodowcem i mê¿czyzn±. Klimat conradowski, mimo ca³ego sztafa¿u twardej, technologicznej science fiction, jest obecny w ka¿dej przygodzie pilota Pirxa. Nie jest to jednak epigoñstwo ani na¶ladownictwo. Pirx bowiem staje wobec wyzwañ, które przekracza³y horyzont wyobra¼ni bohaterów Conrada. I choæ metafora bezbrze¿nego oceanu jest w swej istocie podobna do metafory niezmierzonego Kosmosu, bo i tu, i tam cz³owiek staje twarz± w twarz z nieskoñczono¶ci±, to jednak w tle przygód racjonalisty Pirxa czai siê pytanie o Byt Absolutny.
Pirx naturalnie nie spotyka Go, ale w swoich podró¿ach nieustannie potyka siê o ¶lady, prowadz±ce ku tajemnicy, której nawet nie mo¿na dobrze zdefiniowaæ; tajemnicy niewyobra¿alnego ogromu Wszech¶wiata, niezmienno¶ci praw, a tak¿e owej ciszy, przejmuj±cej, zupe³nie innej od ziemskiej.

EDMUND WNUK-LIPIÑSKI (ur. 1944) - socjolog, autor powie¶ci science fiction, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN i w Collegium Civitas.

--
C
U
S
2006-04-05 10:18
Temat postu: Pytanie o Solaris
ciachu


forum admin
postw: 823

Magdalena Fikus
Pytanie o Solaris

Zapytana o ulubion± ksi±¿kê Lema, nie mam chwili wahania - to "Solaris". Potem przychodz± mi na my¶l "Opowie¶ci o pilocie Pirxie". Te ksi±¿ki czyta³am w czasie, kiedy trzeba by³o mieæ znajomego ksiêgarza, aby je kupiæ, ja zna³am tylko znajomych i dlatego nie mam ich na pó³ce. Zreszt± czyta³am je na tyle dawno i w tak innej rzeczywisto¶ci, ¿e by³am nawet ciekawa, co pomy¶lê o nich teraz.
W antykwariacie "Solaris" akurat by³a, a w ksiêgarni znalaz³am wznowienie "Opowie¶ci" . Zaczê³am zatem czytaæ i... znowu mnie wci±gnê³o tak, ¿e choæ lubiê czytaæ kilka ksi±¿ek naraz, od³o¿y³am inne. Potem jeszcze zobaczy³o "Solaris" kilku uczestników "Szko³y matematyki pogl±dowej" (mia³am tam wyk³ad o genomice - proteomice, wiêc w tematyce bliskiej "Solaris") i wspólnie wymienili¶my pogl±dy. Jeden z panów wyrecytowa³ z pamiêci d³ugi wiersz, chyba z "Bajek robotów".
Ksi±¿ki Lema pozosta³y zatem g³êboko w pamiêci niegdysiejszych czytelników, co wiêcej, nadal budz± zainteresowanie. Dla mnie oznacza to po prostu, ¿e s± Literatur±.
Obie moje lektury "Solaris" dzieli nie tylko formalnie czas, ale ja tak¿e jestem dzi¶ zupe³nie innym cz³owiekiem ni¿ by³am w po³owie lat 60. A wra¿enie, które pozosta³o i wtedy, i teraz, wi±¿e siê z niedopowiedzeniem - o które wówczas mia³am do Pana Lema okropne pretensje: ¿e nie wiemy w koñcu, jak to by³o z oceanem i czym siê w³a¶ciwie ksi±¿ka koñczy. Dzi¶ usi³ujê sobie na te pytania odpowiedzieæ sama. Mimo ¿e o tyle lat starsza - nadal nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Ale jak±¿ ten Lem ma wyobra¼niê! Niedawno znalaz³am podrêcznik biochemii, na podstawie którego zdawa³am egzaminy na studiach biochemicznych w tamtych latach. Syntezie bia³ek jest w nim po¶wiêcone pó³ ba³amutnej strony (nic nie wiadomo), a kwasy nukleinowe omówione s± jako jedna z nudniejszych chemicznie i zagadkowych substancji. Wielkie odkrycie Watsona-Cricka mia³o 8 lat, w podrêcznikach jeszcze o nim nie pisano.
¦ledz±c uwa¿nie informacje o Harey, materialnym wytworze wspólnego dzia³ania mózgu bohatera i oceanu, znajdujê wzmiankê zarówno o bia³kach, jak i kwasach nukleinowych, ale ta wiedza nie jest konieczna, ¿eby móc my¶leæ o tajemnicy Solaris. A kilka lat temu odkryto w Ameryce Pó³nocnej najwiêkszy wspó³czesny ¿ywy organizm - jest to podziemna grzybnia rozprzestrzeniaj±ca siê na obszarze kilkuset (mo¿e wiêkszym) hektarów. Wydaje siê jednak, ¿e nie jest to grzybnia my¶l±ca, a DNA na pewno zawiera.
"Solaris" dzi¶ jest dla mnie ¶wiadectwem niemocy cz³owieka w próbach odej¶cia od antropocentrycznego sposobu patrzenia na ¶wiat. Mówi o tym jeden z bohaterów ksi±¿ki: "nie szukamy [we Wszech¶wiecie] nikogo prócz ludzi. Nie potrzeba nam innych ¶wiatów. Potrzeba nam luster... to maj± byæ globy, cywilizacje doskonalsze od naszej... Tymczasem po drugiej stronie jest co¶, czego nie przyjmujemy, przed czym siê bronimy, a przecie¿ nie przywie¼li¶my z Ziemi samego tylko destylatu cnót... Przylecieli¶my tu tacy, jacy jeste¶my naprawdê, a kiedy druga strona ukazuje nam tê prawdê - tê jej czê¶æ, któr± przemilczamy - nie mo¿emy siê z tym zgodziæ". I dlatego gorzk± wymowê ma tytu³ jednego z rozdzia³ów: "Sukces", bowiem sukcesem okazuje siê nieodwracalne zniszczenie obrazu z drugiej strony lustra.
I chyba muszê siê jednak przyznaæ, ¿e nadal, podobnie jak przed laty, chcia³abym wiedzieæ, jak to z t± planet± by³o. Czy siê rodzi³a, czy umiera³a? Czy chcia³a nawi±zaæ kontakt, czy nie? Czy to by³a inna forma ¿ycia, czy inna forma trwania materii nieo¿ywionej? Dra¿ni mnie moja ówczesna i wspó³czesna têpota i to, ¿e nie umiem udzieliæ jednoznacznych w³asnych odpowiedzi. W koñcu chodzi mi ju¿ nie o ten kosmiczny kontakt, a o kontakt z mózgiem Stanis³awa Lema. Czy mo¿liwe, ¿e On te¿ nie wiedzia³ i tylko siê z nami przewrotnie zabawi³?

MAGDALENA FIKUS - biochemik i biolog molekularny, profesor w Instytucie Biochemii i Biofizyki PAN.

--
C
U
S
2006-04-05 10:20
Temat postu: Pisarz egzystencji
ciachu


forum admin
postw: 823

Adam Poprawa
Pisarz egzystencji

Rozpocznê od zagadki. Kto jest autorem zdania: "Pojawiamy siê, pe³ni ufno¶ci, ¿e jest tak, jak widzimy, ¿e dzieje siê to, co po¶wiadczaj± naocznie zmys³y, a potem, nie wiedzieæ jak ani kiedy, okazuje siê, ¿e dzieci dorastaj±, a doro¶li zaczynaj± umieraæ"? Wprawdzie okoliczno¶ci publikacji niniejszego szkicu stanowi± a¿ nadto wystarczaj±c± podpowied¼, niemniej nie widzê powodów, by rezygnowaæ z tego ma³ego quizu. Odpowied¼ bowiem, jak mniemam, mo¿e byæ zaskoczeniem. Któ¿ wiêc? Oczywi¶cie Lem.
Tak, Lem, lecz wcale nie oczywi¶cie. W przypadku stereotypowego odbioru tej twórczo¶ci, poprzestaj±cego na paru quasiinterpretacyjnych schematach, wynotowanej sentencji nie szuka³oby siê w szufladzie z napisem "Lem". Ci natomiast, którzy maj± za sob± solidny interpretacyjny namys³ nad pisarstwem autora "Filozofii przypadku", wiedz±, ¿e oczywisto¶æ nie stanowi kategorii przydatnej do badañ lemologicznych; czy to analizuj±cych poszczególne ksi±¿ki, czy to konstruuj±cych ogóln± teoriê ca³o¶ci jego dzie³a.
A zakoñczenie jednego z rozdzia³ów "Wysokiego Zamku" wybra³em równie¿ dla dwóch - tyle¿ ³±cz±cych siê, co rozbie¿nych - celów. Po pierwsze, zadziwienie niezauwa¿alnym, choæ bole¶nie trwa³ym, up³ywem czasu stanowi do¶wiadczenie do¶æ powszechne. Czy da siê st±d wyci±gn±æ wniosek, ¿e Lem jest pisarzem bli¿szym (jak to nazwaæ?) codzienno¶ci (?), powszednio¶ci (?), ¿yciu (?!), ni¿ by siê mog³o wydawaæ? A to zale¿y. Nie da siê Lema nazwaæ "¿yciowym" pisarzem w tym sensie, ¿e mia³by on byæ autorem ksi±¿ek dla wszystkich (nie ma zreszt± takich pisarzy w przyrodzie). Jednak ¶wiatowa popularno¶æ pisarza jest faktem. I trudno przy tym przypuszczaæ, ¿e spo³eczno¶æ jego czytelników sk³ada siê wy³±cznie z metodologów nauki tudzie¿ amatorów science fiction. Owszem, s± niew±tpliwie i takie motywacje czytelnicze, lecz, jak wolno zasadnie s±dziæ, Lem doczeka³ siê a¿ tylu odbiorców, gdy¿ jest im potrzebny. Do czego¶ wa¿nego.
Drugim z zapowiedzianych celów s± zatem egzystencjalne walory prozy Lema. Jego dzie³a s± fascynuj±cymi konstrukcjami intelektualnymi, wymagaj±cymi od czytelników erudycyjnej kompetencji. S± rewelacyjnymi realizacjami literackimi, do których rozszyfrowania trzeba interpretacyjnej sprawno¶ci i pomys³owo¶ci. I (w³a¶nie "i", nie za¶ jakie¶ "ale" czy "a mimo to") jest Lem przy tym pisarzem egzystencji. Tak¿e w tym znaczeniu, ¿e stawia problemy wa¿ne teraz, dla mnie, nie za¶ jedynie kiedy¶, w przysz³o¶ci i w kosmosie, przy ewentualnym kontakcie z obcymi.
Raz jeszcze warto wróciæ do cytatu z "Wysokiego Zamku". S³owa te kryj± milcz±cy, wiêc tym gwa³towniejszy protest przeciw przemijaniu, ale znajduje siê tam te¿ co¶ wiêcej. Postrzeganie dzieciêce (wspomniany tom jest autobiograficzn± opowie¶ci± o dziecku) przyjmuje, "¿e jest tak, jak widzimy, ¿e dzieje siê to, co po¶wiadczaj± naocznie zmys³y". Dojrza³o¶æ polega, miêdzy innymi, na oddalaj±cym u¶wiadomieniu takiego za³o¿enia. A zatem proste odwzorowanie ¶wiata w umy¶le jest iluzj±. Lub ostro¿nie: i obraz ¶wiata w ¶wiadomo¶ci, i ¶wiat sam przestaj± byæ pewnikami.
W tym miejscu przyda siê dygresja. Otó¿, od biedy, pisarzy mo¿na z grubsza podzieliæ na dwie grupy (dla jeszcze wiêkszej przejrzysto¶ci pomijam tu autorów, by tak rzec, jednozwrotnych, tych, których nieledwie wy³±cznie zajmuje jedna z trzech dziedzin: "ja", inni, albo ¶wiat). Rodzaj pierwszy opisuje relacje "ja - inni", w skrajnej wersji "ja" okazuje siê wypadkow± innych. W podej¶ciach mniej radykalnych "ona", "ty", "my" s± zjawiskami nie tylko istotnymi dla "ja", lecz "ja" wspó³konstruuj±cymi. Model drugi natomiast to "ja - ¶wiat". Relacje "ja" z innymi ulegaj± w tym wypadku znacznemu os³abieniu. Ludzie s± dla "ja" problemem poznawczym, podobnie jak reszta ¶wiata.
Je¶li zgodziæ siê na prowizorkê powy¿szego schematu, to Lema widzia³bym w grupie drugiej. Z zastrze¿eniami, jak¿eby inaczej. Pewne - i ró¿ne - cechy tego pisarstwa sprawiaj± tedy, ¿e kwestie miêdzyludzkie (w znaczeniu przede wszystkim psychologicznym i obyczajowym) nie s± w tych ksi±¿kach najwa¿niejsze. Mocna podmiotowo¶æ i wyrazista kreacja Ijona Tichego, pilota Pirxa czy innych g³ównych bohaterów ksi±¿ek Lema (przy wszystkich ró¿nicach dziel±cych tê prozê), ich swoista samowystarczalno¶æ - poniek±d odsuwaj± innych bohaterów na drugi plan, pomniejszaj± wagê ich relacji z postaci± najwa¿niejsz±. Skutki konstrukcji tej postaci wzmacniane s± w Lemowych dzie³ach przez realizacje gatunkowe: i w nawi±zuj±cej do filozoficznej powiastki grotesce, i w fabularyzowanym eseju pozostali bohaterowie odgrywaj± role raczej egzemplaryczne ni¿ pe³noprawne (choæ nieraz s± ¶wietnymi, na swój sposób autonomicznymi, kreacjami literackimi, ale to by ju¿ by³o nastêpne zagadnienie).
Zgoda, pamiêtam na przyk³ad o "Szpitalu Przemienienia", powie¶ci respektuj±cej personalne implikacje realizmu; czyta³em "Pamiêtnik znaleziony w wannie", gdzie bohater porusza siê wy³±cznie w¶ród ludzi z Gmachu; znam "Eden" z niewoln± od napiêæ wspó³prac± rozbitków; nie zapomnia³em wreszcie o opisywanych przez Lema wiêziach uczuciowych. Idzie mi jednak o roz³o¿enie akcentów. Zasadniczo wiêc mniej siê u tego pisarza liczy to, co siê dzieje miêdzy "ja" a innym cz³owiekiem, ni¿ to, co dzieje siê miêdzy "ja" a ¶wiatem, a problemami ¶wiata. Nawet w "Solaris" ca³± historiê miêdzy Krisem Kelvinem a Harey, ewokuj±c± niezwykle silne emocjonalne napiêcie, mo¿na zredukowaæ podmiotowo: kobieta, której samobójcza ¶mieræ obci±¿a sumienie bohatera, powraca doñ w postaci - zrodzonej w jego pod¶wiadomo¶ci - projekcji, zmaterializowanej przez solaryjski ocean. Harey jest wiêc zobiektywizowanym aspektem "ja". Prawda, nie broni³bym wy³±czno¶ci takiej lektury: Harey otwiera w powie¶ci semantykê o wiele bardziej z³o¿on±. Z drugiej jednak¿e strony: czy nie jest znamienne, ¿e w ca³ej twórczo¶ci Lema najsilniej (przynajmniej na mnie) oddzia³uj±c± kreacj± innego/drugiego cz³owieka jest projekcyjny fantom?
Harey stanowi fantastyczny projekt, to znaczy postaæ z powie¶ci sf. Jest problemem arcywa¿nym dla "ja", którego (re)konstrukcja - i w ¶wiecie powie¶ciowym, i w sensie pozaliterackim - pozostaje kwesti± jak najbardziej realn±. Analogiczn± spraw± staje siê poznanie relacyjnego odniesienia "ja", czyli ¶wiata. Nim jednak "ja" ruszy w ¶wiat, musi rozpoznaæ siebie.
Ju¿ na (prawdê powiedziawszy, którym¶ z kolei) pocz±tku zaczynaj± siê k³opoty. Zdaniem rozmówcy Pirxa, "¶wiadomo¶æ to czê¶æ procesów mózgowych, wyodrêbniona z nich na tyle, ¿e stanowi w subiektywnym odczuciu jedno¶æ, ale ta jedno¶æ jest z³udzeniem introspekcji" (,,Rozprawa"). W takim ujêciu "ja" okazuje siê dynamiczn± projekcj±. Jej wyprowadzenie z (pewno¶ci) anatomicznej czy biologicznej materii nie uniewa¿nia jednak tego, i¿ rewersem wspomnianego dynamicznego charakteru jest niesta³o¶æ. Innymi s³owy, spójno¶æ czy samo istnienie "ja" s± nieustannie zagro¿one. Niebezpieczeñstwa zwiêkszaj± siê wraz ze zmniejszaniem udzia³u ¶wiata. Skazanie "ja" na siebie staje siê prób± nico¶ci.
Na tym w³a¶nie poziomie rekonstruowaæ nale¿y ostateczne znaczenia opisywanych w prozie Lema do¶wiadczeñ psychologicznych, którym poddawani s± przyszli astronauci. Pirx w opowiadaniu "Odruch warunkowy" musi przej¶æ przez "wariack± k±piel": unosi siê w zbiorniku z roztworem soli, po pewnym czasie przestaje odczuwaæ w³asne cia³o. Z kolei Hal Bregg z "Powrotu z gwiazd" na jaki¶ czas zamkniêty jest w "Pa³acu Duchów", czyli w imituj±cym ma³± rakietê pojemniku. Celem obu eksperymentów jest maksymalne odciêcie od bod¼ców zewnêtrznych. Do¶wiadczenia s± niebezpieczne. Nie idzie mi o opis psychologiczny. Oba epizody traktujê jako obrazy o szczególnie silnym nacechowaniu znaczeniowym. Problem nie wyczerpuje siê w tym, ¿e eksperymentalnie wyodrêbnione i odosobnione "ja" przestaje pe³niæ swe funkcje. Zaczyna produkowaæ zjawy (przypadek zamkniêtych w pojemniku) b±d¼, wraz z cia³em, zdaje siê d±¿yæ do rozpadu (Pirx). Co wa¿ne, te neantyzuj±ce doznania Pirxa przypominaj± równie gro¼ny wizyjny sen Kelvina z "Solaris".
Ale równie¿ jak najbardziej bezpo¶rednie skonfrontowanie "ja" z (wszech)¶wiatem wydaje siê zadaniem niewykonalnym. Bregga (na tym polega eksperyment) pozostawiaj± samotnego w pró¿ni, na oko³oziemskiej orbicie. Jego zadaniem jest jedynie czekaæ na powrót rakiety. Nie pomaga ¶wiat³o ziemi, która wygl±da "jak piêciokrotnie powiêkszony ksiê¿yc", na nic te¿ widok gwiazd. "By³o to do¶wiadczenie wieczno¶ci, wchodzi³a w cz³owieka i dawa³a mu poczuæ swój potworny smak".
Trudno przecie¿ z zestawienia obu ekstremalnych prze¿yæ wyci±gn±æ wniosek, w my¶l którego "ja" potrzebuje ¶wiata - tak w sam raz, skoro ani jego brak, ani nadmiar nie wychodzi na zdrowie. By³aby to implikacja nazbyt prostoduszna.
Pewnym wyj¶ciem dla "ja", okre¶laj±cym i usensowniaj±cym, mo¿e siê staæ projekcja religijna. Rozwi±zanie takie nie mia³oby jednak byæ ani siêgniêciem do transcendencji tradycyjnych, ani kultem "ja". Kris Kelvin my¶li o Bogu kalekim, u³omnym. "To jedyny Bóg, w którego by³bym sk³onny uwierzyæ, którego mêka nie jest odkupieniem, niczego nie zbawia, nie s³u¿y niczemu, tylko jest". Koncepcja taka nie stanowi³aby gotowego wyja¶nienia przejêtego przez "ja", jest natomiast kierunkiem dla "ja" immanentnym (w koñcu ów niedoskona³y Bóg stanowi efekt poszukuj±cego pomys³u "ja"), jak równie¿, paradoksalnie, odniesieniem wobec "ja" zewnêtrznym. Ten Bóg jest zreszt± do¶æ egzystencjalistyczny. Ale w koñcu "Solaris" powsta³a w latach 1959-1960. A egzystencjalistyczne koncepty posiadaj± niew±tpliwie swoje, ju¿ pozafilozoficzne (w w±skim, historycznym sensie) i pozaliterackie, przyczyny oraz przed³u¿enia.

ADAM POPRAWA (ur. 1959) - historyk literatury, krytyk literacki i muzyczny, pracuje w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wroc³awskiego.

--
C
U
S
2006-04-05 10:21
Temat postu: W oczach przyjació³-Moskali
ciachu


forum admin
postw: 823

Marietta Czudakowa
Mieszkañcy nieistniej±cej krainy

W dniu tak podnios³ego jubileuszu nie bêdê dywagowaæ o niezliczonych tekstach stworzonych przez twórcz± pasjê oraz imponuj±cy intelekt - którego istnieniem szczyciæ siê mo¿e ca³a ludzko¶æ, a przede wszystkim rodacy. Opowiem jedynie o tym, czym dla nas, Rosjan, sta³a siê twórczo¶æ Stanis³awa Lema.
W powojennym Zwi±zku Radzieckim, gdzie zdarzy³o siê nam ¿yæ, dopóki nie siadaj±c do samolotu ani do poci±gu nagle znale¼li¶my siê w ca³kiem innym pañstwie - w wolnej Rosji, fantastyk± przywyk³o siê nazywaæ to, co dzi¶ okre¶la siê raczej jako krymina³. Jakie¶ wynalazki, zadziwiaj±ca my¶l techniczna, a wokó³ (poniewa¿ by³ to radziecki krymina³) szpiedzy, tropi±cy i wynalazek, i wynalazcê.
Biblioteczka, w której ukazywa³y siê opas³e tomiki z tajemniczym plecionym ornamentem na oprawie, z pocz±tku pochopnie nazwana "Bibliotek± Fantastyki i Przygody", ju¿ po roku przemianowana zosta³a na "Bibliotekê Naukowej Fantastyki i Przygód". Literatura fantastyczna musia³a bowiem pozostawaæ "naukowa"; fantastyka pozanaukowa sugerowa³a istnienie elementu nadprzyrodzonego, a przecie¿ nie by³o mowy, by literatura s³u¿y³a do Mszy... W serii tej ukaza³a siê "Tajemnicza wyspa", a tak¿e powie¶ci ca³kiem dzi¶ zapomnianego Niko³aja Tomana, który na prze³omie lat 40. i 50. z³owieszczym szeptem opowiada³ dzieciom o tym, "co siê dzieje w ciszy", jak g³osi³ tytu³ jednej z jego ksi±¿ek. W m³odszych klasach na³ogowo ch³onê³am ksi±¿ki Tomana i jego towarzyszy, czuj±c siê przy tym zarazem zbita z panta³yku, jak gdyby oczekuj±c od ksi±¿ki przygodowej czego¶ zupe³nie odmiennego... Dzieciêcym smakiem nie¶wiadomie odczuwa³am ju¿ zapowied¼ przysz³ego rozumienia literatury.
Pewnego razu, pamiêtam doskonale ten dzieñ, wyczyta³am gdzie¶, ¿e cz³owiek przez ca³e swe ¿ycie zdo³a przeczytaæ tyle a tyle (dzi¶ nie pomnê ile) tysiêcy ksi±¿ek. I nie wiêcej! Wstrz±snê³o to mn±. Odkry³am prost± prawdê: czytaj±c jedn± ksi±¿kê, pozbawiam siê mo¿liwo¶ci przeczytania innej. Tego dnia da³am sobie s³owo: wiêcej ani jednej stronicy literatury fantastycznej! Po¿egna³am siê z ni± na wieki.
Ale oto innego dnia (znów pamiêæ nie zawodzi, by³o to tu¿ po obronie magisterium) mój przyjaciel-matematyk wspomnia³ o jakich¶ pisarzach fantastycznych. "Ja fantastyki nie czytam od szóstej klasy" - powiadam z dum±. "A to wielka szkoda". I us³ysza³am trzy nazwiska: Stanis³aw Lem, Ray Bradbury i Isaac Asimov.
Wkrótce przeczyta³am dopiero co wydan± "Formu³ê Lymphatera" Stanis³awa Lema. By³o to w roku 1964. Prze¿y³am co¶, co porównaæ mo¿na jedynie z duchowym przewrotem. Wstrz±snê³a mn± do g³êbi powaga rozwa¿añ o globalnych, wiêcej - o kosmicznych aspektach istnienia ludzko¶ci. Materialna, namacalna wprost potêga ludzkiego umys³u wêdruj±cego od badania mrówek ku temu, aby "wymy¶liæ to, czego nie zdo³a³a uczyniæ ewolucja". Budzi³o to natchnienie, pragnienie nadzwyczajnych czynów... Jestem przekonana, ¿e pan Lem niejako bezpo¶rednio pomaga³ mi w pracy, kiedy to postanowi³am, ¿e pierwsz± moj± ksi±¿kê napiszê do szuflady. Mia³a to byæ praca po¶wiêcona literaturze radzieckiej. Powziê³am decyzjê, ¿e bêdê pracowaæ jak cz³owiek wolny, nie zwa¿aj±c na cenzurê, ¿e rozstrzygnê w niej wa¿ne dla mnie problemy. Ale sprawy zasz³y znacznie dalej. Pewnego cudownego poranku, w dzieñ moich urodzin, nagle u¶wiadomi³am sobie, ¿e wcale nie pracujê nad ow± powa¿n± rozpraw±, dla której dzieñ w dzieñ wykrada³am ka¿d± woln± chwilê ze swych obowi±zkowych zajêæ, lecz ¿e piszê opowiadanie fantastyczne! Znów do¶wiadczy³am upojenia podobnego temu, jakie dawa³a mi lektura Lema. To by³a w³a¶nie wolno¶æ tworzenia, a o druku nawet nie pomy¶la³am. Kiedy¶ jednak starzy przyjaciele zabrali opowiadanie i zanie¶li je do redakcji pisma "Znanije-Si³a". Tam za¶ podjêto decyzjê jego opublikowania, choæ tytu³ opowiadania "Morderca" wyda³ siê im niedopuszczalnie mroczny. Zatytu³owali je zatem "Przestrzeñ ¿ycia" i od tego czasu regularnie otrzymywa³am zagraniczne antologie literatury fantastycznej, w których czêsto przedrukowywano to moje jedyne opowiadanie, co za ka¿dym razem niezmiernie mnie bawi³o.
Przez piêtna¶cie albo i dwadzie¶cia lat "Formu³a Lymphatera" sta³a na najwa¿niejszej pó³ce mego ksiêgozbioru, po¶ród najbardziej potrzebnych mi w pracy dzie³ klasyków filologii. Upodabniaj±c siê do Friedricha Schillera, którego wenê pobudza³ zapach zgni³ych jab³ek zawsze przechowywanych w szufladzie sekretery, podczas pracy siêga³am po ksi±¿kê Lema, czyta³am kilka jej stronic, i niezmiennie ofiarowywa³y mi one narkotyczne natchnienie.
Kiedy pierwszy raz przeczyta³am Lema, od kilku ju¿ lat oddzia³ywa³ on na umys³y moich rodaków. "Czy Pan istnieje, mister Johns?" i "Inwazja" w niewielkim wyborze pt. "Inwazja z Aldebarana" (1960) zaspokaja³y nasze ¿a³osne oczekiwania i potrzeby - mo¿e nawet wiêcej ni¿ potrzeby: pragnienia. Czytelnicy radzieccy spotykali siê w nich z suwerenn±, woln± my¶l±, jaka jednoczy³a bohaterów i autora, obserwowali demonstracjê jej potêgi, a by³ to czas, kiedy potêga my¶li nie istnia³a u nas jako warto¶æ, bo uwa¿ano, ¿e my¶li za nas partia. Ka¿d± stronic± Lem przypomina³ nam: cogito ergo sum! Tak, to on pomóg³ nam trwaæ, przypominaj±c, ¿e jeste¶my istotami my¶l±cymi, a przynajmniej takimi byæ powinni¶my. A potem zademonstrowa³ bezprecedensowy aparat logiczny - w kraju, w którym st³amszenie zdolno¶ci logicznego my¶lenia stanowi³o jeden z najwa¿niejszych, choæ nigdy nie ujawnionych wprost, celów potê¿nego aparatu radzieckiej propagandy.
W tych pierwszych latach istnienia Lema na radzieckiej niwie oficjalni krytycy starali siê oczywi¶cie przedstawiæ go jako "swojego", wymy¶laj±c to i owo za pisarza. Streszczaj±c fragment "Ob³oku Magellana" jeden z owych krytyków pisa³ w 1959: "Tak oto Lem dowodzi, ¿e przez tysi±ce lat istnieæ bêdzie nie tylko komunizm, ale i komuni¶ci - awangarda ludzko¶ci". Leonid Heller dokona³ analizy cenzuralnych ciêæ w rosyjskich przek³adach Lema, porównuj±c polskie i radzieckie wydania "Solaris". W przek³adzie ocala³y prawie wszystkie wa¿ne i niezmiernie ¶mia³e rozmy¶lania i rozmowy bohaterów (z wyj±tkiem ich rozwa¿añ o Bogu), wyciêto za to opisy fantastycznych snów i widzeñ, a wiêc fragmenty, w których w tradycyjn± narracjê zakrada siê groza pod¶wiadomo¶ci. Heller obja¶nia owe ingerencje tym, ¿e wedle niejawnego prawa cenzury szczególnie trudno by³o przebrn±æ przez ni± ksi±¿kom "pozbawionym wprawdzie jakiegokolwiek politycznego czy ideologicznego wyd¼wiêku, lecz niezwyk³ym poprzez formê". S±dzê jednak, ¿e cenzurê prowokowa³a raczej tre¶æ: pod¶wiadomo¶æ - czyli to, co siê wymyka spod kontroli ¶wiadomo¶ci, a to znaczy spod w³adzy tych, którzy uzurpuj± sobie kontrolê nad ¶wiadomo¶ci± ca³ego spo³eczeñstwa. Nasi w³adcy nie zamierzali dzieliæ siê w³adz± ze Stanis³awem Lemem.
Wiele, wiele lat pó¼niej Bóg pozwoli³ mi poznaæ Lema. Rzecz jasna, to znajomo¶æ z rodzaju, o jakich siê powiada: - Pani zna tego a tego? - A jak¿e, znam go, lecz on mnie nie zna. Pan Stanis³aw zapewne nie pamiêta, jak 26 czerwca 1993 jego znakomity t³umacz Konstantin Duszenko przyprowadzi³ mnie do jego domu. Zdarzy³o siê to podczas krakowskiej konferencji "Narody i stereotypy". Pamiêtam wszystko wy¶mienicie. Okr±g³y, z ¿ywymi piwnymi oczami, weso³y, odrobinê jowialny Stanis³aw Lem prawi³ du¿o i porywaj±co o przysz³o¶ci ludzko¶ci, dalekiej i niedalekiej. Jako filologa bawi³y mnie laurki, jakie wystawia³ pr±dom wspó³czesnej humanistyki:
- Istniej± dzi¶ takie zjawiska jak Derrida, Lacan... To psychopatia.
- S±dzi pan, ¿e nic w tym nie ma?
- Oczywi¶cie, ¿e nic!
Jak¿e przyjemnie siedz±c dzi¶ w Moskwie pisaæ swobodnie, bez my¶li o cenzurze, te uwagi o Lemie - i gratulowaæ mu z ca³ej duszy. Na koniec za¶ wyznaæ, ¿e pieriestrojka i wszystko co po niej nast±pi³o, jest dzie³em jego czytelników. Gdyby zabrak³o Lema, nic by siê nie wydarzy³o, bo komu przysz³oby do g³owy, ¿e TO jest mo¿liwe?

T³um. Jan Strza³ka

Marietta Czudakowa ukoñczy³a filologiê na Uniwersytecie Moskiewskim, opracowywa³a archiwa Michai³a Bu³hakowa. Autorka ponad 300 prac, po¶wiêconych m.in. Bu³hakowowi, Jurijowi Oleszy, Michai³owi Zoszczence. Zajmuje siê m.in. poetyk±, archiwistyk±, tekstologi±, kulturologi±. Od 1985 profesor moskiewskiego Instytutu Literackiego, wyk³ada³a te¿ na uniwersytetach w Stanford, w Ottawie, w Genewie oraz w koloñskim Instytucie Slawistyki. W ostatniej dekadzie zajê³a siê te¿ publicystyk± polityczn± i spo³eczn±, od 1994 cz³onek Komisji ds. Amnestii przy Prezydencie Rosji.





Feliks Szirokow
Oczarowanie

Wkrótce po II wojnie ¶wiatowej za³o¿ono w Moskwie Wydawnictwo Literatury Zagranicznej. Jego spektrum by³o niezwykle szerokie: od redakcji matematycznej po artystyczn±. Kiedy skoñczy³em matematykê na Uniwersytecie Moskiewskim, prof. Kuroszen zaproponowa³ mi pracê w tym w³a¶nie wydawnictwie w charakterze jego zastêpcy w redakcji matematyki, mechaniki i astronomii.
Wkrótce w wydawnictwie powsta³a nieformalna grupa przyjació³ literatury polskiej. Literatury i rzecz jasna samej Polski. Polskie ksi±¿ki nies³ychanie nas nêci³y. Przede wszystkim Marek H³asko z "Ósmym dniem tygodnia", ale tak¿e np. Ksawery Pruszyñski. Czytali¶my gazety i tygodniki: "Kulturê" i "Politykê", "Dooko³a ¦wiata" i "Przekrój". Dziêki recenzjom publikowanym w polskiej prasie poznawali¶my literaturê zachodnioeuropejsk±, pamiêtam na przyk³ad, ¿e o "Blaszanym bêbenku" Grassa dowiedzia³em siê w³a¶nie st±d. Lecz Polska nie by³a jedynie pomostem ³±cz±cym nas z Zachodem, sama w sobie stanowi³a ¼ród³o wspania³ej kultury. Dusz± owej nieformalnej grupy by³a Maja Koniewa, córka s³awnego marsza³ka Koniewa.
Do lat 60. zd±¿yli¶my wydaæ te¿ kilka ksi±¿ek Stanis³awa Lema: "Inwazjê z Aldebarana", "Opowie¶ci o pilocie Pirxie" oraz wiele innych mniejszych utworów. S±dzê, ¿e ju¿ wówczas zdo³a³em uchwyciæ istotê lemowskiej "kaligrafii s³ownej", jego wielotekstowo¶æ. Przede wszystkim za¶ uwagê moj± przyku³ bardzo powa¿ny ton, jakim Lem rozprawia³ o wspó³czesnej cybernetyce, a cybernetyka pojawia siê we wszystkich lemowskich "powiastkach".
Lema t³umaczy³o wówczas kilka konkurencyjnych grup. Na przyk³ad Jewgienij Wajsbrot prze³o¿y³ "Powrót z gwiazd", powie¶æ, któr± ceniê tak bardzo, ¿e czasami wprost czujê siê jak jej bohater Hal Bregg. Warto przypomnieæ, ¿e ju¿ w tej powie¶ci Lem "przewidzia³" elektroniczne pieni±dze, które nazwa³ itami, oraz teatr wirtualnej rzeczywisto¶ci, nazwany przez pisarza Realem. Pisze te¿ Lem o napoju petro, spo¿ywanym w przysz³o¶ci przez kobiety pragn±ce uwolniæ siê od bioobrony, która chroniæ mia³a p³eæ piêkn± przed napastliwo¶ci± mê¿czyzn. Dzi¶ niekiedy miewam wra¿enie, ¿e na naszych oczach spe³nia siê i ta lemowska fantazja...
Na pocz±tku lutego 1968 otrzyma³em pismo z redakcji fantastyki oraz literatury popularno-naukowej wydawnictwa Mir, bo tak teraz nazywa³o siê Wydawnictwo Literatury Zagranicznej. Proszono, bym przejrza³ kilka rozdzia³ów najnowszego, nie znanego jeszcze u nas utworu Stanis³awa Lema. By³a to "Summa technologiae". Jej przek³ad przygotowa³a grupa t³umaczy. Ksi±¿kê poprzedzono ideologicznym, marksistowskim wstêpem, autorstwa doktora nauk filozoficznych. Ale co najgorsze, przek³ad okaza³ siê fatalny.
W "Summie" opisana jest m. in. tzw. sfera Dysona, czyli olbrzymia cienko¶cienna kula, której zbudowanie wokó³ S³oñca pozwoli³oby na zu¿ytkowanie ca³ej jego mocy. Dla obserwatora z Kosmosu wygl±da³aby ona, pisze Lem, jak "³una towarzysz±ca noc± istnieniu wielkiej metropolii". Poniewa¿ jednak po rosyjsku "³una" oznacza ksiê¿yc, zatem w t³umaczeniu znalaz³em takie oto kuriozum: sfera mia³a byæ podobna "ksiê¿ycowi o¶wietlaj±cemu sen wielkiego pañstwa". Na szczê¶cie Mir zdecydowa³ siê na poprawki, a tak¿e na bezprecedensowe posuniêcie, usun±³ mianowicie nazwiska niefortunnych t³umaczy z eksponowanego miejsca i umie¶ci³ je gdzie¶ na szarym koñcu ksi±¿ki.
,,Summê" zaopatrzono w marksistowski wstêp; niestety, ideologia wymaga³a te¿ skrótów. Przypomnê, ¿e w owym czasie koñczy³a siê ju¿ chruszczowowska "odwil¿", a w³adca Kremla wali³ butem w mównicê podczas przemówienia w ONZ. Bolej±c nad skrótami, nale¿a³o jednak wydaæ "Summê" za ka¿d± cenê. Zaczyna³a siê bowiem epoka kosmiczna, a "Summa" by³a najlepszym i najg³êbszym dzie³em Stanis³awa Lema. Przez osiem miesiêcy redagowa³em owo fatalne t³umaczenie i nigdy w ¿yciu - ani wcze¶niej, ani pó¼niej - nie do¶wiadcza³em podobnego upojenia intelektualnego. Oto bowiem odkrywa³em "prawdê w ostatniej instancji".
Oczarowaniu Lemem towarzyszy³ pewien czynnik osobisty. Od pacholêctwa czu³em nies³ychany poci±g do polszczyzny. Pod koniec wojny naby³em s³ownik polsko-rosyjski i rosyjsko-polski, choæ nie wiedzia³em jeszcze, do czego mo¿e mi siê przydaæ. Kiedy po wojnie w moskiewskich kioskach pojawi³y siê polskie gazety, czyta³em je wszystkie od deski do deski. Ca³y czas szlifowa³em jêzyk, ale kiedy odkrywa³em nowe s³owa, mia³em czêsto wra¿enie, jakbym je sk±d¶ ju¿ zna³. Wiadomo, ¿e pomiêdzy systemem nerwowym matki a p³odu nie istnieje bezpo¶redni kana³ informacyjny, ale przecie¿ znane s± przypadki, ¿e dziecko wspomina wydarzenia, jakie siê rozegra³y przed jego narodzinami. Co to jest? Pamiêæ pokoleñ?
Moja babka Aleksandra Farmakowska by³a córk± polskiego genera³a na carskiej s³u¿bie. Babka Aleksandra by³a ostatni± w³a¶cicielk± rodowego maj±tku pod Samar±, darowanego przez cara mojemu pradziadkowi za wiern± s³u¿bê podczas kampanii krymskiej. Czy to dalekim przodkom zawdziêczam zatem przekazan± w genach pamiêæ jêzyka polskiego? We wspomnianym "Powrocie z gwiazd" kobiety pij±c napój petro broni± siê przed prawdziwymi, nie wirtualnymi mê¿czyznami. Czy je¶li kiedy¶ spe³ni siê i ta wizja Lema, co czeka cywilizacjê przesz³o¶ci? Czy nie zagrozi jej zguba? Kto przysz³ym pokoleniom przeka¿e pamiêæ?
Stanis³awowi Lemowi sk³adam najserdeczniejsze ¿yczenia, przede wszystkim za¶ ¿yczê mu wielu sukcesów twórczych.

T³um. Jan Strza³ka

Feliks Szirokow - matematyk, cybernetyk, t³umacz literatury polskiej. Mieszka w Moskwie.





Konstantin Duszenko
Teolog "czê¶ciowo dozwolony"

W rozmowach ze Stanis³awem Beresiem Lem zauwa¿y³:"Przygoda, któr± prze¿y³em w ZSRR, jest niepodobna do niczego, je¶li chodzi o losy pisarzy polskich w tym kraju". W Rosji wydano ponad 6 mln egz. ksi±¿ek Lema, z czego po³owa ukaza³a siê po roku 1986, to znaczy poczynaj±c od czasów pieriestrojki. Z polskich pisarzy Lema wyprzedzi³ tylko Sienkiewicz oraz, byæ mo¿e, Prus. Jednotomowe wydanie dzie³ wybranych Lema z 1988 r. mia³o nak³ad a¿ 600 tys. egz. Najpopularniejsz± jego powie¶ci± jest niew±tpliwie "Solaris", dalej: "Dzienniki gwiazdowe", "Niezwyciê¿ony" oraz "Maska".
Sporz±dzona przeze mnie lista przek³adów Lema na rosyjski liczy ponad 300 pozycji - i to tylko do roku 1987. Dzi¶ przet³umaczono prawie wszystkie utwory beletrystyczne Lema z wyj±tkiem kilku wczesnych tekstów (choæ "Cz³owiek z Marsa" mia³ ju¿ dwa wydania.) Znacznie gorzej rzecz siê ma z traktatami naukowo-filozoficznymi: w ca³o¶ci wydano tylko "Summê technologiczn±". W roku nastêpnym ma siê ukazaæ "Fantastyka i futurologia" oraz "Filozofia przypadku".
Rzecz interesuj±ca: w¶ród rosyjskich t³umaczy Lema wcale nie przewa¿aj± zawodowi poloni¶ci. Wielu z nich zaczê³o studiowaæ polski w³a¶nie po to, aby czytaæ nie wydane po rosyjsku utwory Lema. Sam nale¿ê do tej grupy. Skoñczy³em Technikum Automatyki i Telemechaniki, potem za¶ studiowa³em historiê na uniwersytecie. Historiê Polski wybra³em w znacznej mierze dlatego, ¿e Lem pisze po polsku.
Lem bardzo szybko wszed³ u nas do kanonu czytelnictwa, to znaczy do krêgu pisarzy, których inteligentnemu cz³owiekowi nie wypada nie znaæ. Wachlarz tematyczny pism, które drukowa³y Lema, by³ nies³ychanie szeroki - od humorystycznego "Krokodyla" do jak najbardziej powa¿nych "Zagadnieñ Filozofii". Pod tym wzglêdem Lem zapewne nie ma sobie równych. Próbuj±c obja¶niæ przyczynê swego nies³ychanego sukcesu w Rosji we wczesnych latach 60., Lem mówi (w rozmowach z Beresiem): "Ja im pewnie zastêpowa³em wszystkich: Camusa, Sartre’a, Joyce’a, Kafkê. Bardzo to silnie kontrastowa³o z tym, co by³o w Polsce".
Ma racjê. Pod wzglêdem ró¿norodno¶ci stylistycznej i problemowej Lem zajmuje pozycjê wyj±tkow±. W latach 60. zastêpowa³ nie tylko zakazanych pisarzy, lecz tak¿e zakazanych filozofów - a nawet teologów. W pewnym sensie Lem by³ jedynym "czê¶ciowo dozwolonym" teologiem w ZSRR; mam na my¶li takie jego utwory jak "Solaris", "G³os Pana", pierwsze opowiadania cyklu "Ze wspomnieñ Ijona Tichego". Nawet po skre¶leniach cenzuralnych zostawa³ w nich spory ³adunek filozofii i teologii.
"G³os Pana" w przek³adzie rosyjskim (r. 1970) zosta³ okrojony dok³adnie o jedn± trzeci±; w dodatku tytu³ zmieniono na "G³os Nieba". "Solaris" niemal do koñca lat 70. wydawano z drastycznymi skrótami, za¶ przedostatni rozdzia³ usuniêto prawie w ca³o¶ci. Przypomnê, ¿e jest to rozdzia³, w którym pojawia siê hipoteza Oceanu jako u³omnego Boga. Cenzorzy i redaktorzy bali siê strasznie wszelkiej "metafizyki" oraz "mistyki". I prawie tak samo lêkali siê pesymizmu ¶wiatopogl±dowego. Aby czytelnik odbiera³ teksty lemowskie jak nale¿y, do wszystkich zawsze dodawano ideologicznie s³uszne przedmowy i pos³owia. "Summa technologiczna" mia³a a¿ dwie przedmowy, pos³owie i do tego komentarz.
Niedawno ukaza³ siê w druku nadzwyczaj ciekawy dokument. Jest to memoria³ Wydzia³u Propagandy KC KPZR z pocz±tku lat 70. pod tytu³em "O powa¿nych b³êdach w dziedzinie wydawania literatury fantastyczno-naukowej". Jednym z dwóch autorów owego memoria³u by³ zastêpca szefa Wydzia³u Propagandy Aleksander Jakowlew - w czasach pó¼niejszych jeden z g³ównych architektów pieriestrojki. Cytujê: "Zdaniem literatów A. Gromowej, R. Nudelmana, Z. Fajnburga (t³umacze Lema), twórc± tak zwanej fantastyki »filozoficznej« jest wspó³czesny polski pisarz Stanis³aw Lem. W jego licznych powie¶ciach - które, nawiasem mówi±c, wydaje siê g³ównie w ZSRR - (...) przysz³e spo³eczeñstwo komunistyczne jest przedstawiane jako pozbawione perspektyw i degraduj±ce. Otó¿ przedstawiciele ojczy¼nianej fantastyki »filozoficznej« przyswoili sobie tê przesi±kniêt± pesymizmem oraz niewiar± w potêgê rozumu »filozofiê« i przyst±pili do walki z ideami filozofii materialistycznej, z ideami komunizmu naukowego".
A propos: w 1974 r. znany i lubiany przez Lema amerykañski pisarz fantastyczny Philip K. Dick napisa³ list do Federalnego Biura ¦ledczego, a w³a¶ciwie nie list, lecz donos na Lema. Lem, wed³ug Dicka, uprawia na terenie SF dzia³alno¶æ wywrotow±, antyamerykañsk±, prokomunistyczn±. Zreszt± Lem jako taki chyba w ogóle nie istnieje: "...jest najprawdopodobniej raczej spó³k± ni¿ indywiduum, bo pisze ró¿nymi stylami". Dodam, ¿e dla mnie jako t³umacza w tym w³a¶nie tkwi najwiêkszy urok Lema.

Konstantin Duszenko (ur. 1946) ukoñczy³ historiê na Uniwersytecie Moskiewskim, pracownik naukowy Instytutu Informacji Naukowej Rosyjskiej Akademii Nauk, w 1977 obroni³ pracê doktorsk± po¶wiêcon± ideologii pozytywizmu warszawskiego, t³umacz literatury polskiej. Prze³o¿y³ m. in. "Pamiêtnik znaleziony w wannie", "Kongres futurologiczny", "Wizjê lokaln±", "Golema XIV", a tak¿e "Monizê Clavier" S³awomira Mro¿ka i prace Marii Ossowskiej, Jerzego Szackiego i Andrzeja Walickiego.





Jewgienij Wajsbrot
Sekrety syberyjskich pielmieni

"Tygodnik" zapyta³, który z utworów Stanis³awa Lema ceniê najbardziej, ale s±dzê, ¿e oczekuje siê ode mnie tak¿e odpowiedzi: dlaczego? Zwa¿ywszy na ogromny, niemal¿e kosmiczny rozmach twórczo¶ci pana Stanis³awa, nie sposób wybraæ jednego utworu i powiedzieæ: ten w³a¶nie ceniê szczególnie.
Aby u³atwiæ sobie zadanie, ograniczê siê do niewielkiej czê¶ci twórczo¶ci Stanis³awa Lema, tej mianowicie, któr± t³umaczy³em na jêzyk rosyjski. Praktycznie ka¿da ksi±¿ka Mistrza by³a "prze¿uwana" przez niezliczon± rzeszê krytyków, literaturo- i lemoznawców, s³uszniej wiêc skupiæ siê na tym, jak to czy inne dzie³o pana Stanis³awa trafi³o na mój warsztat i jaki pó¼niej by³ jego wydawniczy los.
Wszystko zaczê³o siê nieco komicznie. Pewnego razu us³ysza³em w radiu fragment "Ob³oku Magellana". Fragment ten zainteresowa³ mnie niebywale (w tym czasie z fantastyk± w ZSRR by³o krucho), tote¿ wkrótce poprosi³em w moskiewskiej ksiêgarni o nazwie "Ksi±¿ki Autorów z Krajów Demokracji Ludowej" o jak±¶ ksi±¿kê Lema, nie wiedz±c nawet, ¿e jest on pisarzem polskim. Ksiêgarnia posiada³a jedynie pozycjê zatytu³owan± "Der Planet des Todes". Zdo³a³em przebrn±æ przez po³owê - z niemieckim radzi³em sobie jako-tako, bo podczas wojny by³em t³umaczem frontowym - kiedy okaza³o siê, ¿e trzymam w rêkach niemiecki przek³ad polskiej powie¶ci "Astronauci". I w³a¶nie wtedy rozpoczê³a siê moja korespondencja z panem Stanis³awem.
Wkrótce naby³em ksi±¿kê "Czy Pan istnieje, mister Johns?", a w grudniu 1959 ukaza³ siê mój (pierwszy w ¿yciu) przek³ad. By³o to opowiadanie "Test" ze zbioru "Opowie¶ci o pilocie Pirxie", które opublikowa³em w pi¶mie "Smiena". Co prawda, nad przek³adem solidnie pracowa³ jeden z redaktorów, znacz±co przy tym tekst skracaj±c, niemniej ocala³a m.in. fraza "Boerst wrieza³sja w £unu" ("Boerst zderzy³ siê z Ksiê¿ycem"), chyba trafna, bo pó¼niej korzystali z niej kolejni t³umacze owego opowiadania.
A potem by³a "Solaris", której nie przet³umaczy³em, poniewa¿ ku swemu wstydowi nie mog³em poj±æ, z jakiej racji znalaz³y siê w niej mimoidy i d³ugonie. Stara³em siê za to przet³umaczyæ "Eden", lecz dzie³o to nie znalaz³o w Moskwie wydawcy. Jednak to w³a¶nie "Eden" do dzi¶ pozostaje dla mnie jednym z najwa¿niejszych utworów pana Stanis³awa (choæ on sam nie ceni go tak wysoko). Dobrowoln± ¶mieræ dwóch edeñskich uczonych, którzy gin± w p³omieniach startuj±cego pojazdu kosmicznego, odczuwa³em nieomal jak osobist± tragediê...
Nie zabra³em siê za pracê nad "Niezwyciê¿onym", poniewa¿ w tym czasie pan Stanis³aw mia³ ju¿ "oficjalnego" t³umacza, dzi¶ ju¿ ¶wiêtej pamiêci Dimê Bruskina z Leningradu. Prze³o¿y³em "Terminusa", "Powrót z gwiazd", "Wysoki Zamek". Aby wczuæ siê w duchow± atmosferê "Wysokiego Zamku", wybra³em siê do Lwowa, zachodzi³em do rodzinnego domu pisarza, do szko³y, w której pobiera³ nauki, w³óczy³em siê po "lemowskich" ulicach.
W ¶lad za Lemem pojawi³o siê w Rosji wielu innych polskich pisarzy uprawiaj±cych fantastykê i nieskromnie wyznam, ¿e to w³a¶nie ja prze³o¿y³em wiêkszo¶æ z ich utworów. Na swoim koncie mam oko³o stu piêædziesiêciu przek³adów nieomal wszystkich polskich pisarzy science fiction od lat 50. do 80.
Cokolwiek jednak bym t³umaczy³, i tak zawsze moim ulubionym bohaterem pozostaje "cudowne dziecko", czyli pilot Pirx. Uwielbiam tak¿e Ijona Tichego i z ogromn± sympati± traktujê profesora Tarantogê wraz z jego "wyprawami", "czarnymi komnatami" i "godzinami przyjêæ" ("Godzinê przyjêæ profesora Tarantogi" opublikowa³o pismo "Tiechnika Mo³odio¿y" - ze skrótami, za które dosta³a mi siê od pana Stanis³awa solidna reprymenda).
Usi³owa³em tak¿e zabraæ siê za "Summê technologiae", lecz zrozumia³em, ¿e nie zdo³am jej przet³umaczyæ, poniewa¿ istnia³a i istnieje nadal ogromna przepa¶æ pomiêdzy erudycj± Lema a moimi skromnymi mo¿liwo¶ciami. Pamiêtam, jak podczas obiadu wydanego przez pañstwa Barbarê i Stanis³awa Lemów, kiedy to krótko bawi³em w Krakowie, nie znalaz³em lepszego tematu do rozmowy ni¿ wtajemniczanie moich gospodarzy w sekrety przygotowywania syberyjskich pielmieni...
I choæ nie widzieli¶my siê od dawna, od dawna te¿ nie otrzymujê listów od Stanis³awa Lema, cieszê siê, ¿e Mistrz obchodzi jubileusz i proszê go, by przyj±³ moje najserdeczniejsze ¿yczenia.

T³um. Jan Strza³ka

Jewgienij Wajsbrot (ur. 1923 na Syberii), podczas II wojny ¶wiatowej ochotniczo wst±pi³ do Armii Czerwonej, ciê¿ko ranny; po wojnie skoñczy³ geodezjê, uczy³ w szko³ach, wspó³pracowa³ z wieloma pismami. Dzi¶ na emeryturze.

--
C
U
S
2006-04-05 10:21
Temat postu: Lem W "Tygodniku Powszechnym"
ciachu


forum admin
postw: 823

Lem W "Tygodniku Powszechnym"

Rok 1946
- Obcy [opowiadanie], nr 43
- Dzieñ siódmy [proza poetycka], nr 45
- Dzieje jednego odkrycia [opowiadanie], nr 51-52

Rok 1947
- Ogród ciemno¶ci [opowiadanie], nr 14-15
- Pi±tk± przez Kraków; Noc; Mi³o¶æ; Katedra [wiersze], nr 20
- Triolet [wiersz], nr 32
- xxx ["W ¶cie¿kach orlich..."; wiersz], nr 38
- xxx ["Go³êbie wpisywa³y..."; wiersz], nr 43
- Cmentarz polny [wiersz], nr 44
- Wiersze Ró¿ewicza [rec. z tomu "Niepokój"], nr 45

Rok 1948
- Zamilk³y poeta [rec. z tomu K. K. Baczyñskiego "¦piew z po¿ogi"], nr 1
- Jasne ³any, czyli ciemne strony Filmu Polskiego [rec. z filmu "Jasne ³any"], nr 3
- xxx ["Nie wiem, czy rêka ¶lepca..."; wiersz], nr 7
- Jeszcze "Ostatni etap" [list do redakcji], nr 20
- Z cyklu "Owady" [wiersze], nr 21
- xxx ["Zawsze by³a daleka..."; wiersze], nr 27
- List mi³osny [wiersz], nr 37
- Ma³e wiersze, nr 39
- Valse triste [wiersz], nr 41
- Umar³ym [wiersz], nr 45
- Beethovena Symfonia Pi±ta [wiersz], nr 46

Rok 1964
- Rozmowa ze Stanis³awem Lemem (rozmawia Wies³aw Pawe³ Szymañski), nr 16

Rok 1980
- List do Jana Józefa Szczepañskiego, nr 35

Rok 1989
- Stanis³aw Lem, Jerzy Jarzêbski, Odwet profesora Pimki [Rozmowa o ksi±¿ce Tadeusza Kêpiñskiego "Witold
Gombrowicz - studium portretowe], nr 10

Rok 1990
- Nie jestem wró¿bit±. Ze Stanis³awem Lemem rozmawiaj± Witold Bere¶ i Adam Szostkiewicz, nr 26

Rok 1991
- Cykl "¦wiat wed³ug Lema", nr 49, 51/52

Rok 1992
- Cykl "¦wiat wed³ug Lema", nr 1 - 35
- Ojczyzna, nr 8
- ¦mieræ w ¶rodku ¿ycia (Noemi Madejska-Ostaszewska), nr 21
- K³opoty z planet± (Szczyt Ziemi w Rio), nr 25
- Sex Wars (Ludzko¶æ XXI wieku), nr 38
- Dlaczego zamilk³em?, nr 47

Rok 1994
- Stanis³aw Lem i Jan Józef Szczepañski, Rozmowa na koniec wieku, nr 8
- Cykl "¦wiat wed³ug Lema", nr 20 - 51/52

Rok 1995
- Cykl "¦wiat wed³ug Lema", nr 1 - 52/53

Rok 1996
- Cykl "¦wiat wed³ug Lema", nr 1 - 51/52
- W komputerowym labiryncie, nr 42 ("Kontrapunkt" nr 9)
- Danie miesi±ca [Saul Bellow, "Planeta pana Sammlera"], nr 50 ("Kontrapunkt" nr 12)

Rok 1997
- Cykl "¦wiat wed³ug Lema", nr 1 - 17

Rok 1998
- Niekoniecznie u¶wiadomiona lekcja, nr 45 ("Apokryf" nr 13)
- ¦wiat bez krawêdzi, nr 51/52 ("Kontrapunkt nr 13/14)

Rok 1999
- ¯egluga [po ¶mierci Jerzego Turowicza], nr 6
- Przemiany, nr 13
- Czy staniemy siê nie¶miertelni?, nr 15
- W kotle, nr 16
- Koniec wieku, nr 18
- Przewagi autokracji, nr 19
- Nad otch³ani±, nr 20
- Broda Fidela, nr 21
- Honor potwora, nr 22

Rok 2000
- Rewersy globalizacji, nr 5
- Putin czyli niepokoje, nr 15
- Ksi±¿ê niez³omny [po ¶mierci Jerzego Giedroycia], nr 39
- O zagranicznych podró¿ach, rosyjskich przygodach i olbrzymiej kuropatwie. Ze Stanis³awem Lemem rozmawia
Tomasz Fia³kowski, nr 43
- Energetyczne dylematy, nr 47

Rok 2001
- Spojrzenie z progu, nr 1
- Pêpek i ¶wiat, nr 4
- Miêdzy Wener± a Marsem, nr 5
- Sprawa krwawego b³ota, nr 6
- Sferomachia, nr 7
- Muzyka genów, nr 8
- Wêdrówka po grani, nr 10
- Pod kuratel± podkoszulka, nr 11
- Przedwczesny eksperyment, nr 12
- Zmierzch niewinno¶ci, nr 14
- Niepokoje, nr 15
- G³os z otch³ani, nr 16
- Powrót do atomu, nr 18
- Iluminacja i mózg, nr 19
- Widziane z paradyzu, nr 21
- Spl±tany k³êbek, nr 23
- Na horyzoncie, nr 25
- Mój Mi³osz [wypowied¼ w ankiecie], nr 26 ("Apokryf" nr 16)
- Przemiany, nr 27
- W cieniu Wielkiego Brata, nr 29
- Biogenetyczne nadzieje, nr 30
- Komputer i mózg, nr 31
- Biogenetyczne bitwy, nr 32
- Repetycja, nr 34
- ¦wiat zapo¶redniczony, nr 36




O Stanis³awie Lemie

Rok 1952
- Zofia Starowieyska-Morstinowa, W kosmicznej pró¿ni [rec. "Astronautów"], nr 22

Rok 1959
- Micha³ Sprusiñski, Fantastyka i wspó³czesno¶æ [rec. "Inwazji z Aldebarana"], nr 19

Rok 1962
- Zofia Starowieyska-Morstinowa, Z notatnika recenzenta [rec. "Wej¶cia na orbitê" i "Pamiêtnika znalezionego
w wannie"], nr 34

Rok 1963
- Wies³aw Szymañski, Stanis³aw Lem:
"Noc ksiê¿ycowa", nr 38

Rok 1965
- Jacek £ukasiewicz, Stanis³aw Lem: "Polowanie", "Cyberiada", nr 45

Rok 1971
- Henryk Krzeczkowski, Ksi±¿ki niepotrzebne czyli nieistniej±ce [rec. "Doskona³ej pró¿ni"], nr 25
Rok 1973
- Piotr Myszkowski, Fantomologia - nauka o naszym my¶leniu, nr 27

Rok 1996
- Jerzy Jarzêbski, Czy ¶wiat da siê lubiæ (Stanis³awowi Lemowi na jubileusz), nr 37
- Jan B³oñski, Prawdziwe ba¶nie, nr 37
- Stanis³aw Barañczak, Prezent, nr 37
- Jan Józef Szczepañski, Mój noblista, nr 37

Rok 1997
- Wies³aw £ukaszewski: Wszech¶wiat w g³owie [doktorat honoris causa Uniwersytetu Opolskiego dla St. Lema],
nr 51/52

Rok 1998
- Jan B³oñski: Gra w ¶wiat [doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagielloñskiego dla St. Lema], nr 45

Rok 1999
- Jerzy Jarzêbski: Lem - klasyk [o sesji na UJ "Stanis³aw Lem - pisarz, my¶liciel, filozof], nr 50

--
C
U
S
2006-04-10 12:19
Temat postu: Rozmowa na koniec wieku
ciachu


forum admin
postw: 823

Rozmowa na koniec wieku

W styczniu 1994 roku Jan Józef Szczepañski obchodzi³ 75. urodziny. Jubileusz pisarza, który przez lata by³ wiernym ¶wiadkiem szaleñstw dwudziestego stulecia, by³ dobr± okazj± do zastanowienia siê nad bilansem do¶wiadczeñ zmierzchaj±cej epoki. Poprosili¶my o jego dokonanie dwóch wybitnych i skrajnie ró¿nych w swych temperamentach pisarskich twórców, zarazem bliskich przyjació³. Przypomniana tu rozmowa ukaza³a siê pierwotnie w "TP" nr 9/04. Redakcjê reprezentowali Tomasz Fia³kowski i Micha³ Okoñski.

Stanis³aw Lem i Jan Józef Szczepañski / 2006-04-04

STANIS£AW LEM: - Ogl±da³em w polskiej telewizji "Godzinê szczero¶ci" z Tob±, Jasiu. By³o to co¶ po¶redniego miêdzy jubileuszem wed³ug Boya-¯elenskiego a "Ho³­dem Pruskim". Takich programów nie nale¿y chyba robiæ wy³±cznie z odczytywania listów gratulacyjnych, jakie nadsy³a³y rozmaite remizy stra¿ackie ze Z³oczowa. Podziwia³em stoicyzm, z jakim Ty to znosi³e¶ - pomy¶la³em sobie, ¿e gdybym by³ na Twoim miejscu, to chyba by mnie szlag trafi³. No bo przecie¿ jak cz³owieka chwal±, to jest dla niego bardzo g³upia sytuacja - nie wiadomo co powiedzieæ. "Istotnie, jest siê tym geniuszem".

Powiedz: kiedy my siê poznali¶my? Nie pamiêtam Ciê z redakcji "Tygodnika" z tych najwcze¶niejszych lat.

JAN JÓZEF SZCZEPAÑSKI: - To by³o chyba w Kole M³odych, do którego zreszt± nie nale¿a³em, ale siê zapl±ta³em przy jakiej¶ okazji. To by³y pó¼ne czterdzieste lata.

Pamiêæ i guziki

LEM: - Kto¶ powiedzia³, ¿e nie wszystko by³o z³e w PRL- u, tak¿e nie wszystko by³o z³e w Kole M³odych. Mieli¶my minimum organizacyjne, a potem wszyscy siê usamo­dzielniali. Jedni wybierali s³u¿bê dworsk±, inni nie. Tych drugich by³a w³a¶ciwie liczba pojedyncza, czyli Ty. Jak m³odzi ludzie zaczynaj± malowaæ albo uprawiaæ literaturê, przypomina to maraton. Jest jedno okr±¿enie, potem drugie, a potem pojedynczo zaczynaj± odpadaæ. Trzeba byæ silnym, tak¿e biologicznie, ¿eby siê w tym maratonie krêciæ. Sam fakt, ¿e cz³owiek jest w maratonie ju¿ od bardzo dawna, daje poczucie, ¿e on co¶ sob± reprezentuje.

Ale Ty jeste¶ jakim¶ nieludzkim wyj±tkiem. Bo to nie jest ludzkie, o czym powiedzia³ Jerzy Turowicz, ¿e Ty siê nie musisz wstydziæ ani jednego zdania, które napisa³e¶. Ja nie wiem, czy jest drugi pisarz w Polsce, który móg³by to samo powiedzieæ.

SZCZEPAÑSKI: - Staszku, ale Ty kontynuujesz tê panichidê...

LEM: - Nie, ja chcê tylko powiedzieæ, ¿e ze mn± tak dobrze nie by³o. Ale chcia³em zapytaæ o co innego.

Jeste¶my ostatnim pokoleniem ludzi, którzy pamiêtaj± Polskê przedwojenn±. Polska przedwojenna dla 90 proc. ludzi dzi¶ ¿yj±cych w Polsce jest wy³±cznie mitem. W "Dialogu" - tym, co jest w nim "Mi³o¶æ na Krymie" Mro¿ka - jest wielka dyskusja redakcyjna o tym, ¿e m³odzie¿ ca³kiem straci³a poczucie historycznej przesz³o¶ci, ¿e nic nie wie. Je¿eli kto¶ mówi, ¿e Gierek to by³ taki kardyna³, to rzeczywi¶cie budzi to grozê. Nawet w jakim¶ plemieniu Maorysów przesz³o¶æ mityczna w g³owach siê ko³acze, a tu nic.

Ja siê uto¿samia³em z tym, co Beck powiedzia³, ¿e ani guzika nie oddamy. Powiedzia³ te¿, ¿e w Polsce jest pewna rzecz, która ma najwy¿sz± cenê - t± rzecz± jest honor. No, tê wypowied¼ mo¿na w³o¿yæ do lamusa tradycji, choæ z tymi guzikami ja siê ci±gle w zupe³no¶ci zgadzam.

SZCZEPAÑSKI: - Mam pewn± w±tpliwo¶æ: przypominam sobie ze swoich czasów gimnazjalnych rodzaj takiego fasonu, szpanu, ¿e my nie mamy nic wspólnego z tym ca³ym romantyzmem, z wieszczami. Ale potem to oczywi¶cie pêk³o i ca³a poezja okupacyjna z Baczyñskim na czele by³a powrotem do romantyzmu i do tych wszystkich w±tków, których my¶my siê wstydzili, wyrzekli.

TYGODNIK POWSZECHNY: - Ale przecie¿ schy³ek lat 70. i tzw. pierwsza "Solidarno¶æ" by³y okresem od¿ycia na nowo zbiorowej mitologii, i to w³a¶nie w m³odym pokoleniu. Wiêc je¿eli mo¿na mówiæ o zerwaniu, to dopiero w drugiej po³owie lat 80.?

SZCZEPAÑSKI: - Gdyby kto¶ siê zaj±³ zbadaniem trwa³o¶ci tych w±tków i stereotypów, to ró¿nie to wygl±da w ró¿nych ¶rodowiskach. W pa¼dzierniku by³em na z³otym weselu naszych s±siadów w Kasince Ma³ej. To ¶rodowisko wiejskie, zebra³a siê ca³a rodzina, bardzo piêkna uroczysto¶æ i pó¼niej zaczê³y siê ¶piewy, i co ¶piewali? Pie¶ni legionowe, pie¶ni akowskie, pie¶ni harcerskie.

LEM: - Jedn± czê¶æ inteligencji wykoñczy³a nam okupacja hitlerowska, a potem o resztê Sowieci siê postarali.

Wie¶ musia³a wej¶æ do miasta, a poniewa¿ ja jestem zwolennikiem postêpowej teorii, ¿e dystrybucja inteligencji jest taka sama mniej wiêcej wszêdzie, my¶lê, ¿e nic specjalnie siê nie sta³o, je¿eli chodzi o iloraz inteligencji. Natomiast zatracie uleg³ pewnego rodzaju savoir vivre, obyczajowo¶æ. Ojciec Bocheñski po wizycie tutaj powiedzia³, ¿e najbar­dziej uderzy³o go w Polsce chamstwo.

Szkielety w szafie

- Czy Panowie zgodziliby siê z tez±, ¿e to, co siê dzieje po upadku muru w ca³ym w³a¶ciwie ¶wiecie zachodnim, to jest powtórka z lat 30.?

SZCZEPAÑSKI: - Ja siê naiwnie ³udzi³em, ¿e po upadku imperium radzieckiego skoñczy³ siê okres fascynacji totalitaryzmem i teraz wykszta³ci siê jaka¶ nowa mentalno¶æ. Tym­czasem to, co widzimy - proliferacje maleñkich Stalinków, Hitlerków, jakich¶ Miloszeviciów, ¯yrynowskich i innych... To dla mnie jest przera¿aj±ce i niezrozumia³e.

LEM: - Kiedy¶ totalizmy by³y pokryte grub± warstw± ideologii, a teraz jest tak, jak napisa³ Josif Brodski w "Heraldzie": w Bo¶ni chodzi jedynie o to - mordowaæ, ¿eby mordowaæ, ¿eruj±c na instynktach plemiennych.

Widzia³em w Telewizji Polskiej ¯yrynowskiego, który mówi³: my S³owianie, wy S³owianie, my siê porozumiemy, a jak chcecie Lwów, to ja wam oddam. Moja ¿ona twierdzi, ¿e jak on to powiedzia³, to mnie siê gêba rozja¶ni³a. No ale w moim przypadku to jest odruch warunkowy, na który nic nie mo¿na poradziæ; Lwów to moje miasto...

- W latach 30. krytykowano Ligê Narodów, która w³a¶ciwie nie potrafi³a niczemu zapobiec: kolejne agresje - choæby Abisynia, Czechos³owacja - spotyka³y siê z bierno¶ci± ¶wiata. Czy ta sytuacja nie jest w tej chwili dok³adnie powtórzona, choæ integracja ¶wiata zachodnioeuropejskiego posz³a o wiele dalej?

LEM: - Jak siê ma w szafie same szkielety zamiast garniturów...

- Mo¿e wiêc jest tak, ¿e Fukuyama siê sprawdzi³, ale dok³adnie na odwrót? On przecie¿ twierdzi³, ¿e bêdzie koniec historii i nastanie wieczna demokracja typu zachodniego, a tymczasem oka¿e siê, ¿e jest koniec pokoju i koniec demokracji.

LEM: - I przede wszystkim koniec Fukuyamy. Naprawdê nale¿y to nazwisko zasypaæ gdzie¶ g³êboko, w jakim¶ do³ku.

- Czy to wszystko oznacza, ¿e cywilizacja europejska jest w fazie zmierzchu?

LEM: - Ju¿ trzydzie¶ci lat temu czyta³em o manewrach w Beneluksie, po których by³y skargi oddzia³ów atakuj±cych, ¿e zmotoryzowane bufety nie nad±¿a³y za pierw­szymi liniami i ¿e ¿o³nierze nie mogli siê dobrze po¿ywiæ w czasie przerw w boju. Pomy¶la³em sobie - to ju¿ jest koniec. Jak pierwszy raz przyjecha³em do Berlina - jeszcze wtedy nie by³o muru - i zobaczy³em policjanta kieruj±cego ruchem, któremu piêknie utrefione i zaondulowane loki sp³ywa³y na ramiona, pomy¶la³em: koniec.

SZCZEPAÑSKI: - Pamiêtam z partyzantki: zrzucili nam skoczka, który bra³ udzia³ w kampanii afrykañskiej i w³oskiej...

LEM: - Czy to by³ ten, co nie chcia³ je¶æ grzybków?

SZCZEPAÑSKI: - Nie, to inny... Pamiêtam, jak on opowiada³, ¿e w jednej z dywizji amerykañskich batalion piechoty zastrajkowa³, bo nie dowie¼li im pryszniców. Oni powiedzieli: to nie pójdziemy strzelaæ, bo pryszniców nie ma.

LEM: - Ale wyjd¼my z wielkiej polityki. Rozpowszechni³ siê - diabli wiedz± sk±d - taki pogl±d, ¿e od 1944 r. do ,,Solidarno¶ci" by³a czarna dziura w dziedzinie ducha polskiego, kultury. Ja siê z tym absolutnie nie zgadzam.

SZCZEPAÑSKI: - Ja te¿.

LEM: - No to dobrze.

Zawracanie Niagary

- No wiêc jak by³o pisarzom w PRL-u? I jak jest dzisiaj?

LEM: - Przed wojn± Zofia Na³kowska p³ywa³a na cieniusieñkiej b³once napiêcia powierzchniowego: to by³y elity, smokingi, prezydent Mo¶cicki wisia³ na ¶cianie. Ale jak nagle przysz³a niemiecka okupacja i ona musia³a ¿yæ z tego, ¿e sprzedawa³a w trafice papierosy, to nagle zobaczy³a, ¿e zapada siê w g³±b Polski, o której istnieniu nic nie wiedzia³a.

W PRL-u istnia³y pozory masowego czytelnictwa, ale dzi¶ nak³ady u nas spad³y akuratnie do tego poziomu, jak przed wojn±. Wydanie w piêciu tysi±cach nak³adu ju¿ jest bestsellerem i wszyscy s± u¶miechniêci. Spodlenie gustów jest bardzo smutne.

SZCZEPAÑSKI: - Zawsze tak by³o i trzeba przestaæ siê ³udziæ, ¿e kultura jest zjawiskiem masowym. Kultura sama w sobie nie jest spraw± masow±. Zawsze s± elity. A na co mo¿na liczyæ? Przede wszystkim na snobizm, na¶ladowanie elit.

LEM: - Wróæmy do gustów. Miêdzy drug± a czwart± w nocy budzê siê i nie mogê spaæ. Schodzê na dó³, w³±czam miskê anteny satelitarnej i ogl±dam stare filmy. Jak jest stary francuski film gangsterski, to jest dosyæ mi³o: wszyscy widz± tê jawn± umowno¶æ, jak kto¶ jest trafiony kul±, to siê przewraca i umiera w sposób taki, ¿e wszyscy wiedz±, ¿e zaraz wstanie i pójdzie siê napiæ. A teraz czekam z trwog± chwili, kiedy siê poka¿e rozmaite kawa³ki r±k, nóg i mózgu. Pokazuj± trupy z Sarajewa a za chwilê widaæ urocze dziewczê, które spo¿ywa budyñ oblany ¶mietan± z truskawk± na wierzchu. Jak mo¿na takie rzeczy znosiæ?

SZCZEPAÑSKI: - To siê zaczyna od tego, ¿e przed wojn± nie by³o telewizji.

LEM: - Ale mówi± niektórzy, ¿e ca³y Hitler to by³ teatr radiowy.

- Mi³osz ostatnio dwukrotnie zabiera³ g³os w podobnym duchu. Raz na konferencji "Literatura i demokracja" i drugi raz w tek¶cie drukowanym w "TP", który siê nazywa "W skórze ma³py". Prorok wystêpuj±cy przeciw kulturze masowej...

LEM: - To jest rozpaczliwe, jak zawracanie Niagary kijem. Gdzie jest lekarstwo?

SZCZEPAÑSKI: - Lekarstwo to jest wiek. Ja parê lat temu dosta³em numer "Newsweeka" ca³y po¶wiêcony sprawie tego, co siê sta³o z hippisami lat 60. To s± stateczni, starsi panowie, pracuj± w bankach...

- Jeden zosta³ prezydentem USA...

LEM: - Nie oskar¿a siê klimatu, nie mówi siê: robimy demonstracje przeciwko powodzi, bo to nic nie pomo¿e, ale mówi siê: nie nale¿y obetonowywaæ koryt rzecznych, bo to powoduje, ¿e jak woda przeskoczy tê tamê, to ju¿ jest taka powód¼... Z drugiej strony nie chodzi te¿ o to, ¿eby nie regulowaæ rzeki, chodzi o to, ¿eby znale¼æ jaki¶ rozs±dny kompromis w tej sprawie. Je¶li chodzi o kulturê, nie nale¿y oczekiwaæ zmi³owania, ¿e rz±d uchwali jak±¶ tak± generaln± kontrybucjê, ¿eby mo¿na by³o wydawaæ ksi±¿ki dobre i taki nieznany areopag bêdzie decydowa³, co jest dobre, a co nie, bo wtedy siê robi zamordyzm.

Bez z³udzeñ

- Tyrmand pisa³ w "Dzienniku 1954", ¿e Szczepañski ma cztery ksi±¿ki gotowe w szufladzie... Jak to by³o? Pan Stanis³aw wyg³aszaj±c tu laudacjê powiedzia³, ¿e Pan nie napisa³ zdania, którego musia³by siê wstydziæ, a równocze¶nie z niezachwian± pewno¶ci±, ¿e co¶ z tego potem bêdzie, pisa³ Pan przez te wszystkie lata do szuflady. A przecie¿ wszyscy mieli przekonanie, ¿e to bêdzie trwa³o nie wiadomo jak d³ugo; w 1952-53 roku raczej nikt nie s±dzi³, ¿e stalinizm tak szybko siê skoñczy.

LEM: - Szczepañski nigdy nie by³ zewn±trzsterowny...

- Ale nawet nie bêd±c zêwn±trzsterownym, mo¿na straciæ ochotê na cokolwiek, kiedy siê dochodzi do wniosku, ¿e to jeszcze potrwa ze 25 lat. Bo je¿eli potrwa, to w³a¶ciwie, po co ja bêdê pisa³ te ksi±¿ki?

SZCZEPAÑSKI: - My¶lê, ¿e mia³em ogromne szczê¶cie, bo gdyby siê tak zdarzy³o, a w koñcu nie by³o to wykluczone, ¿e by³bym wyda³ przed wojn± ksi±¿kê... No i ja rzeczywi¶cie nie bra³em pod uwagê mo¿liwo¶ci, ¿e zostanê pisarzem, ¿e bêdê z tego ¿y³. Pisa³em, bo mnie to interesowa³o, bo mnie to w jaki¶ sposób bawi³o.

- Publikowa³ Pan jednak w latach 40. w "Tygodniku" i zobaczy³ Pan swoje teksty w druku...

LEM: - Ale to nie jest to samo. Ja te¿ debiutowa³em w "Tygodniku" - wierszami i proz±, a potem mia³em trudno¶ci. Oczywi¶cie, ja siê nie przyrównujê do Jasia, ale w 1953 r. mia³em skoñczone "Dialogi" i nawet nie szed³em do ¿adnego wydawcy, bo uwa¿a³em, ¿e bez sensu jest pisaæ na siebie donosy.

Pewien filozof z Essen wyda³ w RFN ksi±¿kê, gdzie zacytowa³ moje s³owa o pañstwie centralistycznym, i pyta: jak to jest mo¿liwe - chyba cenzor rozum straci³. Ja mu napisa³em: cenzor rozumu nie straci³, cenzorzy po Pa¼dzierniku 1956 r. zwrócili siê do w³adz, ¿eby ich rozwi±zano. My¶my ze Szczepañskim poszli wtedy wyrzucaæ Machejka z redakcji "¯ycia Literackiego", ale on powiedzia³: mnie tu KC posadzi³o, i tylko KC mnie st±d wyrzuci.

SZCZEPAÑSKI: - Ale nie wszyscy cenzorzy byli idiotami...

LEM: - My¶my byli naiwni, ale ja chcê powiedzieæ, ¿e jednak ty¶ siê Jasiu pó¼niej ni¿ ja przekona³ o tym, ¿e to jest ponury drab, ten ca³y Machejek. Mnie zrobi³o siê go ¿al dopiero potem, jak go zobaczy³em na przystanku tramwajowym. On ju¿ nie by³ taki, jak wtedy, gdy siê lubie¿nie ociera³ o ka¿dego kolejnego premiera PRL.

Pó¼niej siê to wszystko nagle rozlaz³o. Choæ, gdy zobaczy³em nazwisko Bisztygi, ostatniego rzecznika KC jako doradcy nowego rz±du, to jednak lekka cholera mnie ogarnê³a.

SZCZEPAÑSKI: - Gdy Kantor wystawia³ ,,M±twê" - to by³ pierwszy spektakl teatru Cricot 2 - wtedy na próbê generaln± w³adze przys³a³y Polewkê, zwyk³y cenzor ju¿ nie wystarcza³ i Polewka mia³ wydaæ opiniê: czy to jest b³agonadio¿ne, czy nie. Potem podszed³ do Balewicza i powiedzia³: s³uchajcie, ja wiem kto to jest Hyrkan, ale nie mówcie nikomu, ¿e ja wiem.

LEM: - Nawet u Sofoklesa czy innych tragików staro¿ytnych nasza cenzura odnajdywa³a aluzje do PRL-u.

Widzê kiedy¶, ¿e w ,,Polityce" pytali, co siê komu podoba³o w telewizji i Lam mówi, ¿e to i to. Niewa¿ne nawet co, ale ja osobi¶cie jednak przy ca³ej nadprzyrodzonej ³agodno¶ci widzia³bym Lama z Ko¼niewskim albo spêtanych i wci±gniêtych w jaki¶ kierat, albo w jakiej¶ piwnicy dobrze zakorkowanej... Bo teraz to nie s± nawet ¿adne nawrócenia. Owszem, jak kto¶ ju¿ umrze, to ja go mogê po¿a³owaæ, proszê bardzo, ale jak d³ugo ¿yje, to nie. Okrutny jestem po prostu.

SZCZEPAÑSKI: - Nigdy nie mia³em z³udzeñ, ¿e pisaniem mogê wp³yn±æ na losy ¶wiata. Nie dlatego pisa³em. Pisa³em, bo uwa¿a³em, ¿e jest to jedyna rzecz, któr± potrafiê jako tako robiæ. Choæ coraz trudniej mi to przychodzi. Dawniej, gdy mia³em jaki¶ pomys³ - to mnie drêczy³o, ¶ni³o mi siê po nocach. A teraz, gdy mam pomys³, przez chwilê mnie jako¶ zafascynuje, ale po chwili zapominam, co to by³o.

LEM: - O zapominaniu to ja mogê du¿o powiedzieæ. Pamiêtam jak mi siê kiedy¶ ¶ni³o, ¿e by³em m³odym wy¶wiêconym ksiêdzem, mia³em w czasie Mszy wyg³osiæ kazanie i mia³em tak± potworn± tremê w tym ¶nie. Co najdziwniejsze, nie dziwi³em siê, ¿e mia³em w tym ¶nie tak± przesz³o¶æ, jakiej w rzeczywisto¶ci nigdy nie mia³em i ¿e moja pod¶wiadomo¶æ dorobi³a mi w tym ¶nie tê przesz³o¶æ. Ja siê w tym momencie w ogóle nie zastanawia³em, czy jestem wierz±cym ksiêdzem, czy niewierz±cym, tylko mia³em wyg³osiæ kazanie i strasznie siê stremowa³em.

Nie bojê siê wystêpowaæ przed lud¼mi, chcê wiêc powiedzieæ, ¿e sen mo¿e nadawaæ inn± osobowo¶æ. Nie wiem, czy to jest przyrodzona w³a¶ciwo¶æ pisarzy. Nie¿yj±ca ju¿ niestety Noemi Madeyska, psychiatra, zarówno Szczepañskiego, jak i mnie podda³a dzia³aniu psylocybiny.

Ty wtedy, Jasiu, mówi³e¶ do obrazu?

SZCZEPAÑSKI: - Nie, to obraz mówi³ do mnie. W³a¶ciwie nie mówi³, tylko mnie kokietowa³ w sposób taki bardzo wyrafinowany i dwuznaczny. To by³ portrecik jakiej¶ m³odej kobiety, chyba babki Pani Doktor i ona mnie prowokowa³a, straszy³a, wabi³a i ja by³em tak tym zafascynowany, zajêty, ¿e jak kaza³a mi pani Maria zamkn±æ oczy, skupiæ i za¿±daæ, ¿eby ten obrazek siê uspokoi³, ja siê podda³em temu, zamkn±³em oczy, zmobilizowa³em siê, otworzy³em oczy - a ta, jak nie skoczy na mnie!

LEM: - A ja wzi±³em jak±¶ ksi±¿eczkê do rêki, która mia³a taka g³adk± powierzchniê i zobaczy³em, ¿e to jest sala teatralna ze spuszczon± kurtyn±, s³ysza³em szmer g³osów na tej sali. Kiedy to nagle odesz³o, z obrzydzeniem odrzuci³em tê ksi±¿kê. Potem, gdy znów proponowa³a mi powtórzenie eksperymentu, to ja ju¿ nie chcia³em. Nie chcia³em, ¿eby jaka¶ substancja zapanowa³a nad moim umys³em. Ty, Jasiu, te¿ nie za¿ywasz narkotyków i to wskazuje na to, ¿e nam to jest niepotrzebne po prostu. Ja nie wiem, po co to ludzie robi±, mnie to przera¿a, te kompoty...

SZCZEPAÑSKI: - Mnie siê zdaje, ¿e to jest takie ¿ycie zastêpcze: kto¶ ¿yje w pustce, beznadziei - to sobie tak± protezê dorabia. My mieli¶my ¿ycie dosyæ wype³nione.

LEM: - To jest prawda. Ale ja nie rozumiem: np. dzisiaj pokazywali w telewizji kilkunastu m³odych ludzi z³apanych przy podpalaniu lasów dooko³a Sydney. Mówi siê "piromani", ale nie mogê poj±æ motywu, bo te terroryzmy maj± jeszcze jakie¶ pretekstowe ideologie; Baskowie, IRA - ale po co, na mi³o¶æ Bosk±, podpalaæ lasy...

SZCZEPAÑSKI: - ¯eby co¶ siê dzia³o.

LEM: - W kulturze masowej jest du¿a potrzeba pojawienia siê monstrum, to jest stara sprawa, Frankenstein, dr Mabuse... Pamiêtasz doktora Mabuse?

SZCZEPAÑSKI: - Tak.

LEM: - A Fu-Man-Tchu? Taki Chiñczyk z w±sami. Przedwczoraj niemal ze ³zami wzruszenia w oczach zobaczy³em go w telewizji satelitarnej. Fu-Man-Tchu, który chcia³ zniszczyæ ¶wiat. To w³a¶ciwie jest niesamowite: ogl±damy takie æmoje-boje, podczas gdy na ¶wiecie naprawdê dziej± siê straszne rzeczy: tu jest powód¼, tu trzêsienie ziemi, tu wybieraj± ¯yrynowskiego.

Wczoraj w telewizji naszej pokazywano zwierzêta ukochane najrozmaitszych ludzi, od psów za szesna¶cie milionów, potem ca³a rodzina ma boa dusiciela, cztery metry d³ugo¶ci, który ¶pi z w³a¶cicielem, przytula siê do niego, a ma takie ¶liskie, zimne cia³o, a na zakoñczenie pokazywali pana, który nachyla³ siê do paszczy krokodyla i serdecznie u¶miecha³ siê do kamery. Wiêc ja zastanowi³em siê, skupi³em i doszed³em do wniosku, ¿e jest tylko jeden rodzaj monstrów na tej planecie - s± to ludzie, a te wszystkie inne monstra to jest lipa i zawracanie g³owy.

Obaj mieli¶my nies³ychane szczê¶cie do wariatów. Nie wiem, sk±d to siê wziê³o. Niedawno przyszed³ tutaj jeden facet, na szczê¶cie spa³em, wiêc to mnie uratowa³o, ale ¿ona mi mówi³a, ¿e chcia³ mi powiedzieæ co¶ bardzo wa¿nego na temat Marsjan. Przyjecha³ dziesiêæ kilometrów z miasta, ¿eby mojej ¿onie powiedzieæ co¶ o Marsjanach.

- Do nas do redakcji przychodzi taki, który za drobn± op³at± jest gotów zneutralizowaæ "¶wiatowe centrum z³a".

SZCZEPAÑSKI: - Podejrzewam, ¿e on te¿ do mnie przychodzi. Jest teoretykiem z³a, psychologiem z wykszta³cenia, napisa³ dwa dzie³a. Twierdzi, ¿e z³o jest chorob±, któr± mo¿na leczyæ i wymy¶li³ ca³± terapiê.

- To pocieszaj±ca teoria.

LEM: - Je¿eli to jest choroba, to choruj± na ni± prawie wszyscy.

Rêkopisy nie p³on±

- Panie Stanis³awie, kim by³ dla Pana Szczepañski-pisarz?

LEM: - Ja siê zastanawia³em nad s³owami Turowicza: dlaczego ty masz takie z³e, s³abe kursy na gie³dach krytyki, na "salonach literackich". Kiedy¶ pytam dziekana krytyki polskiej, Jasia B³oñskiego, dlaczego nie napisa³ o tobie s±¿nistej rozprawy, ale on siê wykrêca³. Wiedzia³em, ¿e siê nie dowiem, muszê sam wymy¶liæ i mam wra¿enie takie w kategoriach alpinizmu: ¿e ty jeste¶ ¶ciana bez chwytów. ¦ciana jest cholerna, ale g³adka. Do Gombrowicza czy Witkacego s± bardzo wyra¼ne chwyty, mo¿na siê powspinaæ...

SZCZEPAÑSKI: - Ale jak d³ugo oni czekali na to, ¿eby kto¶ zacz±³ siê na nich wspinaæ.

LEM: - Ty nie masz te¿ takich ostrych koñców na ³okciach, ¿eby siê rozpychaæ, to zreszt± jest moim zdaniem nareszcie jaki¶ powa¿ny brak, który w tobie znajdujê. Malwersantem nie jeste¶, aferzyst± nie jeste¶, nie jeste¶ malkontentem, nie jeste¶ zwyrodnialcem - co to za literat?

Nie chodzi o to, ¿eby¶ to wszystko robi³ osobi¶cie, mo¿esz robiæ per procura, za po¶rednictwem swoich bohaterów. A bohaterowie Jasia, to jaki¶ taki szlachetny m³ody cz³owiek, który strzela do cara. A to powinien byæ taki fest degenerat, taki s±¿nisty, to jest oczywi¶cie kolosalna wada.

Zdaje mi siê, ¿e pierwszy rêkopis twojej "Polskiej jesieni" zgin±³?

SZCZEPAÑSKI: - Tak. Ja to odtwarza³em, ale to zginê³o w czasie wojny, a nie w PRL-u.

LEM: - Ale gdyby¶ Ty to mia³ ju¿ w 1945 r., to mo¿na by to by³o wydaæ. To by³ ten czas, kiedy wysz³o "Ocalenie" Mi³osza, pierwsze ksi±¿ki...

SZCZEPAÑSKI: - No wiesz, ale ja próbowa³em to wydaæ w 1948 r.

LEM: - Gdzie?

SZCZEPAÑSKI: - W "Czytelniku".

LEM: - No, ale wtedy ju¿ nie by³o szans. Ja poszed³em wtedy ze "Szpitalem przemienienia" do Gebethnera, powiedzieli ¿e to bardzo dobra ksi±¿ka, po czym ca³y Gebethner zosta³ w oka mgnieniu zwiniêty. No i zaczê³y siê moje peregrynacje z t± ksi±¿k±, czterdziesty ósmy, czterdziesty dziewi±ty, piêædziesi±ty - osiem lat czeka³em na wydanie.

- Jak by³o z tym 1945 rokiem? Obaj Panowie mieli odmienne do¶wiadczenia: pan Stanis³aw ze Lwowa, a pan Jan z partyzantki.

SZCZEPAÑSKI: - Dla mnie to by³ straszny szok, bo wtedy jeszcze mia³em sk³onno¶ci do naiwnego optymizmu, zupe³nie inaczej sobie wyobra¿a³em koniec wojny. Bardzo ciê¿ko prze¿y³em "wyzwolenie", pamiêtam jak tutaj, w Krakowie, po kapitulacji Niemiec by³a ta strzelanina na ulicach, Ruscy palili ognie, to ja chodzi³em jak struty.

- A oczekiwa³ Pan bardzo szybko trzeciej wojny?

SZCZEPAÑSKI: - Tego do koñca nie pamiêtam. Z pocz±tku oczywi¶cie tak, wszyscy ludzie w moim wieku na to liczyli.

LEM: - "Truman, Truman spu¶æ ta bania, bo tu nie do wytrzymania".

SZCZEPAÑSKI: - Ale bardzo szybko te z³udzenia wyparowa³y.

LEM: - Ja odwrotnie, bo mnie wylano z k±pieli sowieckiej i wyl±dowa³em tutaj o wiele ³agodniej. Co tu du¿o mówiæ - ja by³em taki durnowaty, ¿e jeszcze we Lwowie robi³em sobie ma³e modele czo³gów i armat, potem sfotografowa³em je sobie i zanios³em do zak³adu, ¿eby mi zrobili odbitki. Ojciec mówi³ - nie rób tego, mog± byæ przykro¶ci. No i poszed³em po odbiór i fotograf mówi mi u¶miechaj±c siê, ¿e na piêtrze czeka taki jeden pan. I tam siedzia³ oficer NKWD, który pyta: "a eta szto takoje?". A ja mówiê, ¿e takie zabawki. Wtedy mnie wypu¶ci³, a potem zauwa¿y³em, ¿e nie nale¿y jednak robiæ sobie takich igraszek z zabawkami.

Tak wiêc nasze pocz±tki ¿yciowe mocno siê ró¿ni³y: ty wyszed³e¶ z lasu i my¶la³e¶, ¿e bêdzie Polska, a ja przyjecha³em tutaj w wagonie towarowym, zupe³nie go³y.

Ale ja siê zastanawia³em przed nasz± rozmow±, co nas bli¿ej po³±czy³o? Nasze zainteresowania s± przecie¿ przeciwstawne, ja siê zajmujê kosmosem, cz³owiek jest dla mnie zjawiskiem w skali biologicznej planety. Ale jest co¶ takiego we mnie, ¿e kiedy mam podj±æ jak±¶ wa¿n± decyzjê, to my¶lê sobie: jak Szczepañski by na to patrzy³? Jakbym spogl±da³ na kompas, który, jak wiadomo, zawsze ten sam kierunek wskazuje. I o tobie ja to wiem.

A nasza jedyna sprzeczka to by³a chyba na temat ksi±¿ki Schuberta. Ja napisa³em wtedy do "Tygodnika"... Ale on zdaje siê nale¿y do tej gromadki, któr± Bereza wykry³...

SZCZEPAÑSKI: - I ja nadal twierdzê, ¿e on nale¿y do ciekawszych wynalazków Berezy. Ty wiesz, ¿e on handluje jarzynami na targu w Poznaniu? Ma taki kramik.

LEM: - Nie mo¿e byæ! Ale to przecie¿ nie hañbi...

SZCZEPAÑSKI: - Moim zdaniem to go nawet podnosi.

"Ho, ho - hej, hej - ha, ha!"

- Wiêc jak to jest z przyja¼ni± Panów? Podobne warto¶ci, odmienne temperamenty?

SZCZEPAÑSKI: - Staszek tu takie pochwa³y pod moim adresem wygaduje, a mnie on sam fascynowa³. Ja nie jestem intelektualista, raczej jestem taki emocjonalny. Staszek fascynowa³ mnie swoim aparatem mózgowym, swoim my¶leniem. Ja nie spotka³em nikogo drugiego, kto potrafi³by tyle wiedzieæ i tak logicznie ten ¶wiat analizowaæ.

LEM: - Poza tym ty mia³e¶ Kasinkê: to, ¿e tam je¼dzili¶my, wychodzili¶my na górê, te¿ nie by³o bez znaczenia. Ja nie wiem, na czym to polega, ale tam zawsze by³o bardzo mi³o.

SZCZEPAÑSKI: - Ja mam ca³± kolekcjê wierszyków, które Staszek tam uk³ada³. Potwornie zasapany wychodzi³ na górê i w b³yskawicznym tempie uk³ada³ wierszyki.

LEM: - Do tego mia³em zawsze nadmiern± ³atwo¶æ, wiec wystrzega³em siê publikacji.

Ale swoj± drog± to, co teraz uchodzi za poezjê, bardzo mi siê nie podoba. Jestem czcicielem Le¶miana, najm³odszego Mi³osza. Wspania³a wersyfikacja, rytm...

SZCZEPAÑSKI: - A Szymborsk± lubisz?

LEM: - To dla mnie jest raczej filozoficzna aforystyka. Takie rzeczy pisa³ Schopenhauer.

SZCZEPAÑSKI: - No nie, poza wszystkim to jest bardzo wysokiej klasy poezja.

LEM: - No wiêc w³a¶nie: dla mnie jak nie ma rymów i rytmu takiego wyra¼nego, to ja siê gubiê.

Mnie siê wydawa³o, ¿e najwiêkszym niemieckim poet± naszego stulecia by³ Rilke. A potem dosta³em Celana w t³umaczeniu Feliksa Przybylaka. I choæ to nie jest rymowane, to jednak mi siê podoba³o.

Czy my jeste¶my jednakowo g³usi na muzykê, Jasiu?

SZCZEPAÑSKI: - Mnie siê jednak wydaje, ¿e ja jestem mniej g³uchy od ciebie.

LEM: - Mnie siê te¿ tak zdaje. Moja ¿ona siê skar¿y³a, ¿e do czasu, kiedy wysz³a za mnie (ponad czterdzie¶ci lat temu), to chodzi³a na koncerty. Podczas gdy mnie w koncertach zawsze interesowa³a g³ównie motoryka panów, którzy poruszaj± skrzypcami.

SZCZEPAÑSKI: - Do tej pory ogromnie ¿a³ujê, ¿e siê nie nauczy³em graæ na fortepianie. Mimo ¿e moja matka bardzo usilnie próbowa³a mnie nauczyæ, ale nic z tego nie wysz³o: kiedy tylko siada³em do fortepianu, zaczyna³y mnie swêdzieæ plecy i musia³em siê drapaæ zamiast przebieraæ palcami po klawiszach.

LEM: - Nie ka¿dy rodzi siê Paganinim. Ja gra³em tylko na harmonijce ustnej, na przysposobieniu wojskowym, ale to by³ 1937 rok. Dosyæ dawno.

Ale kocham Pi±t± i Dziewi±t± Beethovena i to jest mój pu³ap. Czajkowski wydaje mi siê jaki¶ taki za s³odki i sentymentalny. I w ogóle jestem w mordêdze: Krzy¶ Meyer skomponowa³ kiedy¶ operê wed³ug mojej "Cyberiady", po czym zaprosi³ nas do domu i pu¶ci³ nam to. Jakby kto¶ wzi±³ du¿± ilo¶æ naczyñ kuchennych i przy pomocy rozmaitych twardych instrumentów obrabia³ je bole¶nie. Tyle s³ysza³em. Powiedzia³em mu, ¿e to jest ¶wietne, ale ja siê na tym nie znam. Naprawdê siê nie znam. Ja staram siê nie k³amaæ w sposób centralny. No, ale opera, z której nie mo¿na zagwizdaæ albo zanuciæ ¿adnej melodyjki, nie jest ¿adna oper±.

Ale ty malowa³e¶...

SZCZEPAÑSKI: - Tak, nawet chodzi³em do szko³y malarskiej w Katowicach.

LEM: - No i co?

SZCZEPAÑSKI: - No i malowa³em. Pamiêtam, ¿e mieli¶my wystawê i jeden z recenzentów wymieni³ potem moje nazwisko. Ale potem przesta³em.

LEM: - Ale jak siê jest zbyt rozstrzelonym w uzdolnieniach: tu malarstwo, tu literatura, tu muzyka, tu, nie daj Bo¿e rze¼ba, to wtedy ³atwo siê zagubiæ. No ale w twoim przypadku Jasiu, ju¿ jest za pó¼no: jeste¶ tym pisarzem, nic siê nie da zrobiæ.

SZCZEPAÑSKI: - Ale ta moja nauka malowania nie zosta³a ca³kiem zmarnowana. Wprawdzie nie kontynuowa³em jej nigdy, ale w jaki¶ sposób siê nauczy³em patrzeæ.

LEM: - Ty zawsze bardzo ceni³e¶ obrazy Brzozowskiego. Podczas gdy ja patrzy³em na ten obraz: widzê, no pewnie, ¿e widzê. Tu jest spuchniêta w±troba, a to wybrzuszenie tutaj, to pe³en kamieni woreczek ¿ó³ciowy. To widaæ. No, ale ja mam oko anatoma.

SZCZEPAÑSKI: - Ja do dzi¶ dnia pamiêtam jako wielkie prze¿ycie, jak wyszed³em po pierwszej lekcji malowania. To by³ ¦l±sk, jesieñ, wszystko szare i brudne. A ta lekcja polega³a na u³o¿eniu farb na palecie. T³umaczono nam, dlaczego w takiej kolejno¶ci, ¿e tu s± ciep³e, tu s± zimne, jak mo¿na mieszaæ. I ja wtedy wyszed³em na tê ciemn± i brudn± ulicê, i zobaczy³em, ¿e ten ¶wiat jest pe³en kolorów. Czarny dach ma w sobie fiolety. I to mi zosta³o. Nie ¿e: br±zowe-br±zowe, bia³e-bia³e.

LEM: - No pewnie. Ja jestem po prostu niewra¿liwy na abstrakcje. Co robi³ Vermeer, ¿e malowa³ powietrze - nie wiem, ale malowa³.

Pamiêtam, jak rozmawiali¶my o tym Niemcu, Beuysie. Ty powiedzia³e¶, ¿e to szarlatan, co mnie bardzo ucieszy³o. On bra³ stare krzes³o, wali³ na to kupê towotu i to teraz kosztuje 50 000 marek. I fa³szuj± go - bior± sto³ek i smaruj± towotem. Robotnicy robili porz±dki w jego pracowni i wynosili jakie¶ ¶mieci: okaza³o siê, ¿e to by³y dzie³a sztuki. Granica zosta³a niestety zatarta.

Przys³ali mi teraz nowy "bruLion". Nie bêdê Ciê zanudza³ odczytywaniem tych wierszy, ale jeden zaczyna siê "ho ho, hej hej, ha ha", a koñczy siê "hu hu". I nic tam wiêcej nie ma. Jedyne, co mnie tam interesuje, to kryterium odrzucania innych wierszy.

SZCZEPAÑSKI: - To jest drugi biegun kultury masowej.

LEM: - ¦mietnisko?

SZCZEPAÑSKI: - Z jednej strony ¶mietnisko i z drugiej strony ¶mietnisko.

--
C
U
S
2006-04-10 12:23
Temat postu: Zebrane ...
ciachu


forum admin
postw: 823

Przyzwoito¶æ

Etyka Lema

Wraz z odej¶ciem Stanis³awa Lema ¶wiat (mój? nasz?) nie pozostanie ju¿ taki jak wprzódy. Strzaskaniu uleg³ jeden z filarów podtrzymuj±cych £ad.

Jerzy Jarzêbski / 2006-04-03


Nie ma ju¿ mo¿e ludzi, którzy takiego zadania mogliby siê, jak Lem, podj±æ w pojedynkê, bez wsparcia ze strony instytucji, które na siebie bior± zazwyczaj wspieranie poczucia kosmicznego porz±dku. Co oznacza jednak to dzia³anie samopas w obronie owego £adu?

Kiedy my¶lê o pisarzu in articulo mortis, na pierwszy plan wysuwa mi siê jego niewiara. Mo¿e to niestosowne, bo piszê o nim na ³amach katolickiego tygodnika, z którym do ostatka swych dni stale wspó³pracowa³. Dlaczego to robi³? "Bo tam s± ludzie przyzwoici" - mawia³. Czy nie nale¿y zatem wyja¶niæ, co ³±czy przyzwoito¶æ wierz±cych z przyzwoito¶ci± ateisty?

Odrzuæmy to wszystko, co w terminie "przyzwoito¶æ" brzmi banalnie i daje siê sprowadziæ do prostych regu³ postêpowania. My¶lê, ¿e Lem nadawa³ temu s³owu znaczenie bez porównania bardziej fundamentalne. Cz³owiek przyzwoity to nie jest tylko cz³owiek przestrzegaj±cy najprostszych zasad moralno¶ci. To przede wszystkim cz³owiek troszcz±cy siê o ca³o¶æ Bytu, o sens wszech¶wiata i sens ludzkiego ¿ycia - inaczej przepisy rz±dz±ce jego zachowaniem zawis³yby w powietrzu lub dawa³yby siê zmieniaæ z ca³kowit± dowolno¶ci±.

Wierz±cy katolik nie mo¿e poprzestaæ na przestrzeganiu dziesiêciu przykazañ: musi je uwierzytelniæ poprzez ca³± wizjê Boga i wszech¶wiata, jaka wynika z jego religii. Niewierz±cy cz³owiek przyzwoity musi kosztem niewyobra¿alnego wysi³ku zbudowaæ gmach kosmosu i gmach sensu na w³asn± rêkê. Czy to przypadek, ¿e ostatnia, najbardziej fundamentalna powie¶æ ateisty Gombrowicza nosi³a tytu³: "Kosmos"? Czy to przypadek, ¿e i Lem przez ca³e ¿ycie budowa³ w swej prozie kosmiczne wizje? W nieobecno¶ci Boga cz³owiek przyzwoity musi wzi±æ na siebie realizacjê ca³o¶ci projektu istnienia, jakkolwiek trudne by³oby to zadanie.

Troska o wszystko

Czytaj±c ksi±¿ki Lema, mam wra¿enie, ¿e ich autor troszczy³ siê wrêcz o wszystko. Prze¶led¼my g³ówne tematy, w których ta troska siê przejawia. Jest to przede wszystkim troska o czas: czas historii ludzkiej i czas kosmiczny.

Mam wra¿enie, ¿e "entropijna" wizja koñca wszech¶wiata sprawia³a Lemowi wrêcz osobist± przykro¶æ: przysz³o¶æ kosmosu jako gigantycznego garnka, pod którym stopniowo przestanie buzowaæ ogieñ i wszystkie temperatury wyrównaj± siê, a wraz z nimi zaniknie ruch, zmiana i ¿ycie, nie mog³a budziæ w nim entuzjazmu, jest bowiem tak± wizj± koñca, w której najtrudniej doszukaæ siê sensu. St±d mo¿e tak wielki nacisk, jaki Lem k³adzie na czynniki negentropijne we wszech¶wiecie - na ewolucjê biologiczn±, na rozwój ludzkiej kultury, wreszcie na Rozum, który w najogólniejszym z mo¿liwych sensie dzia³a po prostu przeciw entropii. Kosmos, w którym ca³e galaktyki mog± "my¶leæ" i kszta³towaæ swoj± strukturê wedle jakiego¶ planu (a taka wizja pojawia siê u Lema), to w³a¶nie Kosmos, który pokona³ entropijne fatum. Jeszcze inaczej w przypadku znanego z "Nowej Kosmogonii" pomys³u na Kosmos-grê, w któr± graj± konstruktorzy z innego ontologicznego poziomu wszech¶wiata. To ju¿ istoty w stosunku do nas nieomal "boskie", choæ pozbawione wszechmocy i pewnie niekoniecznie dobre.

Tak obmy¶lany Kosmos mo¿e wiêc zapa¶æ siê u Lema w nico¶æ w jakiej¶ gigantycznej katastrofie, ale zawsze jest z niego uj¶cie do innego ¶wiata. Niewa¿ne, jak skonstruuje pisarz wizjê swego uniwersum - zawsze jest w niej droga ucieczki (choæby tylko dla my¶li) w ¶wiat inny, owa "dziura w Kosmosie", któr± kiedy¶ opisywa³em na wielu ró¿nych konkretnych przyk³adach z dzie³ Lema. Ten ateista bardzo mocno jednak optowa³ za jak±¶ ¶wieck± wersj± transcendencji, za jakim¶ bytem umieszczonym poza znanym nam ¶wiatem, który jest niezbêdny, aby ten ¶wiat zyska³ jaki¶ sens. Dowód na istnienie tej transcendencji nie tyle z Anzelma z Canterbury, co raczej z Gödla, nie zmienia to jednak faktu, ¿e nawet istnienie Boga - Boga dziwnego, bo pomy¶lanego trochê po gnostycku jako pozbawiony jakichkolwiek cech poza samym istnieniem idealny "punkt" poza ¶wiatem - pojawia siê u Lema jako postulat w "Podró¿y dwudziestej pierwszej" z "Dzienników gwiazdowych".

Troska, pragnienie sensu obejmuje wiêc u Lema ca³y wszech¶wiat i jego historiê, nie mo¿e jednak nie obj±æ tak¿e cz³owieka i jego z kolei dziejów. T± kwesti± zajmuje siê pisarz na niejako dwa g³ówne sposoby: zastanawia siê nad przysz³o¶ci± cz³owieka jako istoty d±¿±cej do coraz sprawniejszego panowania nad ¶wiatem i coraz wiêkszego zakresu poznania, a obok modeluje ró¿ne wersje rozwoju spo³eczeñstw. Ta pierwsza sfera obejmuje te wszystkie historie opowiadane przez Lema, w których pojawiaj± siê istoty ludzkie coraz to bardziej wymy¶lnie przekszta³cane, opatrywane dodatkowymi urz±dzeniami czy wrêcz przez nie - w my¶leniu i poznaniu - zastêpowane.

Wiele tu pomys³ów co siê zowie rewolucyjnych technologicznie, choæ nie wszystko mo¿e budziæ nasz entuzjazm: Lem wypróbowuje niejako wytrzyma³o¶æ cz³owieka jako istoty wspieraj±cej siê w dzia³aniu na tradycji, na te wszystkie projekty ulepszeñ, które stanowi³yby zamach na jego gatunkow± specyfikê. £atwo bowiem wymy¶liæ np. ró¿ne zastosowania cyborgizacji, pod warunkiem jednak, ¿e bycie cyborgiem spodoba siê cz³owiekowi jako pomys³ na lepsz± egzystencjê. £atwo - za Wellsem - krzewiæ has³o "ludzie jak bogowie", trudniej rozwa¿yæ, czy przyjêcie na siebie "boskiej" odpowiedzialno¶ci za ¶wiat nie jest dla cz³owieka przypadkiem ciê¿arem nie do ud¼wigniêcia.

Inaczej nieco przedstawia siê u Lema troska o pozytywn± ewolucjê spo³ecznych urz±dzeñ. Du¿o w jego opowiadaniach z³o¶liwo¶ci pod adresem niedowarzonych "uzdrowicieli" spo³eczeñstw, którzy chc± ¿ycie zbiorowe naprawiaæ przy pomocy jakich¶ (zbyt) prostych recept, ale w zasadzie problem ewolucji ludzkich zrzeszeñ nieustannie pisarza zajmuje i sk³ania do coraz to nowych refleksji. Có¿ bardziej godnego wysi³ku, jak próby wyeliminowania z ¿ycia spo³eczeñstw agresji, chorób, niedostatku i innych nieszczê¶æ dotykaj±cych czasem ca³e narody?

"Powrót z gwiazd", "Wizja lokalna", "Pokój na ziemi" - to s± ca³kiem powa¿ne ksi±¿ki traktuj±ce o trudach, k³opotach i niezwalczonych antynomiach, które napotyka na swej drodze kto¶, kto chce naprawiaæ spo³eczeñstwa. Szczególnie w tej drugiej powie¶ci autor stara siê zaprojektowaæ naturalne/sztuczne ¶rodowisko mieszkañców odleg³ej planety tak, aby ono zawiera³o na poziomie atomowym urz±dzenia funkcjonuj±ce niczym mechaniczna "Opatrzno¶æ" - mniejsza z tym, jakie mia³yby byæ skutki uboczne ich dzia³ania. "Co technologia zepsu³a, tylko technologia mo¿e naprawiæ" - powiada³ Lem czêsto. To nie oznacza jakiej¶ ¶lepej wiary w mo¿liwo¶ci technologii, tylko prze¶wiadczenie, ¿e obci±¿a j± zawsze odpowiedzialno¶æ za skutki swych dzia³añ.

Jednym z najistotniejszych tematów Lema jest od pocz±tku kwestia relacji pomiêdzy Natur± a Kultur±, rozumian± najogólniej jako sfera tego, co zosta³o stworzone intencjonalnie, przez jaki¶ ¶wiadomy zamys³. Natura bez stoj±cego za ni± Boga jest sfer± istnienia intryguj±c± i jako¶ gro¼n±, bo choæ rz±dzi siê okre¶lonymi prawid³ami, niepodobna przypisaæ jej ¿adnych zamiarów, sprawia wra¿enie rozpêdzonej maszyny, która w ka¿dej chwili, bezwiednie i bezrozumnie, mo¿e skruszyæ zapl±tane w jej trzewia istoty. Dlatego chyba jednym z najwa¿niejszych twórczych zamierzeñ Lema jest próba skonstruowania takiego ¶wiata, w którym podzia³ na naturalne i sztuczne okazuje siê podzia³em pozornym.

Z jednej strony ci±¿y ku temu wizja kosmosu jako pola gry (gdzie wszystko jest intencjonalne, bo za wszystkim stoj± "gracze", ale intencjonalno¶æ jest ukryta, niepostrzegalna) - z drugiej strony w tym kierunku zmierzaj± opisy takich dzia³añ bohaterów Lemowych fabu³, które maj± na celu przebudowê naturalnego ¶rodowiska tak, aby sta³o siê ono z zasady przychylne bytuj±cym w nim jednostkom. W ten sposób pomy¶lana jest "etykosfera" ze wspomnianej ju¿ "Wizji lokalnej". W tê stronê id± tak¿e niezwyk³e pomys³y konstruktorskie zamieszczone w zasadniczym Lema eseju filozoficzno-futurologicznym, jakim by³a "Summa technologiae".

Etyka demiurga

Wszystkie te próby "denaturalizacji" wszech¶wiata wi±¿± siê ze swoistym oswajaniem przez Lema roli demiurga, tego "gorszego Boga", który pomna¿a istnienie. Demiurgiem jest Corcoran konstruuj±cy my¶l±ce skrzynie, dla których jest "bogiem", w tej samej roli wystêpuje profesor Dobb z "Non serviam", który mo¿e nawet wys³uchaæ dyskusji swych komputerowych stworzeñ, dywaguj±cych, czy istnieje i jakie ma przymioty, swe miniaturowe ¶wiaty stwarzaj± konstruktorzy z "Cyberiady": Trurl i Klapaucjusz. Z kolei jako "boskie niemowlê" postrzegaj± przez chwilê ocean z "Solaris" dyskutuj±cy o nim kosmonauci. Najciekawszy z tego jest mo¿e dyskurs z "Non serviam", poniewa¿ stawia przed Stwórc± wymagania moralne: u Lema to demiurg ma obowi±zek troszczyæ siê o swe kreatury, one za¶ nie musz± go czciæ i kochaæ ani nawet wierzyæ w jego istnienie.

Profesor Dobb p³aci zatem pokornie rosn±ce rachunki za pr±d. Punktem wyj¶cia etyki u Lema zdaje siê byæ etyka demiurga, który podejmuje odpowiedzialno¶æ za to, co stworzy³. Ma ona wiele ró¿nych odmian i wiele w prozie Lema literackich wcieleñ - bo jego postacie s± stwórcami na ró¿ne sposoby: pocz±wszy od sztuki (pisarskiej, muzycznej czy plastycznej), poprzez twórczo¶æ w dziedzinie konstruktorskiej i technologicznej, kreowanie urz±dzeñ spo³ecznych i politycznych - a¿ po ¶wiatostwórstwo na wielk±, bo kosmiczn± skalê. Lem chêtnie te¿ na¶laduje "g³osy wy¿szych istot": genialnych uczonych, superkomputera - a¿ po monolog przekszta³conej w gigantyczny elektromózg planety, choæ ta akurat - w opowiadaniu "Pamiêtnik" - roi tak o sobie wskutek popadniêcia w osobliwe, spowodowane uszkodzeniem szaleñstwo.

Odwo³uj±c siê do tytu³u znanego eseju Lema, mo¿na powiedzieæ, ¿e fascynuje go "etyka technologii", czyli taka etyka, która siê rodzi po¶ród ludzi (istot?) zajmuj±cych siê stwarzaniem niejako zawodowo. Ale za ni± przychodzi "technologia etyki", czyli zespó³ dzia³añ, które etyczny ³ad wspomagaj± czy wrêcz wspó³tworz±. Szukaj±c punktu odniesienia dla etyki, Lem znajduje go zatem w twórczo¶ci.





Stanis³aw Lem, czyli ¿ycie spe³nione

Odszed³ na kilka miesiêcy przed osiemdziesi±tymi pi±tymi urodzinami. Ostatni felieton dla "Tygodnika" podyktowa³ 9 lutego, w przeddzieñ ataku choroby, której lekarze nie zdo³ali ju¿ opanowaæ. Stanis³aw Lem - pisarz, mêdrzec, wizjoner. Dla nas tak¿e - autor i przyjaciel, który na tych ³amach debiutowa³ blisko sze¶ædziesi±t lat temu.

Tomasz Fia³kowski / 2006-04-04

1.

Rodzice przysz³ego pisarza zarêczyli siê jeszcze przed I wojn± ¶wiatow±, ¶lub jednak musia³ zostaæ od³o¿ony, bowiem Samuel Lem, lwowski lekarz, zmobilizowany zosta³ do armii austriackiej i po upadku twierdzy Przemy¶l trafi³ do niewoli rosyjskiej, do obozu jenieckiego w Azji ¦rodkowej. Po powrocie do Lwowa zosta³ asystentem na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Jana Kazimierza. By³ cenionym laryngologiem, za m³odu za¶ - jak wspomina³ syn - para³ siê tak¿e literatur±; publikowa³ wiersze i prozê w lwowskiej prasie.

Stanis³aw, jedyne dziecko Sabiny i Samuela Lemów, przyszed³ na ¶wiat 12 wrze¶nia 1921 roku w lwowskim mieszkaniu przy Brajerowskiej 4. Znamy to mieszkanie doskonale z kart "Wysokiego Zamku", niezwyk³ej ksi±¿ki autobiograficznej. Przenosi nas ona w pieczo³owicie odmalowany "kraj lat dziecinnych" przysz³ego pisarza, stanowi±c zarazem udan± próbê odtworzenia ¶wiadomo¶ci dziecka, a potem ch³opca. "Dziecko, którym by³em, interesuje mnie i zarazem niepokoi. Zapewne, nie mordowa³em nikogo, oprócz lalek i gramofonów, niemniej nale¿y wzi±æ pod uwagê, ¿e by³em s³aby fizycznie i obawia³em siê represji ze strony doros³ych... Gdyby czteroletnie dzieci dorównywa³y wszak¿e si³± rodzicom, ¶wiat nasz wygl±da³by inaczej. Tworz± doprawdy gatunek wcale odmienny, na pewno nie s± mniej skomplikowane od ludzi dojrza³ych - a tylko ta komplikacja tkwi u nich w innym miejscu".

Dziecko z destrukcyjnymi nieco instynktami, potem ch³opiec w mundurku Gimnazjum im. Szajnochy, koneser cha³wy, kolekcjoner "wszelakich rupieci elektryczno-mechanicznych", zapalony konstruktor elektrycznych aparatów, projektant wynalazków (niektóre, o czym nie wiedzia³, ju¿ wynaleziono) i nieistniej±cych zwierz±t, przede wszystkim za¶ twórca budowanego w ukryciu biurokratycznego "królestwa legitymacyjnego" - bohater "Wysokiego Zamku" ¿yje w bezpiecznym, nieruchomym ¶wiecie mieszczañskiego dostatku. Jedynym ¶ladem innej rzeczywisto¶ci jest dziurka w szklanym ¶wietliku - ¶lad po zab³±kanej kuli z czasów walk polsko-ukraiñskich w roku 1918... Nawet opisane we wspomnieniach zajêcia z przysposobienia obronnego i letni obóz wojskowy w Delatynie nad Prutem nie s± niczym wiêcej ni¿ zabaw± i okazj± do wykazania siê umiejêtno¶ciami strzeleckimi.

2.

We wrze¶niu 1939 roku ¶wie¿o upieczony maturzysta i posiadacz zdobytego w³a¶nie prawa jazdy sta³ siê ¶wiadkiem klêski tego pozornie stabilnego ¶wiata. Wielokrotnie potem wraca³ do najokropniejszego, jak mówi³, prze¿ycia: "Patrzyli¶my, jak pu³k artylerii zje¿d¿a³ z Cytadeli, rozwiniêty na ca³± d³ugo¶æ Sykstuskiej. Z bocznych ulic wyjechali na koniach sowieccy ¿o³nierze... Kazali naszym zdj±æ pasy, zostawiæ jaszcze, armaty i konie i i¶æ sobie. To by³o straszne: widzieæ jak Polska upada, widzieæ to naprawdê. Straszniejsze ni¿ przegrana bitwa, bo wszystko odbywa³o siê w jakiej¶ cmentarnej ciszy: wszyscy¶my stali w milczeniu i p³akali...".

Nieprzyjêty na Politechnikê z powodu "bur¿uazyjnego pochodzenia", m³ody Lem rozpoczyna w 1940 roku studia na wydziale lekarskim Uniwersytetu, przemianowanym pod rz±dami sowieckimi na Instytut Medyczny. Gdy koñczy pierwszy rok, do Lwowa wkraczaj± Niemcy. Studia zamieniæ trzeba na pracê mechanika w gara¿ach niemieckiej firmy Rohstofferfassung, zajmuj±cej siê odzyskiwaniem surowców. "W tym okresie - pisa³ po latach w "Autobiografii" - w sposób bardzo bezpo¶redni i »praktyczny« dowiedzia³em siê, ¿e nie jestem »Aryjczykiem«. Moi przodkowie byli ¯ydami, choæ ja nie mia³em pojêcia ani o judaizmie, ani, niestety, o kulturze ¿ydowskiej. W³a¶ciwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdziêczam ¶wiadomo¶æ, ¿e w moich ¿y³ach p³ynie ¿ydowska krew. Uda³o nam siê jednak unikn±æ uwiêzienia w getcie - dziêki fa³szywym dokumentom zdo³a³em przetrwaæ ten czas wraz z rodzicami".

Ci±g³e zagro¿enie, zwi±zane tak¿e ze wspó³prac± z ruchem oporu poprzez przekazywanie mu amunicji wykradanej z niemieckich sk³adów, unaoczni³o Lemowi znaczenie kategorii przypadku, tak wa¿nej potem w jego dziele. "Przekona³em siê - czytamy w "Autobiografii" - ¿e ró¿nica miêdzy ¿yciem a ¶mierci± mo¿e zale¿eæ od drobiazgów - od wyboru ulicy, któr± pójdzie siê do pracy, od decyzji, czy przyjaciela odwiedzi siê o pierwszej, czy dwadzie¶cia minut pó¼niej, od tego, czy drzwi zastanie siê otwarte, czy zamkniête". Pisarz chêtnie te¿ przypomina³, ¿e podobny przypadek umo¿liwi³ w ogóle jego pojawienie siê na ¶wiecie. Przecie¿ Samuel Lem, wracaj±c z rosyjskiej niewoli, zgin±³by niechybnie z r±k bolszewików, a tym samym nie móg³by pocz±æ syna, gdyby przypadek nie postawi³ na jego drodze pewnego fryzjera, który zna³ doktora ze Lwowa, a teraz w ukraiñskim miasteczku by³ golibrod± bolszewickiego komendanta...

3.

Gdy Armia Czerwona w 1944 roku ponownie zajmuje Lwów, Lem wraca na krótko na studia. Zbli¿a siê jednak nieodwo³alnie czas wyboru. "Rodzice moi, a zw³aszcza ojciec, tak mocno wierzyli w aliantów, którzy uratuj± dla Polski Lwów, ¿e siedzieli¶my tam o wiele za d³ugo. Wyjechali¶my dopiero, gdy nam powiedziano: albo jedziecie do Polski, albo bierzecie sowieckie paszporty". Wyje¿d¿aj± wiêc - z kilkoma skrzyniami baga¿u, utraciwszy dorobek ca³ego dotychczasowego ¿ycia.

Ukochanego miasta rodzinnego Stanis³aw Lem nigdy ju¿ nie zobaczy. ¦wiadomie zreszt± z takiej mo¿liwo¶ci zrezygnuje. "Kiedy bywa³em w Moskwie jako popularny w Zwi±zku Sowieckim autor, proponowano mi, ¿e je¶li tylko zechcê - mogê odwiedziæ Lwów... ja jednak nie chcia³em. T³umaczy³em, ¿e czujê siê tak, jakbym mia³ blisk± sobie kobietê, któr± kto¶ porwa³. Teraz ona ma inne ¿ycie, ma nawet dzieci z tym drugim - po co j± odwiedzaæ? To by zanadto bola³o". Pewien ukraiñski wielbiciel Lema po przeczytaniu "Wysokiego Zamku" odnalaz³ kamienicê przy Brajerowskiej, obfotografowa³ j± z zewn±trz i od ¶rodka, a nastêpnie pos³a³ fotografie pisarzowi. "Nagle ze wzruszeniem zobaczy³em sufit ze stiukami w formie dêbowych li¶ci i ¿o³êdzi - najwcze¶niejszy z zapamiêtanych przeze mnie obrazów, ogl±dany kiedy¶ z dziecinnego ³ó¿eczka".

4.

W roku 1946 rodzina Lemów osiedla siê w Krakowie, w niewielkim mieszkaniu przy ul. ¦l±skiej. Doktor Lem, mimo zaawansowanego wieku i choroby serca, musi podj±æ pracê w szpitalu. Jego syn zapisuje siê na medycynê na Uniwersytecie Jagielloñskim (nie z³o¿y jednak w 1948 roku ostatnich egzaminów i nie zdobêdzie dyplomu lekarza). Stara siê wesprzeæ skromny bud¿et rodzinny, og³aszaj±c w "Nowym ¦wiecie Przygód" napisanego jeszcze we Lwowie "Cz³owieka z Marsa", pierwszy swój utwór z gatunku fantastyki naukowej, który wydania ksi±¿kowego doczeka siê dopiero pó³ wieku pó¼niej. Pisze te¿... fraszki dla ¶l±skiego "Kocyndra". Drukuje w "Ku¼nicy" i "¯o³nierzu Polskim". I trafia do redakcji "Tygodnika Powszechnego".

Pierwsze jego teksty w "Tygodniku", opowiadania "Obcy" i "Dzieje jednego odkrycia" oraz proza poetycka "Dzieñ siódmy", ukaza³y siê pod koniec 1946 roku. Przez nastêpne dwa lata Lem publikuje tu sporo: przede wszystkim wiersze (przypomniane zostan± po latach, choæ nie wszystkie, w "Wierszach m³odzieñczych" do³±czonych do wznowienia "Wysokiego Zamku"), a tak¿e kolejne opowiadanie oraz recenzje: z wierszy Ró¿ewicza i Baczyñskiego, z socrealistycznego filmu "Jasne ³any"... Zawsze bêdzie ciep³o wspomina³ pierwsz± redakcjê "Tygodnika": ksiêdza Piwowarczyka, który z powodu wiersza dedykowanego pewnej Marysi wyrzuca³ Lemowi, ¿e u¿ywa ³amów katolickiego pisma do uwodzenia dziewcz±t; Go³ubiewa i Jasienicê porozumiewaj±cych siê cytatami z "Trylogii" (Lem tak¿e, do ostatnich niemal dni, chêtnie do niej wraca³); "nadludzko dobr±" pani± Starowieysk±-Morstinow±, która w "Astronautach" dostrzeg³a "¶lad lwiego pazura"... A o Jerzym Turowiczu napisze po jego ¶mierci w 1999 r., ¿e nale¿a³ do "ma³ej garstki ludzi prawdziwie niezast±pionych".

W 1948 roku powstaje "Szpital Przemienienia" - pierwsze wybitne dzie³o Lema, odbicie jego refleksji nad natur± cz³owieka wywo³anych do¶wiadczeniami wojennymi. Historia Stefana Trzynieckiego, który w drugim roku wojny zaczyna pracê w szpitalu psychiatrycznym w Bie¿yñcu, zdradza inspiracje "Czarodziejsk± Gór±", a równocze¶nie wpisuje siê w rozrachunkowy nurt powojennej polskiej prozy. Czy raczej wpisywa³aby siê, gdyby dotar³a do czytelnika we w³a¶ciwym czasie. Niestety, nim oficyna Gebethnera zd±¿y³a j± wydaæ, przysz³o zaostrzenie kursu i proklamowanie socrealizmu jako jedynej obowi±zuj±cej doktryny twórczej, a równocze¶nie - likwidacja prywatnych wydawnictw. Maszynopis trafi³ do Warszawy i rozpoczê³y siê niekoñcz±ce siê rozmowy na temat niew³a¶ciwego wyd¼wiêku ideowego powie¶ci i konieczno¶ci stworzenia stosownej przeciwwagi. Okaza³o siê te¿, ¿e wspó³praca z "Tygodnikiem" ¼le wp³ywa na szanse ksi±¿ki.

5.

W rezultacie autor przesta³ drukowaæ w "Tygodniku" i dopisa³ do "Szpitala..." dwie dalsze czê¶ci, ale ca³o¶æ, jako "Czas nieutracony", ukaza³a siê dopiero na progu odwil¿y, w 1955 roku. Hybrydyczna trylogia zosta³a pó¼niej rozmontowana: Lem usun±³ z kanonu swej twórczo¶ci wymuszone na nim dodatki. W "Dzie³ach zebranych" przedrukowano z nich jedynie dwa rozdzia³y, w tym pochodz±cy z tomu drugiego surowy i mocny w wyrazie opis wywózki ¯ydów lwowskich.

Kiedy ukaza³ siê "Czas nieutracony", Lem by³ ju¿ pisarzem znanym i popularnym, a to za spraw± wydanych w 1951 r. "Astronautów". Równolegle z "Czasem..." pojawi³o siê nastêpne dzie³o Lema z gatunku science fiction - "Ob³ok Magellana". I choæ pisarz obu tych powie¶ci nie lubi³, skazuj±c je na wieloletni± banicjê i po d³ugich dopiero naleganiach godz±c siê niedawno na ich przedruk w "Dzie³ach", sta³y siê pocz±tkiem jego s³awy. Czytane dzisiaj - broni± siê; danina z³o¿ona ideologii jest na tyle skromna, ¿e nie przeszkadza delektowaæ siê wyobra¼ni± autora i prometejskim duchem opowie¶ci. Dodaæ zreszt± trzeba, ¿e "Astronauci" stali siê przedmiotem krytyki ze strony socrealistycznych stra¿ników ideologicznej czysto¶ci, a w "Ob³oku..." recenzent wewnêtrzny wytropi³ ukryt± pochwa³ê cybernetyki, uwa¿anej wtedy za "bur¿uazyjn± pseudonaukê".

Najbardziej socrealistyczne ksi±¿ki Lema to wydany w 1954 r. tom opowiadañ "Sezam" i wcze¶niejszy o trzy lata, pisany wraz z Romanem Hussarskim dramat "Jacht »Paradise«". Od razu dodaæ jednak trzeba, ¿e w "Sezamie" s± ju¿ pierwsze utwory ze znakomitego cyklu "Dzienniki gwiazdowe Ijona Tichego", a poza tym - ¿e w po³owie lat 50. Lem napisa³, dla siebie i najbli¿szych, inny utwór sceniczny: groteskow± operê o Stalinie, w której pojawia³y siê takie postacie, jak Miczurenko, syn £ysiurina, albo enkawudysta o brzmi±cym z gruziñska nazwisku "Anichwilitegonieradzê"...

Pierwsza po³owa lat 50. znaczona jest te¿ wa¿nymi wydarzeniami w prywatnym ¿yciu pisarza. Poznaje wtedy m³od± studentkê medycyny Barbarê Le¶niak i bierze z ni± ¶lub. ¦lub ko¶cielny odby³ siê w lutym 1954 roku w przera¼liwie zimnym ko¶ciele ¶¶. Piotra i Paw³a; "wypowiadali¶my s³owa przysiêgi, nieomal szczêkaj±c zêbami - wspomina³ Lem, i dodawa³: - przez pewien czas by³em zreszt± mê¿em tramwajowo doje¿d¿aj±cym, ze ¦l±skiej na Sarego, gdzie ¿ona mieszka³a wraz z siostr±". Rok 1954 to tak¿e rok ¶mierci ojca: "w które¶ popo³udnie wyszed³ z naszego mieszkania na pocztê, która by³a zaraz za rogiem, przy alei S³owackiego - i z tej poczty przyniesiono go ju¿ martwego". I jeszcze jedno: w tamtych w³a¶nie latach ma swój pocz±tek przyja¼ñ Stanis³awa Lema z Janem Józefem Szczepañskim. Przyja¼ñ bardzo wa¿na dla obu tak ¶wietnych i tak bardzo ró¿nych pisarzy.

6.

Ze Lwowa Lem przywióz³ nie tylko "Cz³owieka z Marsa", ale równie¿ ambitnie zakrojon± "Teoriê funkcji mózgu" - ju¿ u korzeni jego twórczo¶ci widaæ znamienn± dwutorowo¶æ, rozdarcie pomiêdzy fabu³ê a refleksjê naukowo-filozoficzn±. W Krakowie pokaza³ "Teoriê..." doktorowi Mieczys³awowi Choynowskiemu - filozofowi, przyjacielowi Witkacego. Choynowski nie by³, delikatnie mówi±c, tym dzie³em zachwycony, ale zatrudni³ go¶cia w za³o¿onym przez siebie Konwersatorium Naukoznawczym, a nastêpne powierzy³ mu pisanie przegl±dów prasy w "¯yciu Nauki".

"Sta³ siê moim preceptorem, gdy¿ nie tylko musia³em pod jego nadzorem studiowaæ logikê pod³ug Dubislava, ale równocze¶nie wgryzaæ siê w jêzyk angielski... roztacza³ aurê niepodleg³ej ¿adnym naciskom suwerenno¶ci" - wspomina³ Lem w 2001 roku. Sprowadzane przez Choynowskiego zachodnie dzie³a naukowe by³y dla m³odego Lema ¼ród³em bezcennym - ze s³ownikiem w rêku przegryza³ siê przez prace twórcy cybernetyki Norberta Wienera. A dyskusje toczone w krêgu uczestników Konwersatorium da³y pocz±tek wydanym w 1957 roku "Dialogom".

Nawi±zuj±ce do s³awnego dzie³a biskupa Berkeleya, "Dialogi" zawieraj±, prócz rozwa¿añ nad perspektywami cybernetyki, tak¿e krytyczn± analizê panuj±cego systemu politycznego. W dyskurs "odwil¿owy" wpisuje siê równie¿ utwór zupe³nie innego gatunku: sprawozdanie z kolejnej podró¿y Ijona Tichego, kosmicznego Münchhausena, tym razem do planet Pinty i Panty. "Podró¿ dwunasta" przynosi precyzyjnie naszkicowany model dwóch systemów totalitarnych - "Swobodna Rybicja Pinty" i "Wolna Anielicja Panty" budz± tyle¿ ¶miech, co dreszcz zgrozy...

W tomie "Dzienniki gwiazdowe" (1957) znajdziemy równie¿ inne arcydzie³ko: relacjê z podró¿y Tichego na planetê o nazwie Enteropia. To w³a¶nie na Enteropii Tichy zetknie siê z dwuznaczn± tajemnic± sepulek, która pozostanie na zawsze przedmiotem niekoñcz±cych siê dywagacji Lemowych czytelników. W tym¿e tomie przedrukowano po raz ostatni "Podró¿ dwudziest± szóst±", krwaw± antyamerykañsk± satyrê. We wstêpie do kolejnych wydañ, sygnowanym przez innego z bohaterów Lema, profesora Tarantogê, przeczytamy, ¿e podró¿ ta "okaza³a siê ostatecznie apokryfem"...

7.

Teraz powinna siê zacz±æ solidna praca monograficzna, wkraczamy bowiem w lata najwiêkszej dla Stanis³awa Lema pisarskiej obfito¶ci. Szkic biograficzny nie ro¶ci sobie jednak takich pretensji, choæ biografia staje siê w przypadku Lema coraz bardziej to¿sama z dzie³em w³a¶nie. Owszem, trudno nie wspomnieæ kolejnych wydarzeñ w ¿yciu osobistym pisarza: przeprowadzki na osiedle Kliny po³o¿one na po³udniowych obrze¿ach Krakowa, przede wszystkim za¶ narodzin syna w 1968 roku. By³y te¿ podró¿e zwi±zane z rosn±c± miêdzynarodow± s³aw± czy uczestnictwo w rozmaitych naukowych gremiach - wszystko to jednak dotyczy autora ju¿ ukszta³towanego, na którego wydarzenia zewnêtrzne maj± wp³yw minimalny.

Wróæmy do chronologii. W roku 1959 ukazuj± siê trzy ksi±¿ki Lema: powie¶ci "Eden" i "¦ledztwo" oraz tom opowiadañ "Inwazja z Aldebarana". W roku 1961 - dwa Lemowe arcydzie³a, czyli "Pamiêtnik znaleziony w wannie" i "Solaris" oraz "Powrót z gwiazd". W roku 1964 - "Bajki robotów", "Niezwyciê¿ony" i "Summa technologiae". W roku nastêpnym - "Cyberiada" i "Polowanie". W roku 1966 - "Wysoki Zamek". W roku 1968 - "G³os Pana". Dodajmy tom szkiców "Wej¶cie na orbitê" (1962) oraz zbiór opowiadañ i s³uchowisk "Noc ksiê¿ycowa" (1963), a otrzymamy obraz nieprawdopodobnej aktywno¶ci twórczej, obejmuj±cej ró¿norodne gatunki i mnogo¶æ tematów.

Od klasycznej powie¶ci s-f podejmuj±cej temat niemo¿no¶ci nawi±zania kontaktu z Obcym ("Eden", "Solaris", "Niezwyciê¿ony") przechodzimy do groteski wykorzystuj±cej schemat ba¶ni czy o¶wieceniowej powiastki, gdzie "przysz³o¶ciowe" realia kontrastuj± z jêzykiem dostojnie archaicznym ("Bajki robotów" i "Cyberiada"). Od "¦ledztwa" opartego na schemacie powie¶ci kryminalnej i kafkowskiego "Pamiêtnika..." do profetycznego traktatu o perspektywach ewolucji technologicznej, jakim by³a niezrozumiana wtedy nale¿ycie "Summa technologiae". Mamy te¿ kolejny powrót do tematu Kontaktu, tym razem w formie szczególnie wyrafinowanej ("G³os Pana").

Wiêkszo¶æ tych utworów jest wielowarstwowa i pozwala na ró¿norodne odczytania. Najlepszym dowodem - bogactwo interpretacji "Solaris", ale przyk³adem mog± byæ te¿ dwa skromne opowiadania z tomu "Inwazja z Aldebarana": "Przyjaciel" oraz "Ciemno¶æ i ple¶ñ". S± równocze¶nie przestrog± przed niebezpieczeñstwem, jakie mo¿e groziæ ze strony sztucznej inteligencji czy te¿ nowych broni - i psychologicznym studium samotno¶ci, a skonstruowane zosta³y jak thriller. "Cyberiada", któr± sam pisarz uwa¿a³ za jedn± z najlepszych swoich ksi±¿ek, jest nie tylko pe³nym humoru popisem wirtuozerii jêzykowej i stylistycznej, ale te¿ zbiorem powiastek filozoficznych dotykaj±cych najwa¿niejszych problemów kondycji ludzkiej.

Trudno siê wiêc dziwiæ irytacji Lema, kiedy polscy krytycy traktowali go w najlepszym razie jako specjalistê od prozy fantastyczno-naukowej, w najgorszym - jako autora pisz±cego dla m³odzie¿y, "jednego z krakowskiej trójcy Bunsch - Lem - Meissner", jak sam konstatowa³ ironicznie i nie bez goryczy. Za to Rosjanie wcze¶nie zaczêli dostrzegaæ w polskim pisarzu nieledwie proroka; czytali go rosyjscy kosmonauci i uczeni, wielu te¿ szuka³o w prozie tego agnostyka i racjonalisty lekarstwa na g³ód metafizyki.

Z drugiej strony - etykieta pisarza popularnego pomaga³a byæ mo¿e u¶piæ czujno¶æ polskiej cenzury. Przecie¿ i "Dialogi", i "Podró¿ dwunasta", i "Eden", i "Pamiêtnik znaleziony w wannie", i niektóre z powiastek "Cyberiady" zawieraj± wyra¼ne akcenty krytyczne wobec systemu. A ju¿ og³oszona w 1976 roku "Opowie¶æ pierwszego odmro¿eñca" to po prostu zjadliwa i bardzo ¶mieszna satyra nie tylko na system realnego socjalizmu, przedstawiony jako orkiestra, która rzekomo realizuje Harmoniê Sfer, choæ w istocie ¿aden jej instrument nie jest sprawny, ale i na sowieckiego Wielkiego Brata, sportretowanego w postaci Goryllium... K³opotów z cenzur± nie mia³ te¿ "Wysoki Zamek", choæ o polskim Lwowie raczej siê w latach 60. nie pisa³o. By³a to bodaj pierwsza ksi±¿ka na ten temat w Peerelu, nie licz±c opowiadañ Parandowskiego z tomu "Zegar s³oneczny", nic wiêc dziwnego, ¿e zapewni³a autorowi dozgonn± mi³o¶æ wypêdzonych lwowiaków.

8.

U schy³ku lat 60. i w latach 70. narasta u Lema jakby znu¿enie nie tyle wymy¶laniem fabu³, ile ich rozwijaniem. Powstaj± jeszcze, owszem, utwory tak ¶wietne, jak "Kongres futurologiczny" (1971), z groteskow± i przera¿aj±c± wizj± przysz³o¶ci, w której ponure realia przes³ania wirtualny p³aszcz; jak "Maska" (1976), traktat o wolnej woli ukryty pod postaci± opowie¶ci o robocie przyobleczonym w kusz±ce kobiece kszta³ty i stopniowo rozpoznaj±cym swoj± to¿samo¶æ oraz cel, dla którego zosta³ stworzony; jak "Katar" (tak¿e 1976), powie¶æ kryminalna z trupami, ale bez mordercy. Pisarz jednak coraz chêtniej wyprawia siê w nowe rejony i eksperymentuje z nowymi gatunkami.

Obok eseistycznego traktatu z dziedziny teorii literatury ("Filozofia przypadku", 1968) i mia¿d¿±cej rozprawy z fantastyk± naukow± ("Fantastyka i futurologia", 1970) pojawiaj± siê wiêc zbiory recenzji z ksi±¿ek nieistniej±cych ("Doskona³a pró¿nia", 1971) i wstêpów do nich ("Wielko¶æ urojona", 1973). Owe recenzje i wstêpy czasem s± ¿artem, czê¶ciej jednak s³u¿± polemice z pewnymi tendencjami we wspó³czesnej kulturze albo te¿ naszkicowaniu autorskich w istocie pomys³ów czy prognoz.

Jak fundamentaln± tematykê ud¼wign±æ mo¿e podobna formu³a, ¶wiadczy pisana w latach 1979-80 "Prowokacja", obszerny esej po¶wiêcony nieistniej±cej pracy o Holokau¶cie autorstwa zmy¶lonego uczonego niemieckiego nazwiskiem Horst Aspernicus. Po og³oszeniu "Prowokacji" na ³amach "Odry" na mistyfikacjê Lema - dokonan± zreszt± z najg³êbsz± powag± i w zbo¿nym celu - da³ siê nabraæ tak¿e i "Tygodnik Powszechny"...

Czas poszukiwañ nowych formu³ pisarskich zbiega siê ze wzrostem napiêæ politycznych. Lem stara³ siê za Peerelu zachowaæ dystans do bie¿±cych wydarzeñ politycznych, pod koniec lat 70. jednak coraz trudniej to by³o czyniæ. Pisarz - co wiemy z dzienników Artura Miêdzyrzeckiego - sygnuje w 1976 r. jeden z protestów przeciw zmianom w Konstytucji, wprowadzaj±cym zapis o kierowniczej roli PZPR i sojuszu z ZSRR. Potem wprawdzie odmawia podpisania deklaracji niezale¿nego Towarzystwa Kursów Naukowych ("ba³em siê, ¿e m³odzie¿ bêdzie bita w ty³ek i wyrzucana z uczelni, podczas gdy utworzony nad ni± parasol w postaci cz³onków rzeczywistych Akademii Nauk bêdzie istotnie bezpieczny"), ale za po¶rednictwem Jana Józefa Szczepañskiego nawi±zuje wspó³pracê z Polskim Porozumieniem Niepodleg³o¶ciowym i pisze dla niego anonimowo analizy; jedna z nich, zatytu³owana "Prognozy Chocho³a", otworzy jeden z numerów paryskiej "Kultury".

9.

Stosunek Lema do opozycji, a nastêpnie "Solidarno¶ci" naznaczony jest pewn± ambiwalencj±; ¶lad jej znajdziemy w rozmowach pisarza ze Stanis³awem Beresiem. Rozmowy te, prowadzone miêdzy listopadem 1981 a sierpniem 1982, opublikowane w postaci ocenzurowanej dopiero piêæ lat pó¼niej, a w pe³nym kszta³cie i z dodaniem obszernego suplementu - w roku 2002, pozostaj± nie tylko najlepszym autokomentarzem pisarza do w³asnej twórczo¶ci i pogl±dów, ale i ¶wiadectwem tamtego czasu.

Wkrótce po zakoñczeniu rozmów z Beresiem Lem wyjecha³ z rodzin± za granicê: najpierw na roczne stypendium do Berlina Zachodniego, potem na kilka lat do Austrii. Z Wiednia rozpocz±³ wspó³pracê z "Kultur±", której pilnym czytelnikiem by³ ju¿ od dawna; opublikowa³ w niej kilka artyku³ów pod pseudonimem "P. Znawca". Do Polski wróci³ w roku 1988, uwierzywszy - jak siê okaza³o, s³usznie - w gorbaczowowsk± pierestrojkê; zreszt± ju¿ katastrofa w Czarnobylu by³a dlañ znakiem schy³ku Imperium.

Lata 80. to ukoronowanie i zarazem zam-kniêcie dzie³a Lema-powie¶ciopisarza. Powstaj± wtedy trzy utwory, w których powracaj± znane w±tki i postacie, wykorzystane jednak w nowy sposób. "Wizja lokalna" (nawi±zuj±ca do "Podró¿y czternastej" z "Dzienników gwiazdowych") ukoñczona zosta³a w marcu 1981, "Pokój na Ziemi" - w maju 1984. Ostatnie jest "Fiasko", nale¿±ce do najbardziej mrocznych dzie³ Lema, jeszcze jedna historia o próbie Kontaktu zakoñczonej totaln± katastrof±; ¿egnamy siê w niej ze szlachetnym pilotem Pirxem, bohaterem popularnego cyklu sprzed lat. Potem pisarz ³amie w³a¶ciwie pióro jako beletrysta; napisze jeszcze kilka opowiadañ, bez wiêkszego jednak znaczenia. Wypowiadaæ siê odt±d bêdzie jako felietonista i eseista.

10.

Pod koniec roku 1991 na ³amach "Tygodnika" ukaza³ siê pierwszy felieton pod nag³ówkiem "¦wiat wed³ug Lema". Odt±d felietony Stanis³awa Lema bêd± siê u nas pojawia³y w miarê regularnie - w miarê, bo z przerwami rozmaitej d³ugo¶ci - niemal do ¶mierci pisarza, od 1998 roku ju¿ bez nadtytu³u.

Wcze¶niej, owszem, odwiedza³ czêsto redakcjê, by porozmawiaæ z Jerzym Turowiczem i Mieczys³awem Pszonem, zw³aszcza w chwilach politycznych kryzysów - nie darmo w pochodz±cej z prze³omu lat 70. i 80. esbeckiej instrukcji dla operatora pods³uchu, który zainstalowano w gabinecie Redaktora Naczelnego, zaleca siê spisywanie pe³nej tre¶ci rozmów w przypadku wizyt W³adys³awa Bartoszewskiego, Jana Józefa Szczepañskiego i Lema w³a¶nie. Nazwisko autora "Solaris" pojawia³o siê jednak w popa¼dziernikowym "Tygodniku" bardzo rzadko, a spektakularna próba powrotu na ³amy "TP" zosta³a równie spektakularnie udaremniona; wiosn± 1968 roku cenzura skonfiskowa³a w ca³o¶ci obszerny esej Lema po¶wiêcony powie¶ci Andrzeja Kijowskiego "Dziecko przez ptaka przyniesione".

Teraz pisarz, otwarcie deklaruj±cy siê jako agnostyk, zosta³ felietonist± katolickiego tygodnika. Ró¿nice pogl±dów czasem dawa³y o sobie znaæ: artyku³ "Sex Wars" wydrukowano z polemicznym g³osem biskupa ¯yciñskiego, a po krytycznym skomentowaniu przez redakcjê jednego z felietonów Lem zerwa³ wspó³pracê na czas d³u¿szy. "Tygodnik" nie by³ zreszt± jedyn± jego trybun±; prócz neutralnej "Odry", w której og³asza³ swe "Rozwa¿ania sylwiczne", nawi±za³ te¿ wspó³pracê z lewicowym "Przegl±dem", a eseje po¶wiêcone informatyce, zebrane potem w "Tajemnicy chiñskiego pokoju", ukazywa³y siê w "PC Magazine". Dla nas jednak sta³ siê jednym z najwa¿niejszych autorów.

Nikt inny przecie¿ nie ogarnia³ horyzontu tak rozleg³ego, nie przechodzi³ z tak± swobod± od zagadek Kosmosu do bie¿±cej polityki, od analizy zmian klimatycznych do problemów m³odej literatury, od nadziei i zagro¿eñ zwi±zanych z biotechnologi± do nadziei i zagro¿eñ dla niepodleg³ej znowu Polski. Nic zreszt± nie irytowa³o Lema bardziej, ani¿eli czêsty u Polaków brak ¶wiadomo¶ci faktu, ¿e ta niepodleg³o¶æ jest w³a¶ciwie cudem i ¿e nie wolno jej traktowaæ jako czego¶ zwyczajnego i danego na zawsze.

On sam po raz pierwszy móg³ mówiæ wprost wszystko, co my¶li. Ale publicystyczna aktywno¶æ Lema w minionych kilkunastu latach - gdyby zebraæ wszystkie jego wypowiedzi z tego czasu, wype³ni³yby kilka tomów - wi±za³a siê nie tylko ze znikniêciem cenzury. Wp³yw na ni± mia³a chyba tak¿e rezygnacja z uk³adania fabu³. Energie twórcze, które w nim tkwi³y, musia³y przecie¿ znale¼æ uj¶cie. Chêtnie te¿ powraca³ do dawnych dzie³, zw³aszcza do "Summy technologicznej", konstatuj±c z mieszanin± satysfakcji i zgrozy, ¿e jego przewidywania dotycz±ce na przyk³ad biotechnologii czy rzeczywisto¶ci wirtualnej, któr± w "Summie" nazwa³ "fantomatyk±", sprawdzaj± siê szybciej ni¿ s±dzi³. Rekapitulacji pogl±dów na temat splotu ewolucji naturalnej i technologicznej po¶wiêci³ "Okamgnienie", ostatni± swoj± ksi±¿kê, je¶li pomin±æ zbiory felietonów i esejów.

11.

Lata 90. i pocz±tek nowego tysi±clecia by³y dla Stanis³awa Lema czasem zas³u¿onych nagród. W Niemczech i za oceanem powstawa³y prace naukowe o Lemie-filozofie, co najbardziej go cieszy³o; obsypywano go te¿ rozmaitymi honorami. Zosta³ kawalerem Orderu Or³a Bia³ego (1996) i honorowym obywatelem Krakowa (1997). Ju¿ w roku 1981 tytu³em doktora honoris causa obdarzy³a go Politechnika Wroc³awska, teraz do³±czy³y do niej Uniwersytet Opolski (1997), Uniwersytet Jagielloñski i lwowski Uniwersytet Medyczny (1998) oraz uniwersytet w Bielefeld (2003).

Wrêczenie tego ostatniego doktoratu otrzyma³o szczególn± oprawê: szacown± aulê krakowskiego Collegium Maius, gdzie znajdowa³ siê Lem i przybyli z Niemiec go¶cie, po³±czono telemostem z nowoczesn± siedzib± uczelni bielefeldzkiej, dziêki czemu niemieccy studenci i naukowcy mogli uczestniczyæ w ceremonii... Za to obchody 80-lecia pisarza przybra³y kszta³t dramatyczny: zaplanowano je na popo³udnie 11 wrze¶nia 2001 roku, godzinê wcze¶niej runê³y nowojorskie Wie¿e...

Pisarstwo Lema nigdy nie przesta³o byæ obecne w ¶wiecie, zw³aszcza w Niemczech i w Rosji. Jednak ekranizacja "Solaris" dokonana w 2002 roku przez Stevena Soderbergha, z udzia³em hollywoodzkiego gwiazdora George'a Clooneya i ¶wietnej Natashy McElhone, da³a popularno¶ci pisarza nowy impuls. Film nie odniós³ wprawdzie finansowego sukcesu, a sam Lem, choæ taktownie milcza³, by³ wobec niego równie krytyczny jak kiedy¶ wobec dzie³a Andrieja Tarkowskiego (spo¶ród licznych ekranizacji swoich ksi±¿ek ceni³ jedynie "Przek³adaniec" Andrzeja Wajdy z Bogumi³em Kobiel±), posypa³y siê jednak wznowienia i nowe przek³ady nie tylko "Solaris".

12.

Liczba jêzyków, na które Lema t³umaczono, przekroczy³a czterdzie¶ci, a ³±czny nak³ad jego ksi±¿ek - trzydzie¶ci milionów; drug± z tych liczb trudno precyzyjnie okre¶liæ, zwa¿ywszy dodruki i wydania pirackie. W ostatnich latach nie by³o miesi±ca, by do domu na Klinach nie przychodzi³y kolejne paczki z egzemplarzami okazowymi: oczywi¶cie Niemcy i Rosja, tak¿e Ukraina, ale te¿ Brazylia, Portugalia, Hiszpania, Wêgry, Czechy, Turcja, kraje Dalekiego Wschodu...

Pisarz przygl±da³ siê temu nie bez satysfakcji, ale i z nut± melancholijnego zdziwienia. "Zastanawiam siê czasem - mówi³ niedawno dla "Tygodnika" - czy to, co napisa³em - a napisa³em sporo - mia³o jakikolwiek wp³yw na ludzkie zbiorowo¶ci. My¶lê, ¿e mikroskopijny, jak to zwykle bywa z literatur±. Co¶ jednak zostaje: kiedy siê wrzuci kamieñ do wody, fale rozchodz± siê krêgami i podobnie dzieje siê dzi¶ z moj± twórczo¶ci±. (...) Nie odczuwam szczególnego szacunku wobec niej, raczej zdziwienie, ¿e a¿ tak daleko ksi±¿ki moje zasz³y: do Chin, Japonii, na Tajwan. Mam te¿ poczucie, ¿e dobra po³owa wszystkiego, co napisa³em, zas³uguje na zapomnienie. Co mo¿e przetrwaæ? Chwal± mnie za »Solaris«, ale ja wcale nie uwa¿am, ¿eby ta powie¶æ by³a taka ¶wietna, wolê raczej »Cyberiadê« albo »Pamiêtnik znaleziony w wannie«. Kilka jest jeszcze moich pozycji, przy których nie odczuwam wstydu, bior±c je do rêki. Trzeba mieæ poczucie pewnej skromno¶ci: to najrozs±dniejsza nauka, jak± mo¿na wyci±gn±æ z sze¶ædziesiêciokilkuletniej pisarskiej kariery".

W ostatnich latach coraz rzadziej opuszcza³ dom i choæ strumieñ zaproszeñ na rozmaite imprezy nie mala³, nie bra³ ju¿ w nich udzia³u; nigdy zreszt± tego nie lubi³. W 2005 roku zgodzi³ siê jeszcze uczestniczyæ w spotkaniu z okazji ukoñczenia edycji "Dzie³ zebranych"; by³ jednym z niewielu pisarzy polskich, którzy takiej edycji doczekali za ¿ycia. Secesyjna Sala Mehofferowska dawnej Izby Przemys³owo-Handlowej, gdzie ma dzi¶ siedzibê Wydawnictwo Literackie, pe³na by³a ludzi, a na trybunie prezydialnej stan±³ prawdziwy mur z ksi±¿ek: ponad trzydzie¶ci oprawnych woluminów ustawionych w pó³kole. W¶ród go¶ci znalaz³o siê wielu t³umaczy Lema; t³umacz japoñski mówi³ - ze wschodni± kurtuazj±, ale i autentycznym wzruszeniem - ¿e to najwa¿niejszy dzieñ w jego ¿yciu...

13.

Przyje¿d¿a³em na Kliny z regu³y co dwa tygodnie, zawsze we czwartek o czwartej. Furtka z tabliczk± ostrzegaj±c± przed z³ymi psami (by³y to kolejne generacje ha³a¶liwych i bardzo przyjaznych jamników), potem schody na piêtro i gabinet z antresol± pod pochy³ym dachem. Trzy ¶ciany zabudowane szafami bibliotecznymi, czwarta otwieraj±ca siê wielkim balkonowym oknem obro¶niêtym winem na modrzewie i sosny, nieu¿ywany kominek, globus ksiê¿ycowy. Na biurku, obok stert ksi±¿ek i czasopism, sta³a maszyna elektrostatyczna. Stara maszyna do pisania, s³u¿±ca pisarzowi przez wiele lat, oddana zosta³a na jak±¶ aukcjê dobroczynn± - teraz ju¿ tylko dyktowa³.

A pod oknem, na kanapie z szarym obiciem - Stanis³aw Lem, zawsze z tym samym b³yskiem w oku i ¿ywo¶ci± reakcji, od pierwszej chwili rozpoczynaj±cy monolog pe³en pasji, humoru, a czasem i furii. I choæ wiedzia³em, ¿e z jego zdrowiem nie jest dobrze, ¿e zdarzaj± siê zapa¶ci kr±¿eniowe, z których lekarze z trudem go wydobywaj± - po jednej z nich powita³ mnie weso³o: Wie Pan? Trochê umar³em, ale nie do koñca! - irracjonalnie wierzy³em, czy raczej chcia³em wierzyæ, ¿e te spotkania bêd± trwa³y jeszcze d³ugo. Coraz kruchsze cia³o wiêzi³o przecie¿ umys³ wci±¿ tak samo ch³onny, wielostronny i ciekawy ¶wiata. Mia³em zreszt± czasem wra¿enie, ¿e pisarz zmienia siê z wolna w jedn± z wykreowanych przez siebie istot...

14.

Ostatni z tych czwartków wypad³ 9 lutego. Kiedy przyjecha³em, Stanis³aw Lem by³ wyra¼nie poruszony. Jeden z rosyjskich portali internetowych zaprosi³ u¿ytkowników do zadawania pisarzowi pytañ i w³a¶nie przysz³a pierwsza porcja g³osów. Prawie wszystkie pochwalne, niektóre niemal wyznawcze. "Grad pochwa³ zupe³nie mnie oszo³omi³, choæ domy¶lam siê, ¿e te g³osy zosta³y odcedzone z wiêkszej liczby" - mówi³. I próbowa³, bardzo serio, odpowiedzieæ na niektóre z pytañ: o wspó³czesne lêki ludzko¶ci, o wojnê w Iraku, o swoje miejsce w polskiej kulturze i swój stosunek do Lwowa...

Nastêpnego dnia znalaz³ siê w szpitalu. Potem by³y kolejne tygodnie bezskutecznych zmagañ lekarzy o jego ¿ycie i wreszcie przyszed³ poniedzia³ek 27 marca. Siêgn±³em wtedy po "Tygodnik" z tym ostatnim felietonem i znalaz³em w nim wypowied¼ jednego z rosyjskich internautów, który najpierw cytuje zdanie Lema, ¿e ¶wiat nale¿y zmieniaæ, w przeciwnym razie on zacznie w niekontrolowany sposób zmieniaæ nas, a potem tak je komentuje: "Nie bêdê odpowiadaæ za ca³y ¶wiat, ale mnie zmieni³ Pan na pewno. Na lepsze, oczywi¶cie!". My¶lê, ¿e niejeden czytelnik Stanis³awa Lema móg³by siê pod tym komentarzem podpisaæ.

Wykorzystane w tek¶cie wypowiedzi Stanis³awa Lema pochodz± z nastêpuj±cych ¼róde³: "Autobiografia" (napisana dla "New Yorkera" w lutym 1983), cyt. za publikacj± w "Gazecie Wyborczej" z 1-2 IV 2006, t³um. Tomasz Lem; "¦wiat na krawêdzi". Ze Stanis³awem Lemem rozmawia Tomasz Fia³kowski, Kraków 2000; "Tako rzecze... Lem". Ze Stanis³awem Lemem rozmawia Stanis³aw Bere¶, Kraków 2002; "Krótkie zwarcia", Kraków 2004.




Czego nauczy³ nas Lem?

Kto¶ mo¿e ¿achn±æ siê na postawione w tytule pytanie. Przecie¿ Lem nie by³ uczonym, nie pe³ni³ te¿ ¿adnej funkcji pañstwowej ani spo³ecznej. By³ "tylko" pisarzem i publicyst±, choæ jego dorobek uznawany jest w innych krajach za wa¿ny przyczynek do filozofii wspó³czesnej. Niemniej bêdê siê upiera³, ¿e dla pokoleñ Polaków Lem by³ nauczycielem, a dla mojego pokolenia - urodzonych podczas wojny, wychowywanych w stalinowskim PRL-u - jednym z najwa¿niejszych.

Krzysztof Fia³kowski / 2006-04-04

Nie zamierzam wyliczaæ dziesi±tków zjawisk dzisiejszego ¶wiata, które Lem przewidzia³, bo nie chodzi tu o to, ¿e przygotowywa³ nas On do zmian, które nadchodz±. Ka¿de spo³eczeñstwo jest i tak nieodmiennie zaskakiwane takimi zmianami i dopiero po fakcie przypomina sobie: "ach, przecie¿ kto¶ nam to ju¿ zapowiada³". Uwa¿am, ¿e waga twórczo¶ci Lema wynika³a g³ównie z innego faktu.

Lata stalinowskie by³y czasem tak gro¼nym nie tylko dlatego, ¿e odebrano nam swobody obywatelskie, ¿e nawet bezczynno¶æ nie zabezpiecza³a przed losowo spadaj±cymi represjami, ale dlatego, ¿e próbowano nas zniechêciæ do samodzielnego my¶lenia. Mieli¶my czytaæ tylko ksi±¿ki upewniaj±ce nas w s³uszno¶ci jedynej w³a¶ciwej ideologii, przekonuj±ce - niekiedy bardzo skutecznie - o nieuchronno¶ci biegu historii, prowadz±cej wszystkich ku nowemu, wspania³emu ¶wiatu komunizmu. Dawna literatura, stosownie przesiana, mia³a stopniowo odgrywaæ coraz mniejsz± rolê, nowe ksi±¿ki wydawano po uwa¿nej cenzurze. Jak to siê wiêc sta³o, ¿e pierwsze utwory Lema, pozornie zgodne z wymaganiami ideologicznej ortodoksji, wychowa³y m³odych ludzi gotowych do kontestacji zastanej rzeczywisto¶ci?

My¶lê, ¿e mo¿na odpowiedzieæ na to pytanie krótkim, ale naprawdê trafnym zdaniem: bo On uczy³ my¶leæ. Nawet w Jego wczesnych powie¶ciach, opisuj±cych podró¿e miêdzygwiezdne organizowane przez rz±dz±cych na ca³ej Ziemi komunistów, wystêpowali ludzie ¿ywi, gotowi do po¶wiêceñ, ale nie wolni od w±tpliwo¶ci, a przede wszystkim my¶l±cy i uznaj±cy prawa innych do samodzielnego my¶lenia. A z czasem Lem rozwija³ zarówno umiejêtno¶ci pisarskie, jak i wizjê cz³owieka.

Przez ponad pó³ wieku powstawa³y kolejne ksi±¿ki Lema i czytali je nie tylko uczniowie i studenci, ale coraz szersze rzesze dojrza³ych czytelników. Wielu mia³o Mu za z³e, ¿e nie porzuca "getta" fantastyki naukowej, ¿e po "Szpitalu Przemienienia" nie wróci³ ju¿ do tematyki wspó³czesnej. Ale przecie¿ ¶wiat przysz³o¶ci z powie¶ci Lema to ten sam ¶wiat, w którym my ¿yjemy, "tylko trochê pó¼niej". Piloci rakiet kosmicznych musz± zmagaæ siê z tymi samymi problemami, które znali marynarze Conrada i piloci Saint-Exupéry'ego. My za¶ na nowo prze¿ywamy ich rozterki. Dlatego nie w±tpiê, ¿e lektura ksi±¿ek Lema bêdzie udzia³em jeszcze wielu pokoleñ.

KRZYSZTOF FIA£KOWSKI (ur. 1944) jest fizykiem, profesorem Uniwersytetu Jagielloñskiego.






Zasada Hioba

Metafizyka Lema

W "Rozmowach" ze Stanis³awem Beresiem Lem mówi³ wprost: "nie jestem katolikiem ani nawet chrze¶cijaninem". Gdzie indziej za¶ wyja¶nia³: "tylko w chwilach umys³owej s³abo¶ci mogê pomy¶leæ, ¿e Z³o i Dobro to nie s± lokalne jako¶ci, wspó³istniej±ce z lud¼mi i obracaj±ce siê w nico¶æ, kiedy ludzi nie stanie, lecz ¿e to s± jakie¶ byty poza albo ponad nami".

Ma³gorzata Szpakowska / 2006-04-04

Niewielu pisarzy staæ by by³o na takie deklaracje. Nie tylko dlatego, ¿e id± one pod pr±d powszechnych oczekiwañ, ale i dlatego, ¿e w ogóle tematyka eschatologiczna traktowana jest w Polsce zazwyczaj p³ytko, a wyznania wiary lub niewiary s³u¿± przewa¿nie celom politycznym. Lem jednak swoje stanowisko formu³owa³ bezinteresownie. Widzia³ problem i nie próbowa³ go przemilczaæ.

Non serviam

Przytoczone deklaracje niewiary oznacza³y, obok zg³oszonej wprost pozakonfesyjno¶ci, jawnie sformu³owane przekonanie o z gruntu relatywnym charakterze prze¶wiadczeñ etycznych i wierzeñ religijnych. A tak¿e wpó³jawn± sugestiê, ¿e wiara jest ³atwiejsza od niewiary. ¯e zatem wybór niewiary mo¿e mieæ niekiedy odcieñ heroiczny - i jako przejaw nonkonformizmu, i jako rodzaj metafizycznego wyzwania. Najbardziej teologiczny tekst, jaki Lem kiedykolwiek napisa³, beletryzowany esej o stosunkach miêdzy kreowanymi i Kreatorem, nosi³ przecie¿ tytu³ "Non serviam" - nie bêdê s³u¿y³. Trudno nie dostrzec, ¿e stanowi³o to wyzwanie: zarówno wobec Absolutu, jak wobec jego bezrefleksyjnych wyznawców.

Deklaruj±c siê jako agnostyk, Lem odwo³ywa³ siê do trzech grup argumentów. Pierwsza podejmowa³a w±tek do¶æ obiegowy od czasów O¶wiecenia: niemo¿liwo¶æ ustanowienia teologii rozumowej. Nie da siê logicznie udowodniæ aktu kreacji; nie da siê z kreacji wyprowadziæ zobowi±zañ stworzonego wobec Kreatora; nie wiadomo te¿, czym siê kierowa³ Kreator, czyni±c swe motywy nieczytelnymi dla stworzonego. Bóg, je¶li rzeczywi¶cie stworzy³ ¶wiat, móg³ w nim przecie¿ po¶wiadczyæ w³asn± egzystencjê; nie uczyniwszy tak, sam równouprawni³ wyznawców i ateistów; "nie przynagli³ stworzonego do wiary bezwzglêdnej w swój byt, a tylko da³ mu tê ewentualno¶æ" - czytamy w "Non serviam". A skoro tak, "za niewiarê w siebie Bóg nie jest w prawie nikogo ukaraæ"; "gdy nie ma zupe³nej pewno¶ci, nie ma pe³nej odpowiedzialno¶ci". Albo wiêc Bóg jest doskonale sprawiedliwy - i wtedy nie ma prawa karaæ niedowiarków, albo te¿ ma zamiar ich ukaraæ - lecz wówczas przestanie mu przys³ugiwaæ atrybut doskona³ej sprawiedliwo¶ci, czyli bosko¶æ.

Druga grupa argumentów wysuwanych przez Lema wymierzona jest w tezê o Bogu mi³osiernym. To znowu bardzo stary w±tek, rozwa¿any w ka¿dej teodycei: jak skumulowane w ¶wiecie cierpienie usprawiedliwiæ albo zrównowa¿yæ; jak z³o, które przypad³o w udziale stworzeniu, pogodziæ z my¶l± o mi³osiernym Stwórcy. Lem jest tu zreszt± bardziej radykalny ni¿ tradycyjni krytycy, na szalê rzucone zostaj± ju¿ nie tylko ³zy dziecka, z którymi nie móg³ siê uporaæ Iwan Karamazow, i ju¿ nie tylko obola³y pies, którym Bogu wygra¿a³ Gombrowicz, lecz ca³o¶æ ewolucji gatunków ¿ywych opisana w kategoriach apokaliptycznych. "Ocean m±k, jaki przedstawiaj± dzieje ¿ycia na Ziemi", "piek³o maj±ce na imiê Ewolucja", jej "oportunizm i krótkowzroczno¶æ", "lapsusy mutacyjne" (na przyk³ad nowotwory drêcz±ce osobniki starsze) - tê listê epitetów mo¿na ci±gn±æ d³ugo, a okrucieñstwo samego procesu ¿ycia (nawet pomijaj±c kwestiê rozmy¶lnych okrucieñstw cz³owieka) nie dopuszcza my¶li, by za wij±cym siê z bólu stworzeniem staæ mia³ dobrotliwy Stwórca. A tym bardziej nie dopuszcza my¶li, by ca³e to cierpienie stanowi³o nieodzowny koszt powstania jednego gatunku, traktowanego jako korona stworzenia i szczególnie umi³owanego przez Kreatora.

Trzecia grupa argumentów Lema wykracza ju¿ poza tradycjê o¶wieceniow± i dotyczy nieuchronnych paradoksów, jakie poci±ga za sob± koncepcja Boga osobowego; nazwijmy te argumenty teopsychologicznymi. Zarówno w "Non serviam", jak w kilku opowie¶ciach Ijona Tichego, pojawiaj± siê postaci twórców sztucznych ¶wiatów i sztucznych ¶wiadomo¶ci; ich twory nie zdaj± sobie sprawy z w³asnej sytuacji ontologicznej i maj± siê za bytowo samodzielne i niezdeterminowane. Kreatorzy natomiast zachowuj± siê ró¿nie. Najrozs±dniejszy z nich, Dobb z "Non serviam", nie jest ¶lepy na fakt, ¿e jego eksperymenty nie s± wolne od okrucieñstwa. Kreowanie jakiejkolwiek ¶wiadomo¶ci zawsze po³±czone jest z ryzykiem, ¿e zazna ona cierpienia; ¼ród³em cierpieñ mo¿e tu byæ zarówno do¶wiadczenie w³asnej skoñczono¶ci, jak ewentualne z³udzenie, ¿e jest siê nieskoñczenie wolnym. Dobb nie oczekuje od swoich tworów ani mi³o¶ci, ani wdziêczno¶ci; twierdzi, ¿e dowodem "bezwstydnego egoizmu" by³oby nagradzanie tych, którzy "wierz±", i karanie tych, którzy "nie wierz±" w Kreatora - zw³aszcza gdy ten uzna³ za w³a¶ciwe taiæ przed stworzonymi sens i cel swego eksperymentu.

Ale ju¿ Corcoran ze "Wspomnieñ Ijona Tichego" postêpuje mniej pow¶ci±gliwie; rozkoszuje siê sw± bosk± pozycj± i choæ wytrzymuje w roli nieinterweniuj±cego demiurga, to czerpie rodzaj przewrotnej satysfakcji z tego, ¿e z³udzeniem wolno¶ci zdo³a³ wprowadziæ w b³±d swoje twory. W tym samym cyklu opowiadañ pojawia siê wreszcie pomys³ upiorny: niejakiemu Decantorowi, wynalazcy "duszy nie¶miertelnej", udaje siê ekstrakt czyjej¶ rzeczywistej ¶wiadomo¶ci, odciêty od wszelkich ¼róde³ informacji (gdyby je mia³ pobieraæ przez wieczno¶æ, rozrós³by siê do nieskoñczonych rozmiarów), umie¶ciæ w doskonale odpornym pojemniku. Ów kto¶ ma wiêc byæ w ten sposób g³uchy, ¶lepy, sparali¿owany - i ¶wiadomy tego - ju¿ na zawsze.

Ocaliæ tamten ¶wiat

Deklaruj±c agnostycyzm, Lem odwo³uje siê wiêc do dwóch argumentów klasycznych: do niemo¿no¶ci uzgodnienia wiary z rozumem i do niemo¿liwo¶ci usprawiedliwienia cierpieñ. Orzek³szy na tej podstawie - je¶li co¶ takiego w ogóle mo¿na orzec - ¿e Boga nie ma, rozwa¿a nastêpnie, kim i czym ów Bóg móg³by byæ. Bogowie jednak nie po to s±, by o nich filozofowaæ, i nawet niekoniecznie po to, by w nich wierzyæ. Bogowie po to s±, by ich otaczaæ kultem religijnym. "Uwa¿am akt kultu za nieusuwalny i istotny dla ka¿dego opisu zjawiska religii" - pisa³ Leszek Ko³akowski w "Je¶li Boga nie ma...". W jakich zatem aktach kultu uczestnicz± bohaterowie Lema? I do czego, jego zdaniem, ludziom potrzebna jest religia?

Lem rozwa¿a³ te pytania w ró¿nych perspektywach; ograniczê siê do wskazania tylko dwóch. W pierwszej z nich - sk±din±d dobrze znanej - zalicza siê kulty religijne i systemy etyczne, podobnie jak ca³± sferê kultury, do mechanizmów przystosowawczych. W takim ujêciu wiara metafizyczna, choæby przez badacza uznana za absurdaln±, mo¿e upowszechniæ siê jako religia i funkcjonowaæ jako ca³kiem nieabsurdalny regulator stosunków miêdzyludzkich. Ba, s± tacy, którzy twierdz±, ¿e bez takiego regulatora kultura w ogóle nie mog³aby przetrwaæ. Lem w zasadzie sk³onny jest przystaæ na ten argument; dostrzegaj±c upowszechnianie siê sekularyzacji, upatruje w niej istotne zagro¿enie dla spoisto¶ci kulturowej Zachodu. Neguje jednak mo¿liwo¶æ ratunku przez bicie na alarm i wzmo¿one apostolstwo. "Mo¿na z zachcenia wymy¶liæ dowoln± religiê, ale nie mo¿na z zachcenia w ni± uwierzyæ" - pisze w "Prowokacji". Sekularyzacja jest przede wszystkim pochodn± rosn±cego dobrobytu i sp³aszczania siê piramidy spo³ecznej - ale nie bez winy s± tu równie¿ same Ko¶cio³y. Przez sztywno¶æ dogmatyczn± w jednych sprawach i przez usi³owanie godzenia wiary z wiedz± w innych; przez nieodporno¶æ na zmieniaj±ce siê warunki ¿ycia i przez mieszanie siê w sprawy doczesne, zw³aszcza w politykê (dzia³aniem "krymina³em i pastora³em" - nazywa³ Lem anga¿owanie siê polskiego Ko¶cio³a w uchwalenie prawa antyaborcyjnego).

Tymczasem ratunkiem dla wiary w ze¶wiecczonym ¶wiecie mog³aby byæ "zasada Hioba", któr± pisarz sformu³owa³ jeszcze w "Fantastyce i futurologii". W trzech wariantach: "Cokolwiek zachodzi tu, nie narusza ³adu, jaki panuje tam"; "nic z tego, co zachodzi tu, nie mo¿e zmieniæ naszego stosunku do Tego, Kto trwa tam"; ju¿ nie tylko "nic z tego, co zachodzi tutaj, nie narusza naszego stosunku do tego, co jest tam", ale tak¿e "nic z tego, co siê artyku³uje tutaj, nie mo¿e byæ adekwatne wzglêdem tego, co jest tam". Mo¿na w³a¶ciwie wszystkie te trzy zasady zebraæ w jedno prawo nieprzemakalno¶ci ontologicznej: "tamten ¶wiat" mo¿emy ocaliæ tylko za cenê ca³kowitego uniezale¿nienia go od "tego ¶wiata". Ka¿da za¶ próba ustanawiania pomostów miêdzy doczesno¶ci± a wieczno¶ci±, miêdzy wiar± a wiedz± - przede wszystkim wierze zagra¿a ¶miertelnym niebezpieczeñstwem.

Konsekwencj± "zasady Hioba" jest sposób, w jaki Lem ujmuje zwi±zki miêdzy religi± a etyk±. "Je¶li kto¶ jest ksobnie racjonalny, to nie potrzebuje ¿adnej sankcji transcendentalnej, utwierdzaj±cej etykê na zasadzie nagrody i kary, która zachodzi w za¶wiatach" - deklarowa³ w "Rozmowach" z Beresiem i nie by³a to jedyna taka deklaracja. Zaufanie do racjonalnych podstaw etyki jest tu sk³adnikiem bardzo o¶wieceniowym; ale te¿ tak w³a¶nie Kant konstruowa³ swój imperatyw kategoryczny. Lem proponuje wersjê Kantowskiego nakazu najbardziej uproszczon±: "Staram siê nie byæ dla nikogo ¶wini±". Wbrew humorystycznemu skrótowi sformu³owanie jest precyzyjne. Dzia³anie etyczne to dzia³anie bezinteresowne, którego uzasadnieniem zaprawdê mo¿e byæ tylko imperatyw i niebo gwia¼dziste. Ci±g dalszy przytoczonego przed chwil± zdania brzmi: "Nawet gdybym mia³ co¶ z tego mieæ, wolê siê w takich uczynkach [scil. ¶wiñstwach] pow¶ci±gaæ, choæ wiem, ¿e nie czeka mnie ani nagroda niebieska, ani piekielna kara".

Nie powinna wiêc dziwiæ skrajna bezinteresowno¶æ, na której opieraj± swoj± wiarê ojcowie destrukcjanie z Dychtonii, dok±d Ijon Tichy zawêdrowa³ podczas jednej ze swoich wypraw. Jest to jeden z osobliwszych tekstów Lema: ca³y zbudowany na napiêciu miêdzy stricte groteskow± ram± a niezwykle powa¿n± tre¶ci±. Dychtonia jest planet± na bardzo wysokim poziomie rozwoju technologicznego, ponosz±c± konsekwencje chaotycznej in¿ynierii autoewolucyjnej; w tym ¶wiecie, zaludnionym przez monstra i zatrutym przez psychotropy, cudem przetrwa³ zakon obroñców wiary, ¶wiadomych zreszt± swej ca³kowitej klêski. Oni przecie¿ tak¿e zostali poddani sekularyzuj±cemu treningowi intelektualnemu, oni równie¿ nie ufaj± racjonalnej teologii, oni te¿ doskonale wiedz±, ¿e "wiara jest zarazem konieczna i doskonale niemo¿liwa". I w sytuacji, kiedy jedynym uzasadnieniem ich wiary istotnie pozostaje zasada quia absurdum est, pojawia siê najpe³niejszy mo¿e program konfesyjnej bezinteresowno¶ci.

***

"Nie domagamy siê od Boga ¿adnych ¶wiadczeñ z tytu³u ¿ywionej wiary, nie wysuwamy pod jego adresem ¿adnych roszczeñ" - t³umaczy jeden z mnichów. Mogliby¶my w³a¶ciwie orzec ¶mieræ Boga, aby dziêki temu osi±gn±æ "rodzaj ¿elaznego, lodowatego i rozdzieraj±cego spokoju". Ale przecie¿ i w tej sprawie nie istnieje pewno¶æ, w dodatku za¶ has³o "¶mierci Boga" przez swój posmak blu¼nierczy mog³oby wygl±daæ na próbê prze³amania Bo¿ego milczenia. Pozostajemy wiêc przy naszej absurdalnej, na niczym nie opartej wierze, bacz±c tylko, by nie popchnê³a nas do ¿adnego dzia³ania. Ani do modlitwy, ani do szukania zas³ug, ani do zjednywania sobie mi³osierdzia. Ani te¿ do wp³ywania na kszta³t ¶wiata.

Jest to stanowisko, przy którym zak³ad Pascala wydaje siê sklepikarskim kunktatorstwem. Zarazem za¶ nietrudno zauwa¿yæ, ¿e w tej decyzji trwania, bo tak trzeba, w wierno¶ci wobec raz podjêtych zasad i zobowi±zañ - bardzo wyra¼nie pobrzmiewa nuta Conradowska. Bo ci bohaterowie Lema tak¿e maj± swoich kilka prostych prawd, które nie wymagaj± sankcji ani uzasadnieñ, ale których broniæ nale¿y do ostatka i z ca³ym po¶wiêceniem.

Mimo nieobecno¶ci Absolutu, wbrew relatywizmowi norm, wbrew nieuchronno¶ci ewolucji i wbrew wszechw³adzy przypadku.

Prof. Ma³gorzata Szpakowska jest historykiem idei, antropologiem, pracownikiem Instytutu Kultury Polskiej UW, redaktorem "Dialogu". Opublikowa³ m.in. "¦wiatopogl±d Stanis³awa Ignacego Witkiewicza", "O kulturze i znachorach", "Zakorzenieni i wykorzenieni" oraz "Dyskusje ze Stanis³awem Lemem".




Realistyczny, fantastyczny, ironiczny, alegoryczny...

Lem a literatura

Stanis³aw Lem od samego pocz±tku pisarskiej kariery przeciwstawia³ siê bardzo skutecznie, choæ d³ugo w pojedynkê, fatalnemu podzia³owi na dwie kultury: humanistyczn± (w której centraln± rolê odgrywa³a literatura i sztuka) oraz naukow± (której o¶rodkiem sta³o siê przyrodoznawstwo i jêzyki nowych technologii).

Ryszard Nycz / 2006-04-04

W jego przypadku rozumienie literatury trzeba uj±æ w obydwu podstawowych znaczeniach, tzn. zarówno w sensie g³êbokiej wiedzy o literaturze jako czê¶ci jego gigantycznej wiedzy ogólnej i szczegó³owej oraz zadziwiaj±cej i zachwycaj±cej inteligencji, jak i w sensie czynnego "rozumienia siê na czym¶": praktycznej umiejêtno¶ci, a faktycznie mistrzowskiego opanowania sztuki literackiej.

Domki z kart

Lem nie tylko zna³ siê na literaturze jak ma³o kto, ale potrafi³ te¿ na ni± patrzeæ z szerszej, kulturowo-cywilizacyjnej perspektywy. I dlatego byæ mo¿e wiedzê o literaturze traktowa³ powa¿nie - tzn. ocenia³ jej stan bez kompleksów i bez ulgowej taryfy. Widaæ to najlepiej po z³o¶liwo¶ciach (trafnych!), jakimi obdarza³ beztroskie poczynania teoretyków literatury i mody wspó³czesnej sobie teorii literatury. Jego zarzut g³ówny - dzi¶ coraz czê¶ciej powtarzany przez samych badaczy - sprowadziæ mo¿na do ich krótkowzrocznego uchylania siê od uprawiania rzetelnego "empirycznego literaturoznawstwa" i nazywania "teori±" formu³owania efektownych retorycznie hipotez o pseudo-uniwersalnym zasiêgu, na podstawie paru stronniczo dobranych przyk³adów; hipotez, które przy próbie sumienniejszej kontroli rozsypuj± siê jak domki z kart. To tak, zauwa¿a³, jakby terapeuta wybiera³ na swych pacjentów wy³±cznie okazy ozdrowieñców, a zoolog odmawia³ badania karaluchów, z powodu obrzydzenia, jakie w nim budz±...

S±dz±c po pasji, z jak± o tym pisa³, po studiach, jakie podejmowa³, by uzasadniæ w³asne teorie i hipotezy, uwa¿a³ wiedzê o literaturze za zajêcie zbyt wa¿ne, by zostawiaæ je samym badaczom literatury. Tote¿, niezale¿nie od wysokich wymagañ stawianych odbiorcy i hermetycznej czêsto terminologii, jego ksi±¿ki i studia o literaturze pozostan± niezastêpowalne (inaczej, ni¿ to bywa z ksi±¿kami specjalistów od literatury) dla kolejnych pokoleñ czytelników. Zbyt s± oryginalne, inspiruj±ce my¶lowo, indywidualne argumentacyjnie, by mog³y je wyprzeæ jakie¶ "lepsze" opracowania. My¶lê tu o "Fantastyce i futurologii", o brawurowej teorii antyba¶ni w "Markizie w grafie", o tekstach krytycznych (jak o Todorova teorii fantastyki), metaliterackich (w rodzaju b³yskotliwej "Doskona³ej pró¿ni" czy "Wielko¶ci urojonej"), licznych tekstach przygodnych (z zawsze nieprzypadkowymi my¶lami i pomys³ami), a przede wszystkim o "Filozofii przypadku", która przed czterdziestu laty wstrz±snê³a i obudzi³a z rutyny zawodowych literaturoznawców, a która dzi¶ mog³aby byæ czytana jako manifest wspó³czesnej wiedzy i wra¿liwo¶ci.

T³umaczy³ tam szeroko, czym jest dzie³o literackie i dlaczego jego sensu nie nale¿y myliæ z niezmiennym, statycznym, zamkniêtym przedmiotem. Wedle Lema, cechy dzie³a przypominaj± raczej w³asno¶ci podmiotu, a struktura jego znaczenia - kulturow± naturê ludzkiej to¿samo¶ci. Jest ono bowiem ca³o¶ci± dynamiczn± i otwart±, uchwytn± tylko w procesie i w aktach lekturowego do¶wiadczenia; ca³o¶ci± osadzon± w aktualnej dlañ przesz³o¶ci (tradycji) i zarazem wykraczaj±c± poza siebie, zarówno ku znaczeniom przydawanym mu we wspó³czesnych kontekstach, jak i ku niedaj±cym siê przewidzieæ odczytaniom w przysz³o¶ci. To, co siê fachowo nazywa "semantyczn± struktur± dzie³a", jest - t³umaczy³ - skutkiem ustalenia siê chwiejnej równowagi pomiêdzy wewnêtrznymi cechami utworu, a na pozór zewnêtrznymi wobec niego cechami "stabilizuj±cego odbioru" czytaj±cej wspólnoty. Nie znaczy³o to przecie¿, ¿e nikt nie potrafi czytaæ naprawdê indywidualnie ani ¿e lektura jest pasywnym tylko aktem - przyjêciem prawd i pouczeñ wypowiadanych przez pisarza; ca³kiem przeciwnie. Ale te¿ ka¿da w³asna lektura oparta jest na wspólnie podzielanych za³o¿eniach i ka¿da jest (bywa) aktywna: z jednej strony wnosi swój wk³ad do znaczenia utworu, z drugiej za¶ przekszta³ca dotychczasowe do¶wiadczenie czytaj±cego.

"Trzecia kultura"

Trafno¶æ tego rozpoznania potwierdza najlepiej los ksi±¿ek samego Lema, które od pocz±tku odznacza³y siê nadzwyczajn± ¿ywotno¶ci±: zdolno¶ci± przywo³ywania ci±gle innych kontekstów tradycji; przyci±gania ci±gle nowych odczytañ i obrastaj±cych znaczeniami, które jego dzie³om przydawa³y wielokulturowe rzesze czytelników na ca³ym ¶wiecie; i wreszcie przekraczania wszelkich barier - gatunkowych, rodzajowych, a zw³aszcza mo¿e ogólno-dyskursyw

--
C
U
S




Logowanie
Login haso Nie masz jeszcze konta? Moesz sobie zaoy!

© 2001-2012 by Robert Ziach C&Co. A.G.™ ® 2012 by Schwiebus.pl
Wszelkie prawa zastrzeone.

0.112 | powered by jPORTAL 2